• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander

[06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#11
22.11.2023, 03:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2023, 03:32 przez Alexander Mulciber.)  
Stłumił przekleństwo cisnące się na usta, kiedy Ward uniknął ataku serią zaklęć, którą posłał w jego stronę – magiczny blask rozświetlił na chwilę pomieszczenie, kiedy te odbijały się od ścian – czuł, nie, wiedział, że uniknie trafienia rykoszetem, jednak nie był tego taki pewny w przypadku Lestrange’a. Mulciber nie miał czasu, by zastanawiać się nad wszystkimi możliwymi wynikami tej potyczki, więc wyczarował szybko niewidzialną tarczę obronną, która w zamierzeniu miała osłonić jego partnera przed odbitymi zaklęciami, kiedy ten wygrzebywał się spod szczątków szafy z porcelanową zastawą… Dobrze, była szalenie niegustowna, zauważył leniwie Axel, kryjąc się za wyczarowaną tarczą – powodowany jakimś mimowolnym przeczuciem – przed zaklęciem rzuconym od ziemi, prosto na jego nogi. Magiczna bariera rozprysła się, wchłonąwszy zaklęcie wiążące; wreszcie się na coś przydała, ponieważ żadne z krążących tu wcześniej zaklęć paraliżujących Alexa nie zdążyło w nią do tej pory trafić: pokoziołkowały dalej lub wygasły, nie dotykając w żaden sposób Śmierciożerców.

– Nawet, kurwa, nie próbuj – warknął Alexander, przesuwając się w tę samą stronę, w którą wydawało mu się, że rzuci się Tristan. Mulciber kątem oka widział, że Lestrange pewnie trzymał się już na nogach, i również stał z różdżką w gotowości, w niemym porozumieniu zajmując taką pozycję, by mogli zaatakować razem. Wycelował różdżką w Warda w tym samym momencie, kiedy ze szczytu schodów dobiegł ich głos Murtagha… Wszyscy na chwilę się zatrzymali, oceniając sytuację.

Chociaż ton Macmillana był jak zawsze dystyngowany, przebrzmiewająca w nim drwina była niczym paraliżujący jad; Axel uśmiechnął się aż lekko pod maską, przypominając sobie, że w niektórych kręgach przyjaciel był znany jako Grzechotnik… Obietnica przemocy tym bardziej realna, bo padła do akompaniamentu głośnego szlochu i jęków sterroryzowanej kobiety. Najgorsza musiała być jednak protekcjonalna jowialność, z jaką Murtagh traktował mugolaka, bezbrzeżna pogarda, tak namacalna, jak żyły nabrzmiałe na szyi matki Tristana.
Macmillan kończył swoją hipnotyzującą przemowę, jak wąż owijając się wokół resztek nędznej rezolucji walki Warda. Ledwie dotarł do stóp schodów, Axel szybkim ruchem ramienia rzucił – płytkim, acz dosyć rozległym – zaklęciem tnącym, które jak pazury zaryło się w głąb ręki Tristana. Nie zamierzał marnować czasu na pertraktacje z jakimś jebanym dyletantem, nie zamierzał czekać na jego uległość. Straciliby cenny czas. Zapewne sprawił, że Ward zmuszony był wypuścić z rąk różdżkę (w takim wypadku, Axel przywołałby ją do siebie zaklęciem). Spojrzał tylko na Lestrange’a, upewniając się, że ten dalej trzymał aurora na muszce.

- Wypadałoby, by cała rodzina zebrała się razem – powiedział, kierując się w stronę schodów. – Pójdę po starego. Salon czysty – zameldował Macmillanowi. Obrzucił krótkim spojrzeniem tę wywłokę, której Murtagh dalej przystawiał różdżkę do gardła. Poczuł, że serce zaczęło mu bić nieco szybciej, kiedy pomyślał, co może jej zrobić. Axel nie był legilimentą. Zadawał ból w bardziej tradycyjny sposób. Z trudem oderwał wzrok od kobiety. – I zostaw ją świadomą, hm? – rzucił, jakby od niechcenia.
Kiedy sparaliżowane ciało ojca Tristana dołączyło do reszty towarzystwa w salonie, mogli wreszcie zabrać się do roboty.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Czarodziej
Życie to sztuka, którą uprawia niewielu. Większość tylko wegetuje.
wiek
33
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
Złotnik / Kowal
Wysoki brunet, mierzący 193 cm o zielonych oczach. Ubierający się jak zwyczajni mugole, nie rzucając się w oczy. Szczupły, z dobrze zbudowaną sylwetką.

Tristan Ward
#12
22.11.2023, 04:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.12.2023, 14:09 przez Tristan Ward.)  

Hałasy na piętrze były niepokojące. A tym bardziej, kiedy Tristan usłyszał krzyk matki. Zebrała w nim złość i chęć udać się pomóc rodzicom. Jednakże mimo podejmowanych prób zatrzymania sprawców włamania do jego domu i nie udzielania odpowiedzi na jego pytanie, nie mógł dostać się na piętro. Uniemożliwiali mu to. Jak na młodego Aurora, Ward był bardzo zwinny, szybko reagował oraz unikał. Dawał radę tym dwoje. Ale było ich więcej. Trzech. Miał potwierdzone, kiedy pojawił się na schodach, zwracając do niego po nazwisku. "Ten głos… Brzmi dziwnie znajomo…" - pomyślał, nie mogąc go na chwilę obecną do nikogo przypasować. Widok matki w opłakanym stanie, która błagała o zaprzestanie, ruszyło go. Z przemowy trzeciego zamaskowanego czarodzieja zrozumiał, iż chodziło im o niego. Tristan zawahał się. Było ich trzech. Jego rodzice zostali zakładnikami. Tristan zacisnął zęby z gniewu, bezsilności marszcząc brwi. Celując różdżką w tego, który miał jego matkę (Macmillan). Z kolei Ci dwoje, celowali w niego. Nie miał szans.

