![[Obrazek: Scottish-villages-Shieldaig.webp]](https://www.chasingthelongroad.com/wp-content/uploads/2022/06/Scottish-villages-Shieldaig.webp)
Deszcz zacinał nieustannie już od kilku dni, nieubłaganie zamieniając stoki szkockich wzgórz w śliskie wodospady. Woda wartko spływała w dół, żłobiąc nieustannie coraz to głębsze wąwozy, tak charakterystyczne dla okolicznego krajobrazu. Stada owiec stały zbite w ciasne grupy, w cieple swoich ciał szukając ochrony przed żywiołem. Ludzie zaś przemykali od domu do domu, nie pozostając na zewnątrz ani minuty dłużej niż to było konieczne.
Samotna postać, która szła drogą do niewielkiego miasteczka przy Loch Long, była dość osobliwym widokiem. Miała na sobie gruby, wełniany płaszcz, który przywodził na myśl historyczne grupy rekonstrukcyjne, z naciągniętym głęboko na twarz, obszernym kapturem. Na plecach niosła wypchany po brzegi plecak, pełen zadrapań, łat i szwów. Podpierała się zaś rzeźbioną dębową laską z okutym szpicem. Co jakiś czas zatrzymywały się obok niej samochody, ale ona odmawiała ofert podwózki i zamiast tego szła dalej drogą, podczas gdy strugi deszczu spływały z jej płaszcza, jakby odpychał je niewidzialną siłą.
Dotarłszy do miasta, postać skierowała swoje kroki do jedynego miejsca, które tętniło w nim życiem. Hotel i Pub Dornie, budynek o spadzistym dachu, bielony wapnem, pamiętał prawdopodobnie czasy kiedy znajdujące się nieopodal ruiny zamku były wciąż zamieszkane. Przez oszklone okna na deszczowo-chmurne popołudnie wylewał się ciepły blask lamp i przytłumiony dźwięk rozmów i muzyki. Po wejściu przez ciężkie, drewniane drzwi, gościom ukazywała się duża sala o drewnianym stropie, zastawiona stołami z których tylko część była zajęta. Pośrodku jednej ze ścian znajdował się ogromny kominek, z wesoło huczącym z nim ogniem zaś po drugiej stronie bar z kilkoma stołkami. Klientelę stanowili głównie okoliczni farmerzy oraz emeryci, których korzenie sięgały zbyt głęboko w smaganą wiatrem i deszczem ziemię, żeby teraz dało się je przesadzić do jakiegoś większego miasta.
Nowo-przybyły odkrył kaptur i zdjął płaszcz, ukazując pod spodem krótkie, kręcone rude włosy i zarumienione chłodem, piegowate policzki. Kobietka, choć niemal jeszcze dziewczyna, odwiesiła płaszcz na wieszak ustawiony przy wejściu, pewnym krokiem podeszła do baru i zrzuciła plecak obok jednego z wolnych stołków. Była szczupła, ubrana w kilka rozmiarów za duży (lub po prostu porozciągany) sweter i jeansowe spodnie. Dyskretnym gestem przywołała do siebie barmana - postawnego, łysego mężczyznę z wydatnym brzuszkiem piwnym - i szepnęła do niego parę słów. W odpowiedzi, mężczyzna schylił się pod ladę, i podał jej spod niej ciemną butelkę o osobliwej etykiecie oraz szklany kufel. Dziewczyna nalała z butelki do kufla napój, który spienił się i wyzwolił ledwo dostrzegalną parę - był ciepły. Z lubością umoczyła usta w rozgrzewającym trunku, smakując smak dzieciństwa i szkolnych wypadów do wioski nieopodal zamku.
— Dawno nie widziałem nikogo z waszych. — zagadał dziewczynę barman, przecierając blat obok niej. — Z rok prawie będzie. Masz szczęście, że ten towar się nie psuje. — dodał, widocznie próbując zagaić rozmowę. Jackie uśmiechnęła się lekko, wiedziała, że właściciel pubu, który stał właśnie przed nią za barem, był charłakiem. Domyślała się, że - podobnie jak wielu z jego przypadłością - tęsknił do świata magii, o którym wiedział a którego sam nigdy nie był częścią. Sama nie wyobrażała sobie podlejszego losu, nawet zważywszy na swoją własną przypadłość.