To nie tak, że dom Longbottomów był jakimś obozem wojskowym i Brenna wyrywała Franka z łóżka skoro świt, żeby go zahartować czy żeby się nad nim poznęcać. Po prostu ranek - bardzo wczesny ranek, niedługo po świcie, czyli tak w okolicach piątej nad ranem - był tą chwilą, kiedy mogła znaleźć na trening trochę czasu. Zanim wpadnie do biura, a potem zajmie się pewną zakonną sprawą. A Frank w końcu miał wakacje, potem odeśpi, prawda?
Poza tym zawsze uważała, że najlepiej ćwiczy się o świcie.
Czekała więc na Franka i Alice bardzo wcześnie - gdy okazało się, że panna Greengrass chce dołączyć do treningu, Brenna miała odrobinę obaw, pamiętając jej koordynację ruchową na ziemi, ale nie protestowała - już w sadzie, w cieniu jednego z drzew. Miała za sobą dość krótki spacer z psami i kawę, obowiązkowy element każdego poranka. Stroju ochronnego zwykle unikała, jeśli nie był niezbędny, i teraz też go nie założyła, zamiast tego wybierając nieco znoszone, nie krępujące ruchów ubranie.
Zrezygnowała z mieczy. Wiedziała, że to te robią największe wrażenie, ale nie były dobrą bronią "na początek". Zamiast tego z rodzinnej kolekcji wzięła szpady i jedną szablę, tę drugą bardziej by zademonstrować pewne różnice niż faktycznie zabierać się do takiego treningu. Wszystkie rzecz jasna zostały starannie zabezpieczone i wybrała te nieostre, bo Brenna doskonale wiedziała, że jeżeli spróbowałaby wręczyć taką broń dzieciakom, raz, na pewno zrobiłyby sobie krzywdę, dwa, matka by ją osobiście zamordowała. A potem Augusta by ją wykopała i ożywiła tylko po to, by zabić ją po raz drugi.
Jeszcze nim tamta dwójka się pojawiła, tak dla rozgrzewki i by nie marnować czasu na bezsensowne stanie, złapała za szablę. Nią z broni władała najsłabiej – od zawsze wybierała raczej albo miecz, albo szpadę – i zaczęła wykonywać podstawowe sekwencje ruchów. Sześć cięć do ogniska cięć, prawa – lewa, góra – dół, środek. Prosta sekwencja, wykonana najpierw wolno, a potem szybciej i coraz szybciej.