- Poddam się, ale oszczędźcie moich rodziców. Nie róbcie im krzywdy.
Grał na czas. Mając nadzieję, że ktoś zauważył rozwalone drzwi w jego domu i zgłosi odpowiednim osobom, że coś tu się dzieje. On sam w tej chwili nie miał jak tego dokonać, a umiejętności Fali nie udało mu się jeszcze opanować. Wiedzieliby, gdzie się udać. Opuścił powoli różdżkę, zdając sobie sprawę z przegranej w tym momencie. Nie oddał jej jednak. Nie zdążył, gdyż, jeden ze śmierciożerców (Mulciber) okazał się być bardziej niecierpliwy. Tristan czekał na zapewnienie, gdy drugi z nich (Lestrange) oczekiwał oddania różdżki, mając wyciągniętą dłoń. Rzucone nagle zaklęcie cięcia, uniemożliwiło Tristanowi skoncentrowanie się, przez co nie udało mu się go odpowiednio uniknąć czaru i go odbić. Młody auror skrzywił się lekko na odczucie bólu w przedramieniu, automatycznie łapiąc się za ranę. Różdżka wypadła mu z dłoni i została szybko pochwycona zaklęciem przez jednego z śmierciożerców. Teraz nie miał jak się bronić. Mógł tylko czekać na swój koniec. I wyglądało na to, że nie zamierzali odpuścić jego rodzicom.
- Nie wystarczę Wam ja?
Rzucił w ich stronę. Jakby gotów był poświęcić się za niewinne osoby. Chciał zrobić wszystko, aby ratować ojca i matkę. Właśnie, ojciec. Było wcześniej słychać huk, jakby ciało upadło. Czy żył? Skoro szli po niego, czy to znaczyło, że tak?

W zależności od rozwoju sytuacji, jeżeli Tristan został zmuszony przejść do salonu, zrobił to, trzymając się za ranę. Wewnętrznie czuł się fatalnie. Ogarniał go strach o życie rodziców niż własne. Bezsilność, bezradność. Analizował sytuację, czy było tu coś, co mógł zrobić, aby ich załatwić. Pogrzebacze przy kominku. Jakaś tarcza rycerska pełniąca ozdobę na ścianie, stary relikt dziadka. Kilka rzeźbionych figurek zwierzęcych. Parę metalowych dekoracji. W trakcie tej drogi do salonu, nie robił nic podejrzanego.

Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#13
22.11.2023, 11:34  ✶  

Murtagh nie lubił chaosu. Ani w swoim życiu, ani w walce. Wszystkie swoje potyczki rozgrywał najpierw strategicznie w głowie, zanim w ogóle podejmował się ich naprawdę. Dzięki legilimencji, często dokładnie wiedział jak zachowa się przeciwnik, choć akurat tym razem zdecydował się póki co nie wykorzystywać swojej umiejętności.

Zadowolony z tego, że towarzysze poradzili sobie z opanowaniem sytuacji na parterze skinął głową Axelowi potwierdzając, że może spokojnie przyprowadzić ojca młodego aurora na dół. Sam zajął się przejściem z kobietą do salonu. Pomieszczenie nie było ogromne, ale zdecydowanie najbardziej przestronne. Poprowadził panią Ward obok kanapy i prawie niedbale popchnął ją na jeden z dwóch foteli.
- Siadaj, suko.- wysyczał cicho, dopilnowując, żeby usiadła w fotelu. Kobieta nawet nie protestowała, widocznie szczęśliwa, że może wyrwać się z jego uścisku. Usiadła, trzęsąc się, z twarzą umazaną świeżymi łzami i włosami w kompletnym nieładzie.
[a]Murtagh tymczasem wydał polecenie Lestrange'owi aby ten pilnował Warda. Nawet nieuzbrojony, młody auror był tutaj najbardziej niebezpieczny, szczególnie jeśli jeszcze nie dostrzegł beznadziei sytuacji w jakiej się znalazł. Nie czekając aż Mulciber wróci z piętra, wskazał Wardowi kanapę naprzeciwko dwóch foteli. Czuł się w tym momencie niczym scenarzysta, przygotowujący scenę pod przedstawienie - upewniając się, że wszyscy aktorzy są na swoich miejscach a widownia ma dobry widok na to co ma się już niedługo wydarzyć przed jej oczami.

- Panie Ward, oczywiście, że nam pan nie wystarczy. Poza tym chyba pan nie wie z kim ma pan do czynienia. Nie jesteśmy jakąś bandą dzikusów czy rzezimieszków. Znajduje się pan w towarzystwie dżentelmanów, więc może pan być pewny, że jako czarodziejowi, nawet wątpliwego pochodzenia, włos panu z głowy nie spadnie. - (Czy pisałam już, że Murtagh uwielbiał słuchać własnego głosu?) Odezwał się do Tristana, przyjmując nieco niedbałą pozę. - Ona natomiast... - spojrzał na jego matkę, uśmiechając się z mieszaniną samozadowolenia, nienawiści i lubieżności.

Nie czekając na odpowiedź Murtagha, wycelował w nią różdżkę i szepnął Legillimens!, wnikając siłą do jej umysłu w poszukiwaniu wszystkich jej najskrytszych sekretów, tego czego w życiu żałowała najbardziej i czego najbardziej się obawiała i wyciągając to na powierzchnię, sprawiając, że w ciągu kilku chwil musiała przeżyć ponownie wszystkie swoje najgorsze wspomnienia, jakkolwiek przyziemne i śmieszne z jego perspektywy by się nie wydawały. "KRZYCZ!" nakazywał jej mentalnie, chcąc żeby Tristan wiedział jak bardzo jego matka cierpiała.

