– Nawet, kurwa, nie próbuj – warknął Alexander, przesuwając się w tę samą stronę, w którą wydawało mu się, że rzuci się Tristan. Mulciber kątem oka widział, że Lestrange pewnie trzymał się już na nogach, i również stał z różdżką w gotowości, w niemym porozumieniu zajmując taką pozycję, by mogli zaatakować razem. Wycelował różdżką w Warda w tym samym momencie, kiedy ze szczytu schodów dobiegł ich głos Murtagha… Wszyscy na chwilę się zatrzymali, oceniając sytuację.
Chociaż ton Macmillana był jak zawsze dystyngowany, przebrzmiewająca w nim drwina była niczym paraliżujący jad; Axel uśmiechnął się aż lekko pod maską, przypominając sobie, że w niektórych kręgach przyjaciel był znany jako Grzechotnik… Obietnica przemocy tym bardziej realna, bo padła do akompaniamentu głośnego szlochu i jęków sterroryzowanej kobiety. Najgorsza musiała być jednak protekcjonalna jowialność, z jaką Murtagh traktował mugolaka, bezbrzeżna pogarda, tak namacalna, jak żyły nabrzmiałe na szyi matki Tristana.
Macmillan kończył swoją hipnotyzującą przemowę, jak wąż owijając się wokół resztek nędznej rezolucji walki Warda. Ledwie dotarł do stóp schodów, Axel szybkim ruchem ramienia rzucił – płytkim, acz dosyć rozległym – zaklęciem tnącym, które jak pazury zaryło się w głąb ręki Tristana. Nie zamierzał marnować czasu na pertraktacje z jakimś jebanym dyletantem, nie zamierzał czekać na jego uległość. Straciliby cenny czas. Zapewne sprawił, że Ward zmuszony był wypuścić z rąk różdżkę (w takim wypadku, Axel przywołałby ją do siebie zaklęciem). Spojrzał tylko na Lestrange’a, upewniając się, że ten dalej trzymał aurora na muszce.
- Wypadałoby, by cała rodzina zebrała się razem – powiedział, kierując się w stronę schodów. – Pójdę po starego. Salon czysty – zameldował Macmillanowi. Obrzucił krótkim spojrzeniem tę wywłokę, której Murtagh dalej przystawiał różdżkę do gardła. Poczuł, że serce zaczęło mu bić nieco szybciej, kiedy pomyślał, co może jej zrobić. Axel nie był legilimentą. Zadawał ból w bardziej tradycyjny sposób. Z trudem oderwał wzrok od kobiety. – I zostaw ją świadomą, hm? – rzucił, jakby od niechcenia.
Kiedy sparaliżowane ciało ojca Tristana dołączyło do reszty towarzystwa w salonie, mogli wreszcie zabrać się do roboty.
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat