Vincent rzadko miał okazję na potyczki słowna ze swoim przeciwnikiem. Raczej był jak myśliwy tropiący zwierzynę, ale nie polował na bezbronne zwierzęta. Polował na ludzi, którzy nie działali zgonie, traktowali zwierzęta w podły sposób, a one nie mogły się bronić. Prewett był człowiekiem pełnym sprzeczności – pokazywał się wszystkim jako ten zły podły i niedobry, ale gdy nikt nie patrzył latał po lasach tropiąc zabójców zwierząt, którzy trzymali je w podłych warunkach, sprzedawali na czarnym rynku i zabijali w niecywilizowany sposób. Nawet Brenna Longbottom przez nie była w stanie go wrzucić do jednego wora, nie mogła zakwalifikować go jako jednostkę dobrą lub złą. Robił swoje brudne interesy na Nokturnie, przemycał imigrantów, których wrzucał do różnych prac na podziemnych ścieżkach, na zlecenie brata, czy innych szefów robił wiele niechwalebnych czynów. W szkole z Lycoris, czy innymi osobami w pewnym sensie walczył, aby nie czuć się związanym z innymi; aby być osobą niezależną – nie wyszło. Darzył szacunkiem Brenne, a za Lycoris gdzieś w podświadomości szalał.
Zamilkł na chwilę spoglądając przez okno na ulice magicznego Londynu. Naprawdę nie tego oczekiwał po tym spotkaniu, naprawdę nie wiedział, co miał poczynić i co zrobić. Ponowne spotkanie tej kobity spowodowało, że jego serce na moment się obudziło, rozerwało te pajęczyny, które je obrosły i przypomniały mu, że była jeszcze ta kobieta na świecie. O pięknych piwnych oczach, które mroziły krew w żyłach, policzkach mocno zarysowanych, które czyniły jej twarz po prostu pociągającą. Lubił jej słowa, które mogłyby niejedną osobę odstraszyć, czy też zranić, lubił jej spojrzenie pełne chłodu i obojętności. Było w niej coś, co mogło odstraszyć, ale jego wręcz przyciągało. Zawsze lubił niebezpieczeństwa, zawsze lubił igrać z życiem, oraz losem, a ona? Ona najwyraźniej miała w sobie ścieżki przeznaczenia połączone z jego własnymi. Los, fatum – chciało, aby się połączyli, zetknęli, spojrzeli na siebie jeszcze raz po tylu latach.
Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Cyniczny, wredny, zagadkowy, pewny siebie. Wrócił do niej spojrzeniem, przesunął po wargach, policzkach, oczach, włosach. Gdzieś w jego głowie narodziła się myśl, że chętnie by ich dotknął, przesunął po nich, a nawet delikatnie szarpnął, aby obejrzeć jej twarz w innej emocji niż obojętność. Wiedział, że nie powinien od niej wiele wymagać, ale lubił wyzwania, lubił to jaka była. Pochylił się ku niej ponownie wpatrując się w nią równie nachalnie.
– Lubię słuchać twojego głosu, skarbie, więc będę ci zadawać najbardziej absurdalne pytania dzisiejszego wieczoru, abyś mogła tymi usteczkami jak najwięcej się wypowiedzieć – oczy mu zabłysły w sposób diaboliczny, a uśmiech stał się bardziej zadziorny i łobuzerski. – I to fakt, ze mną nie będzie tak łatwo – oparł się o krzesło i założył ręce za głowę – ale nie zależy mi na ślubie teraz, więc co zrobimy? Coś czuje, że bez dobrego argumentu nam nie odpuszczą. Mój brat to wrzód na tyłku w takich sprawach, a mocno się na mnie teraz wkurwił i mi nie odpuści – przejechał dłonią po swoich włosach i usiadł już prosto. Naprawdę denerwowało go siedzenie w tym miejscu.