Tortury przerwało mu nadejście Axela z piętra, ciągnącego z powrotem Warda seniora. Wskazał zapraszającym gestem na wolny fotel, gdzie miał nadzieję, że przyjaciel umieści mężczyznę.
- Wspaniale, rodzinka w komplecie. A właśnie, panie Ward, jest pan pewien, że ci mugole to pana rodzice? Widzi pan, wydaje nam się niemożliwe, żeby czarodziej mógł pochodzić z takiego... błota ludzkiego. Jeśli pan się ich wyrzeknie, to możliwe, że stracimy powód aby ich krzywdzić. - zwrócił się bezpośrednio do Tristana, z tym samym co zawsze uprzejmym, spokojnym i dystyngowanym tonem. Jak jednak słusznie zauważył Axel, każde jego słowo ociekało jadem i groźbą, więc gwarancja, że faktycznie zostawi rodziców Tristana w spokoju była praktycznie żadna.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#14
22.11.2023, 11:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2023, 11:56 przez Rodolphus Lestrange.)  
Rodolphus przewrócił oczami na ten pokazowy ruch, jakim było rozcięcie skóry na ręce aurora, co spowodowało oczywiste upuszczenie różdżki. Pokazowe, zbyt efektywne, ale przynajmniej skuteczne. Wolałby by Tristan sam oddał mu różdżkę - byłoby to kolejne upokorzenie mugolaka, na które zasługiwał. I w zasadzie tylko na to. Lestrange nieśpiesznie podszedł do Tristana, wciąż celując w niego ze swojej różdżki, tak by widział że każdy głupi ruch może się źle dla niego skończyć, a jego narzędzie odkopnął. Nie będzie mu potrzebna. Bez słowa wskazał różdżką na salon, gdzie szedł już Macmillan wraz z jego matką.

To nie tak, że Rodolphus miał coś do mugoli - po prostu powinni siedzieć cicho i nie wtrącać się w sprawy czarodziejów. Tutaj jednak doszło do wybryku natury, którego efektem był właśnie Tristan Ward. Nie powinien istnieć, ale z jakiegoś powodu się urodził i odziedziczył dar. Tacy jak on nie zasługiwali na różdżkę, nie powinni mieć praw by uczyć się magii. Nie rozumiał, dlaczego ukrywali się przed mugolami. Powinno być na odwrót. Nie wierzył w to, że tak dwa różne światy mają szansę na spokojną egzystencję. Mugole byli głupi i ograniczeni, śmieszni w tych swoich zabobonach i przekonaniach. To oni powinni się ukrywać, jak szczury w kanałach, a nie czarodzieje.

Nie czuł do Tristana nienawiści - jego umysł przepełniało teraz obrzydzenie. To była główna emocja, wybijająca ponad wszystkie inne. A tych innych był ogrom. Ekscytacja, podniecenie na myśl o tym, że za chwilę wyplenią te karaluchy. Lestrange stanął obok fotela, przodem do Warda. Był brudny, lecz wciąż niebezpieczny i Rodolphus byłby głupcem, gdyby tego nie brał pod uwagę - zwłaszcza po tym, co się stało przed chwilą. Nie spuszczał więc zimnego spojrzenia z sylwetki aurora.

Niemal wysyczał słowa zaklęcia pętającego, by więzy okręciły nadgarstki aurora, czując że traci nad sobą kontrolę. Nie lubił tego w sobie, ale nie był w stanie opanować pogardy, która przesłaniała mu rozsądek. Jedyną opcją było unieruchomienie Warda, by nie musiał być aż tak czujny. Co nie zmieniało faktu, że nie planował w ogóle zaszczycać jego brudnej matki spojrzeniem. Zamiast tego pochwycił Warda za włosy i skierował jego głowę prosto na Murtagha, wnikającego do umysłu jego rodzicielki.
- Zastanów się dobrze nad odpowiedzią - syknął, zaciskając mocno włosy w pięści, niemal wyrywając je z cebulkami. Nie pozwalał mu odwrócić głowy od łkającej w konwulsjach matki. A był przecież jeszcze ojciec, tak samo przerażony, jak pozostała dwójka.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#15
22.11.2023, 19:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2023, 20:41 przez Alexander Mulciber.)  
Bezwładne ciało ojca Tristana, lewitujące do tej pory w powietrzu, głucho zwaliło się na fotel, kiedy Alexander cofnął zaklęcie paraliżujące, a nałożył zamiast tego na mężczyznę niewidzialne więzy, które unieruchomiły go na tym konkretnie meblu, który wskazał mu Murtagh. Przyjaciel był niczym mistrz szatańskiej ceremonii, tylko pozornie zblazowany; tak naprawdę sprawował nad wszystkim dookoła doskonałą kontrolę. To dlatego Mulciber pozwalał sobie z kolei na jej utratę.

Głowę rodziny zamierzał zostawić Macmillanowi na pożarcie. Zamiast tego przesunął się w stronę matki Warda. Niespiesznie. Kątem oka tylko zerknął na Tristana, którego pilnował Lestrange – chciał już zacisnąć palce na szyi tej mugolskiej kurwy… – ale po chwili zmuszony był spojrzeć znów – nawet nie dlatego, że Murtagh zaczął swoją oratorską pokazówkę – po prostu trzecie oko Alexandra, które nie mrugało już od jakiegoś czasu, mimowolnie wychwyciło kłębiące się wokół wszystkich nici powiązań, które zazwyczaj miały postać rzygogennej feerii barw; te jednak, były doskonale monochromatyczne. Uśmiechnął się pod maską.
Podobała mu się intensywność nienawiści, nie, pogardy, i to bezbrzeżnej pogardy, której czarne nici tryskały jak czarne złoto z amerykańskich rafinerii od dumnej postaci młodego Lestrange’a, osnuwając niespiesznie, acz nieodwołalnie Śmierciożercę i tkwiącą w jego morderczym uścisku ofiarę – Tristana Warda – jakby od niechcenia rozpleniając się też dalej… Konkretnie w stronę dwójki mugoli, którzy zdani byli teraz na ich łaskę i niełaskę.

