– Ach… tak… tak, oczywiście… – wymruczała, siadając na krześle.
Nie próbowała walczyć, kiedy wdzierał się do jej umysłu.
Może rzucono na nią tak wiele zaklęć, że pozostały po tym ślady. Może ciążyło na niej imperio, i wciąż nie mogła się otrząsnąć, starając się zwalczyć jego wpływ, popadała tylko w szaleństwo. Ale Cain zdołał zapaść się w jej wspomnienia i…
Stał naprzeciwko człowieka bez twarzy. Nie, nie stał: klęczał przed nim, trzęsąc się ze strachu i bólu, a ciało odmawiało mu posłuszeństwa.
- Będziesz tylko obserwowała dom naprzeciwko. Dniem i nocą. A jeżeli zauważysz tę kobietę lub tego mężczyznę, wypuścisz sowę z klatki. Sama wróci do mnie.
Wspomnienie się rozmyło, zastąpione przez kolejne.
Był zmęczony. Bolały go nogi, żołądek ściskał się z głodu, w głowie wirowało. Oczy piekły z niewyspania.
W promieniach zachodzącego słońca dojrzał kobietę, mocującą się z furtką. Kobietę ze zdjęcia.
Najwyraźniej śmierciożercy od dawna szukając Catherine wiedzieli, że ochrania ją Jason - i obserwowali jego brata...
*
Natarczywa myśl, że wszystko stanie w ogniu, wciąż odbijała się echem w głowie Erika. Pragnienie natychmiastowego powrotu do domu słabło jednak powoli, w miarę, jak Mavelle zapewniała, że ktoś się przecież tym ogniem zajmie. Gdyby go nie zatrzymała, wybiegłby stąd natychmiast… ale teraz zastanowił się mimowolnie… Czy on w ogóle umiał robić zupę dyniową? I czemu miałby przygotowywać taką w środku lata, zamiast na jesieni?
A potem pojawiła się kolejna myśl. Ktoś chciał zabezpieczyć dom – albo przynajmniej zyskać czas na ewentualną ucieczkę.
W nozdrza Mavelle uderzył zapach dymu. Nie ta charakterystyczna woń czarnej magii – była pewna, że po prostu wyczuwa płonące drewno.
Ktoś w domu coś podpalił?
Czas na odpisy do 20.11, godzina 21.