Przeciął jedną z tych niewidzialnych dla innych nici, kiedy przykląkł przed fotelem, w którym siedziała mugolka. Pokręcił głową, zwracając twarz w stronę Murtagha, dopóki konwulsje nie ustąpiły. Kobieta była teraz zbyt przerażona, by poruszyć nawet małym palcem – tylko jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w hiperwentylacji. Wydawała się świadoma, choć w szoku – nic dziwnego, jeszcze przed chwilą słyszał jej przeraźliwe krzyki. Axel wiedział, że Murtagh najbardziej lubi bawić się meandrami pamięci swoich ofiar – przechadzał się pośród subtelnych struktur myśli jak duch, którego jedynym celem na tej ziemi było nawiedzać, i, jak przystało na upiora, straszył – upiorna była to rozrywka; upiorna była też twarz Macmillana, kiedy oddawał się tej mrocznej sztuce, oczywiście, kiedy nie skrywała jej maska; a jednak, pasowało do niego to szaleństwo. Może dlatego byli przyjaciółmi.
Szalenie fascynował go talent Murtagha; kiedyś zaoferował mu nawet uprzejmie, żeby poeksperymentował także i na jego własnej głowie – Mulciber zawsze był głodny wiedzy, i nigdy nie wahał się testować swoich granic, był zresztą zmotywowany, by w przyszłości zacząć zgłębiać tajniki oklumencji – dopóki Macmillan nie stwierdził, że skoro głowa boli go już od samego przebywania z Alexem w jednym pokoju, to po wizycie w jego zjebanym umyśle będzie musiał się przewlekle leczyć na migrenę.

Czuł mrowienie magii na opuszkach palców – a może to kobieta drżała tak pod jego dotykiem? – kiedy uspokajającym gestem ujął jej drobną dłoń, i delikatnie pomógł jej odgarnąć włosy z twarzy. Miała spanikowane spojrzenie zaszczutego zwierzęcia... Chociaż Alex akurat lubił zwierzęta, czego nie można było powiedzieć o mugolach. Reagowała teraz podobnie jak one, zbyt przerażona machinacjami Macmillana, by odrzucić nędzny ochłap dobroci.
Mulciber musiał przyznać, że obserwowanie destrukcji umysłu człowieka, kiedy Murtagh torturował delikwenta jego własnymi koszmarami było świetną rozrywką, zwłaszcza kiedy finalnie łamał czyjś umysł. Wtedy znikała świadomość – zostawało tylko wyjące z bólu zwierzę. Te artystyczne popisy to była niemal sztuka – ale, niestety, Axel ze sztuki to najbardziej lubił sztuki walki (choć był też fanem czystego brutalizmu). Podniecało go, kiedy ludzie byli świadomi pełni swojego upodlenia, i tylko balansowali na cienkiej granicy między normalnością i szaleństwem; kiedy sam tylko ból spychał ich na skraj, i nie było już odwrotu.

Mugolka jęknęła nagle bojaźliwie. Widocznie nie była na tyle głupia, by nie rozumieć groźby kryjącej się w eleganckich słówkach Murtagha; a może to widok syna, którego teraz w żelaznym uścisku trzymał Lestrange, tak ją poruszył? Zdzielił ją w twarz na odlew, zanim zdążyła całkiem zepsuć Macmillanowi i Lestrange’owi ich piękny występ.

– Cśś, nie przerywaj – jego głos był miły, łagodny – i może to właśnie ten kontrast spowodował, że mugolka rzeczywiście zamknęła mordę. Teraz była kolej Tristana, aby mówić. – Nie powinna przeszkadzać synowi w jego ostatnich słowach, mignęła mu w głowie myśl, którą sam się zdziwił. Przebłysk, niczym w wizji. Ale na razie była zbyt… Dwuznaczna. Ale to bez znaczenia.

– Żaden czarodziej nie wyszedłby z łona mugolskiej kurwy – odezwał się cicho, ale dobitnie, z perwersyjną satysfakcją, a jego głos zabarwiła złowieszcza nuta.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Czarodziej
Życie to sztuka, którą uprawia niewielu. Większość tylko wegetuje.
wiek
33
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
Złotnik / Kowal
Wysoki brunet, mierzący 193 cm o zielonych oczach. Ubierający się jak zwyczajni mugole, nie rzucając się w oczy. Szczupły, z dobrze zbudowaną sylwetką.

Tristan Ward
#16
22.11.2023, 22:37  ✶  

Niestety Tristan nie był osobą, która by się ośmieszyła z oddawaniem dobrowolnie różdżki bez odpowiednich podstaw. Gdyby naruszył jakieś ważne paragrafy w Ministerstwie to co innego. Ale tutaj? Kiedy to on i jego rodzice są ofiarami? Próbował z nimi rozmawiać, oddać się nawet dobrowolnie, byleby ich oszczędzili. Na nic. Od razu mógł stwierdzić, który z nich tutaj pełnił rolę dominującą. Był szefem grupy.

Cięcie na przedramieniu trochę dawało o sobie znać, krew się sączyła powoli. Tristan trzymał ranę, tamując krwawienie drugą ręką, zmuszonym będąc patrzeć, jak jeden z nich jego matkę zaprowadza siłą do salonu. Za chwilę i on dostał sygnał, żeby się ruszyć. Pilnowany bacznie przez jednego z nich (Lestrange). Mógł wykorzystać ten moment na to, aby go zaatakować jeszcze przed wejściem do salonu. Wykorzystać swoje mugolskie umiejętności. Pohamował się z działaniem, kiedy od przerażonej matki, siedzącej na fotelu usłyszał ciche "Synu…?" Nie miała pojęcia co się dzieje. Czy Tristan wpakował się w tarapaty? Podpadł jakiemuś ulicznemu gangowi? Mafii? Skoro Ci mężczyźni określili się na zasadzie dżentelmenów. Czekała widocznie na wyjaśnienia.

Tristan nie ruszał się do czasu, aż został siłą zmuszony został zająć miejsce na kanapie. Gniew w nim rósł, gdy widział stan psychiczny matki.

- Tylko tchórz posuwa się do takich czynów. Wykorzystując osoby niewinne. Puśćcie ich wolno.
Zarządzał, wpatrując się gniewnie w tego, co pilnował jego matkę (Macmillan). Lecz przy tych słowach, które wypowiadał, poczuł jak coś oplata się na jego nadgarstkach i zmusza do ich złączenia, mocno zaciskając się. Rzucił na to okiem. Magiczna lina. Zacisnął dłonie w pięści i poruszył nadgarstkami, jakby sprawdzał siłę więzów. Nie tyle co mocno oplotły, ale mogły się bardziej zacisnąć. Ręce miał unieruchomione w pewnym stopniu, tak nogi pozostawały wolne. Między kanapą, na której siedział a fotelami naprzeciwko, znajdowała się drewniana ława na kawę.
- Przestań!
Krzyknął Tristan do śmierciożercy (Macmillan), aby zaprzestał używania na niej czaru. Legilimencja? Cokolwiek to było, wyglądało młodemu aurorowi na zaklęcie grzebiące w pamięci. Nawet ruszył się, aby przerwać ich czyny. Pociągnięty za włosy do tyłu przez pilnującego go osobnika (Lestrange), musiał siedzieć i patrzeć. Serce waliło mu młotem. Matka była przerażona, strach poważnie ją paraliżował.

W umyśle Elizabeth Ward, można było wiele znaleźć wspaniałych wspomnień, ale były też czarne scenariusze. Te właśnie śmierciożerca chciał, aby przeżywała jako pętlę. A jednym z nich był lęk o syna. Tristana, który okazał się być czarodziejem. Na kogo wyrośnie? Czy sobie poradzi? Czy to klątwa rzucona na ich rodzinę czy dar? Kiedy chłopak pierwszy raz użył nieświadomie magii, bała się tego. Uspokoiła ją rozmowa z dyrektorem Hogwartu, do którego chodził Tristan. Inny z czarnych scenariuszy? Śmierć jej rodziców w wypadku autokarowym. Zwolnienie z jednej pracy. Nie było tego wiele, ale jak każdy człowiek, przez coś przechodziła.

W pewnym momencie do pomieszczenia wrócił ostatni z zamaskowanych (Mulciber), który wprowadził ugodzonego zaklęciem paraliżu jego ojca. Adama Warda. Tristan skrzywił się lekko, kiedy poczuł mocniejsze zaciśnięcie się dłoni na swoich włosach. Ojca posadzono na fotelu obok matki, od razu też przywiązano do mebla. Lin nie było widać, ale to jak się poruszył, świadczyło o utrzymywaniu unieruchomienia. Mężczyzna był w szoku i z powagą próbował ocenić sytuację. Związany syn? Torturowana żona? Nawet jego ponosiło.

- Zostawcie moją rodzinę! Czego chcecie?
Niby próbował zgrywać odważnego głowę rodziny, bo za nich odpowiadał, to jednak w jego głosie wydobywał się strach.
Ten, który męczył kobietę, mógł udawać, że nie słyszy tego co mówił Adam. Cała uwaga była skupiana na Tristanie. Chłopak słuchał bzdur, jaki wypowiadał torturujący (Macmillan) jego matkę.

Miał zastanowić się nad odpowiedzią? Jeżeli przystanie na ich słowa, to jaka była gwarancja, że naprawdę ich zostawią w spokoju?
Na co była rozmowa, kiedy Ci dwoje zamienili się miejscami?

Obserwowane trzecim okiem nici powiązań, jasno udowadniały fakt, że Tristan jest biologicznym synem Adama i Elizabeth. Nie było pomyłki żadnej. Nie był nawet adoptowany. Czysto urodzony mugol z otrzymanym darem magii. Jeden z wielu przypadków tego społeczeństwa.

Tristan widząc, jak śmierciożerca (Mulciber) dotyka jego matkę, z trudem nad sobą panował. A kiedy ta została uderzona, nie wytrzymał. Niespodziewanie, uniósł nogę i pchnął z całej siły ławę tak, aby wbiła się mocno w plecy albo tyłek świra (Mulciber). Żeby mu odcisnęło się na wieki z bólu. Jeżeli poszło w plecy, to niech wykrzywi mu kręgi lub go złamie. Mógł tym sposobem sprawić małe zamieszanie, w postaci łańcuszka wydarzeń. Śmierciożerca uderzony od tyłu przez ławę, mógł polecieć do przodu posuwając fotel do tyłu. I jeżeli ten będący przywódcą grupy (Macmillan) stał tam nadal, istniała szansa na przerwanie jego zabaw w legilimencię.

Pozostał ten, który go pilnował (Lestrange). Ward podniósł obie związane ręce, aby spróbować chwycić dłoń z jego różdżką, aby mu ją wyrwać siłą. Ewentualnie, złamać. Co prawda, bolało kiedy ten nadal trzymał go za włosy, a może i puścił, to jednak Tristanowi zależało na tym, aby im przeszkodzić. Być może tym sposobem, pogorszy sytuację. Lecz kto nie ryzykuje, ten nie wie.

Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#17
25.11.2023, 12:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2023, 12:13 przez Murtagh Macmillan.)  

Murtagh z natury był gentlemanem. Lubił kiedy wszystko miało swoje miejsce i porządek, otwierał kobietom drzwi i nigdy nie rzucał klątw w plecy nieuzbrojonej osobie. Miał pewne swoje zasady, które odróżniały go od pierwszego lepszego moczymordy z Nokturna. Oczywiście, jak każdy prawdziwy gentleman wiedział też, że owe zasady niekoniecznie mają zastosowanie we wszystkich możliwych sytuacjach. Czasem należało po prostu zaakceptować, że czas  miejsce nie był po temu odpowiednie. Ten dzień jednak nie był do tej pory dla niego jedną z takich okazji. Jakkolwiek okrutny nie byłby dla matki Warda, samego młodego aurora darzył pewną dozą uprzejmości.


To jednak miało się właśnie zmienić.


Kiedy Tristan kopnął w ławę, ta uderzyła w znęcającego się właśnie nad jego matką Mulcibera. Ława była jednak na tyle ciężki, a kąt pod jakim kopnął go auror na tyle niewygodny, że uderzenie nie uczyniło mu żadnych poważnych szkód. Chociaż siniak prawdopodobnie miał pozostać po tym uderzeniu na jego plecach przez kilka kolejnych tygodni. Sprawiło to, że Macmillan swoim ciężarem musiał opaść na panią Ward, zapewne ją też w paru miejscach siniacząc. Jeśli to w ogóle da niej miało obecnie znaczenie, zważywszy na to co przeszła.

Cała ta sytuacja wydarzyła się na tyle szybko, że żaden z pozostałych dwóch Śmierciożerców nie miał czasu zareagować by ocalić Mulcibera przed urazem. Murtagh jednak dokładnie widział wszystko co się wydarzyło a słysząc cichy okrzyk bólu, pochodzący od Alexa, poczuł się jakby ktoś przyłożył mu do skóry rozpalony pogrzebacz i kazał tańczyć salsę. Wściekłość i nienawiść popłynęła w jego żyłach, wypalając połączenia w neuronach i barwiąc świat jaskrawymi kolorami.

- TY MAŁY KURWISYNU! - zagrzmiał, celując różdżką w Tristana, zaciskając zęby i oddychając szybko, podczas gdy adrenalina rozlewała się strugą wstrząsów i splecionych mocniej mięśni po całym jego ciele. Brakowało dosłownie sekund, żeby uderzył klątwą w chłopaka, ale te kilka sekund i kilka oddechów było wystarczające, żeby nieco otrząsnął się ze swojego stanu. Różdżka powoli, acz nieubłaganie przesunęła się w stronę ojca Tristana, podczas gdy wzrok Murtagha wciąż spoczywał na nim samym, bo jedyne co go obchodziło to ból Aurora.

- Crucio! - powiedział, z pełnym satysfakcji uśmiechem, którego jednak Tristan nie mógł widzieć pod maską. Chciał, żeby ojciec chłopaka cierpiał zanim zginie, żeby błagał o litość. Tymczasem, kiedy pozwalał klątwie działać, pustosząc umysł i ciało Adama, odezwał się ponownie do Tristana. - Panie Ward, ogromnie ubolewam nad pańskim brakiem manier i ogłady. Jednakże widać po mugolskim pomiocie można się spodziewać jedynie mugolskich zagrań. Zapytam więc ostatni raz. Czy jest pan pewien, że nie zaszła jakaś pomyłka i te szmaty nie są jednak pańską rodziną? - bardzo chciał usłyszeć od chłopaka jak wypiera się swoich rodziców. Chciał, żeby to było ich ostatnie wspomnienie nim zginą.



“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight  Murtagh Macmillan, Secrets of London
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#18
25.11.2023, 12:40  ✶  
Rodolphus również określiłby siebie jako dżentelmena. Dobrze wychowany od małego, postępowy, oczytany i inteligentny - taki kreował obraz wokół siebie. Dbał o kobiety, które napotykał na swej drodze, lecz nie tylko na pokaz, ale i uważał, że staroświeckie myślenie jakoby kobiety powinny siedzieć tylko w kuchni i nie mieć prawa głosu, to przeżytek do zlikwidowania. I mimo iż sam miał niedługo wziąć udział w zaaranżowanym małżeństwie, kochał Bellatrix całym sercem. Gdy rodzice poinformowali ich o swej decyzji, najpierw zapytał ją o zdanie. Liczył się z nią tak, jak z nikim innym. I to właśnie myśl o Bellatrix sprawiła, że wstąpiły w niego nowe siły a w żyłach zapłonęła adrenalina. Przecież robił to między innymi dla niej. Widząc przed sobą scenę, której był świadkiem, w jego oczach zapłonął gniew. Jeżeli to spierdolą, nigdy jej nie zobaczy. A on nie pozwoli szlamie zniszczyć swojego życia - właśnie dlatego tacy jak oni powinni być utylizowani od razu po urodzeniu. Albo najlepiej żeby mugoli chowało się jak krowy, by kontrolować populację.

Mówi się, że na reakcję człowiek ma około 2 sekund. Tristan był wysportowany, ale podobnież taki był Rolph. Na dodatek Rodolphus miał przewagę, ponieważ pierwszy ruch, który zauważył, to było kopnięcie w stolik, a nie atak na niego bezpośrednio. Widząc unoszące się ręce, Rodolphus szarpnął ręką z różdżką w tył, by wyszła poza zasięg Warda, a następnie szarpnął mugolaka za włosy, chcąc wywołać u niego kolejną salwę bólu. Z różdżki na powrót wycelowanej w jego twarz wystrzeliły iskry, kapryśne narzędzie lub brak umiejętności młodego śmierciożercy uratowały Warda przed zaklęciem.

Rodolphus warknął i bez zastanowienia postanowił kopnąć Tristana w bok kolana, mocno i z całym impetem, wkładając w to cały swój gniew, który nim teraz władał.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#19
02.12.2023, 08:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2023, 14:11 przez Alexander Mulciber.)  
Trigger Warning: przemoc, tortury, morderstwo kobiety, Mulciber's mind deserves its own warning (Odkryj)
– Zabiję dzisiaj kogoś – wyznał rano oplatającej go Lorettcie, między jednym westchnieniem a drugim, i to takim tonem, jakby mówił o czymś równie błahym, co osoba jej narzeczonego albo jutrzejsza pogoda. Chciała w końcu szczerości, tyle razy wytykała mu, że nie umie rozmawiać, a sama jedynie uniosła brwi. I?, zdawały się mówić jej zwykle tak ekspresyjne oczy. Wzruszył ramionami. Nie martwisz się, że zginę?, chciał zażartować, ale już zanim otworzył usta, znał też jej odpowiedź: złego diabli nie wezmą.

Nagły atak Tristana wziął go, co prawda z zaskoczenia.
Cóż, za bardzo był skupiony na siedzącej przed nim kobiecie, za bardzo podekscytowany możliwością zadania jej bólu – wolał kobiety, nie czerpał żadnej przyjemności z męczenia mężczyzn, kiedy leżeli przed nim związani i bezsilni, tym bardziej żałośni przez podejmowane próby oporu – lubił słuchać melodyjnych jęków kobiet, lubił niedowierzanie w ich oczach, i to, że musiał być bardziej kreatywny w zadawaniu im bólu… Kiedy wykrzywiały twarz w parkosyzmach cierpienia, napawało go to czymś na kształt rozkoszy.
Nie mógł zbyt długo zastanawiać się jednak nad swoimi preferencjami, bo zwinął się z bólu, kiedy stolik potężnie przywalił w jego kręgosłup lędźwiowy, popychając go prosto na stający przed nim fotel, na otumaniałą ze strachu mugolkę. Wydał z siebie mimowolnie jęk bólu, który był lontem zapalnym dla skrzynki dynamitu, jaką były gniew Murtagha i brutalność Lestrange’a.

Tylko że Ward nie wiedział o nim paru rzeczy. Po pierwsze, Loretta powiedziała mu dzisiaj, że złego diabli nie wezmą, a to brzmiało jak obietnica; jak przepowiednia niemal, dlatego nie martwił się specjalnie o swój stan; po drugie, ten zły był na tyle uzależniony od opioidów, że nie było dnia, w którym nie łyknąłby czegokolwiek, a wcześniej tego dnia strzelił sobie doustną dawkę morfiny, która uwalniała się powoli, zapewniając stan przyjemnej desensytyzacji, i ulgę w bólu; po trzecie, Mulciber już od dawna żył bez kręgosłupa moralnego, więc i ten kostny nie powinien mu specjalnie dokuczać.

Obszedł dookoła fotel, podpierając się o niego dominującą ręką, i choć nie było tego widać przez maskę, krzywił się, stając ostatecznie za jego wezgłówkiem.
I wybuchł śmiechem, kiedy zobaczył, jak ojciec Warda miota się z bólu, po tym, jak Murtagh użył na nim zaklęcia torturującego.
Pieniacka wściekłość Murtagha była naprawdę poruszająca, biorąc pod uwagę nienaganność jego jaśniepańskich manier – z Macmillanem zawsze można było się pokazać w towarzystwie, bo on to potrafił lawirować dookoła tych wszystkich zmanierowanych arystokratów i rzucać swoimi inteligentnymi odzywkami na prawo i lewo, kiedy Mulciber raczej ograniczał się do kilku celnych, acz krótkich uwag – tylko z nim podczas uroczystych bankietów potrafił się bawić naprawdę dobrze, bo potrafił być jednocześnie zwyczajnie wredny i piekielnie inteligentny. Ale ta wersja Macmillana, kiedy tracił nad sobą panowanie… Lubił ją. Czuł się wtedy tak, jakby oboje byli na szczycie świata.
Skupił spojrzenie na Lestrange’u, mocującym się z Wardem. Różdżkę przystawił do głowy rozdygotanej matki Tristana.

– Małe przemeblowanie, co, Ward? – Narrator wszechwiedzący pozwala sobie w tym momencie zauważyć, że Tristan zacznie pewnie inaczej śpiewać, gdy Mulciber przemebluje jego starą, a Macmillan dokona metamorfozy wnętrza jego główki… – a, chwila, cofnijcie to – dzięki uprzejmości Lestrange’a, śpiewanie też wkrótce przestanie wchodzić w grę. No cóż…
Alexander machnął różdżką, gwałtownie, ze zniecierpliwieniem; odsuwając na bok wszelkie ławy, etażerki, pufy, lampy i inne gówniane ozdóbki z najbliższego sąsiedztwa – co było oczywiście eufemizmem na to, że wszystkie meble, poza fotelami, na których ulokowani zostali rodzice młodego aurora, i sofy, którą wcześniej zajmował Tristan, rozprysły się po bokach przestronnego pokoju, w którym się znajdowali, w większości ulegając zniszczeniu. Jakby od niechcenia rozcierał przy tym część kręgosłupa lędźwiowego, w którą oberwał, a kiedy się wyprostował na dobre, aż chrupnęło.

– Nie podoba mi się kolor tego fotela. Bezguście, nie sądzisz? – W jego głosie słychać było szyderczy uśmiech, kiedy zwrócił się ni to do Macmillana, ni to do Lestrange’a w szczególności.
– Czerwony bardziej pasowałby do ścian – zasugerował leniwie.

Jego ruchy były szybkie, precyzyjne. Posoka trysnęła z ran na ciele mugolki, plamiąc materiał fotela, podłogę i pokrywający ją dywan. Cięcia była liczne, nie tylko powierzchowne, ale i głębokie, i przybywało ich, a mugolka wrzeszczała, i wrzeszczała, i wrzeszczała, a Mulciber przestał walić na ślepo, tylko już delikatnie sunął różdżką po jej skórze, i otwierał coraz to nowe nacięcia, czasem trochę drgnęła mu ręka, niby niechcący, i oderwał jakiś płat mugolskiego mięsa, ale tak, by wciąż utrzymać matkę szlamy w miarę w jednym kawałku.

Cały czas stał za fotelem, w bezpiecznej odległości od rzucającego się Warda, i obserwował reakcję zgromadzonych. Nie chciał odbierać w żaden sposób Macmillanowi roli mistrza ceremonii, ale mimo wszystko trochę go wkurwił fakt, że jakiś szczyl próbował znokautować go stolikiem do kawy. Jego prawa ręka, trzymająca różdżkę, była cały czas wycelowana w głowę mugolki, zaś lewa, wolna – pomagała rozedrganym dłoniom pani Ward uciskać ranę na jej szyi. Widać było po jego pewnej postawie, że nie pozwoli jej wykrwawić się, zanim nie dostanie jasnego sygnału od Murtagha – czekał na rozkaz, a ciepła krew mugolki spływała po jego rękach i szacie, jej drobinki znalazły się nawet na jego prostej, czarnej masce. W pewnym momencie przestała wrzeszczeć, dziwne. Jej usta były rozwarte, jakby zastygły w niemym krzyku.

– To nie jest czerwony. Krew tej świni bardziej przypomina szlam – Jego głos, do tej pory tak bezbarwny, ociekał teraz tak namacalnym obrzydzeniem, że aż dziwne było, jak wcześniej hamował bijącą z niego nienawiść. A przecież był takim samym człowiekiem, jak wszyscy tutaj zgromadzeni, i nawet wiedział, czym jest miłość, ba, z taką samą łatwością, z jaką strzelały teraz w stronę Warda czarne nici nienawiści, tak chociażby delikatnie różowe, świetliste nitki zdawały się oplatać postać Diany, którą traktował jak prawdziwą rodzinę... Tak, nici powiązań nie dbały o to, z jakiej krwi się wywodzisz: z Dianą był przecież tylko spowinowacony, a każdy Mulciber albo Bletchley powiedziałby, że łączące ich nici symbolizują czystą miłość i opiekuńczość; że byli rodziną, że była mu bliższa bardziej, niż ktokolwiek z jego rzeczywistych krewnych. Nici powiązań nie dbały o krew; ale Alexander już tak. – Dalej. Możemy zobaczyć, czy on ma to samo w żyłach – prychnął śmiechem, skinieniem głowy pokazując w stronę ojca Tristana. – Nie masz nic przeciwko, co, Tristan?
– Nie martw się, kochanie, jeszcze nie umierasz – uciszył delikatnie drżące jęki śmiertelnie bladej ze strachu kobiety, na moment puszczając jej dłonie, by uspokajająco pogłaskać ją po głowie – a tak naprawdę wytrzeć upapraną nieczystą krwią rękawicę o jej włosy, rozsmarowując szlam po jej twarzy. Szybko jednak wrócił do pierwotnego uchwytu, nie chciał bowiem, by jej rozdygotane ręce bezsilnie opadły na podołek, i by odkryła, że z jej rozciętej jamy brzusznej prawie że wyglądają na wierzch otłuszczone wnętrzności.

Z tego wszystkiego można wysnuć prosty wniosek: Axel, w przeciwieństwie do swoich wężowych towarzyszy (prawdziwa drużyna marzeń: Python, Vipera i Serpens), zdecydowanie, dżentelmenem nie był.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Czarodziej
Życie to sztuka, którą uprawia niewielu. Większość tylko wegetuje.
wiek
33
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
Złotnik / Kowal
Wysoki brunet, mierzący 193 cm o zielonych oczach. Ubierający się jak zwyczajni mugole, nie rzucając się w oczy. Szczupły, z dobrze zbudowaną sylwetką.

Tristan Ward
#20
02.12.2023, 11:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2023, 22:44 przez Tristan Ward.)  

Atak z wykorzystaniem mebla salonowego, udał się z powodzeniem takim, że obaj intruzi otrzymali jakieś obrażenia. Jeden mniejsze, drugi większe. Nie ważne czy byłaby to rana głęboka, płytka, krwiak czy siniak. Pokazał im, że jak Auror był bardzo kreatywny, chcąc odciągnąć ich od torturowania ich rodziców. Szczególnie matki, do której przyczepili się jak rzepy, bo jest kobietą.

Nie do końca miało to taki skutek, jakby chciałby uzyskać młody Ward. Mając ograniczone możliwości poruszania związanymi razem nadgarstkami, nie dosięgnął dłoni tego, który cały czas go trzymał za włosy (Lestrange) i jeszcze mocniej zacisnął na nich swoje palce. Kopniaka w kolano nie miał jak uniknąć i niestety otrzymał bolesny cios. Tristan skrzywił się bardziej z bólu, nie mogąc za bardzo poruszać głową, zmrużył aż oczy z bólu cofając ręce na uda, patrzył na celującego w niego różdżką (Macmillan), będąc przekonanym, że dostanie zaraz jakimś czarnomagicznym, czy innym. Lecz nie. Jej kierunek zmienił się na siedzącego i unieruchomionego ojca. 

- Nie!
Nie zdążył. Gdy tylko usłyszał nazwę czaru i po chwili krzyk ojca, widząc jak się wije z bólu. Z różdżki celowanej w niego z boku, poleciały iskry. W tym czasie też przywódca grupy ponownie przemówił jakby nic takiego złego się nie działo.
Ostatni z zamaskowanych, pozbierał się po uderzeniu od ławy (Mulciber) i zabrał się na początek w ”przemeblowanie salonu”. Zaklęciem poodsuwał wszelkie meble będące w pobliżu pod same ściany. Tym razem Tristan nie miał możliwości zrobić cokolwiek, nie miał niczego pod rękami ani nogami. Nie dość, że rana na przedramieniu dominującej ręki bolała, to jeszcze kolano.
Uszkodzenie mebli nie było istotne. Je można odnowić, kupić, ale nie życie ludzkie. Na tym nie było końca, gdyż ten, który wcześniej dobierał się do jego matki, ponownie wziął za torturowanie rodzicielki młodego aurora. Oboje cierpieli, a serce Tristana waliło mocno. Z przerażenia.
- Przestańcie…
To bolało. Dotknęli w jego słaby punkt.
- Jestem ich synem! Nie zaszła pomyłka!
Odpowiedział na pytanie, nie chcąc wyrzekać się własnych rodziców. Nie był pewny, czy przy fali bólu jaką otrzymywali, usłyszeli jego słowa. Ojciec cierpiał wewnętrznie. Matka krwawiła. A u Tristana z kącika oka popłynęła łza bezsilności, że nie może nic zrobić. Unieruchomiony przez bolesne trzymanie za włosy, z unieruchomioną głową musiał na to wszystko patrzeć.
- Zrobię co chcecie. Tylko ich oszczędźcie.
W głosie można było wyczuć błaganie aby przestali. Ci ludzie dali mu życie, są niewinni. Ukarali go już wystarczająco. Osiągnęli co chcieli. Odpowiedział na pytanie zgodnie z prawdą. Gdyby miał się ich wyrzec, nie zmieni to, że on sam nadal jest szlamą. Czysto urodzonym mugolem, którego los obdarował darem magii. Tego w sobie nie zmieni.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (4614), Murtagh Macmillan (3858), Rodolphus Lestrange (3412), Tristan Ward (4609)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa