—07/07/1972—
Warownia Longbottomów, Dolina Godryka
Erik Longbottom & Morpheus Longbottom
Służba. To pierwsze słowo, jakie przychodziło na myśl Erikowi, gdy myślał o głównej ''misji'' rodu. Chociaż zawsze były jakieś wyjątki od reguły, tak wielu Longbottomów poświęciło swe życie własnemu temu; służbie innym. Pomaganiu słabszym i schorowanym; tym, którzy nie mieli tyle szczęścia w życiu co oni lub nie zdawali sobie do końca sprawy z niebezpieczeństwa, jakie czyhało na horyzoncie. Erik służył poprzez swoją pracę dla Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. I okazjonalny wolontariat w Strażnicy.
Nie spodziewał się jednak, że teraz będzie wykonywał prace porządkowe we własnej posiadłości. No dobra, rezydencji dziadka. To był jego wolny dzień, więc pozwolił sobie pospać trochę dłużej, a gdy już zwlókł się na śniadanie... Oprócz góry tostów zostawionych mu przez siostrę, na stole znalazł także notkę od matki, która w miłych, acz dosadnych słowach nakazywała mu zostać w domu... I zacząć malować płot. Bez pomocy skrzatki, bo ta akurat została wysłana do miasta po sprawunki. Erik był w ogromnym szoku.
Szybko się domyślił, co mogło być powodem usadzenia go na resztę dnia w posiadłości. To była kara. Bądź co bądź, czerwiec był dosyć... stresującym miesiącem dla innych domowników. Walka z trollem w górach Kaledońskich, rozbicie się o drzewo mugolskim traktorem, walka z duchami i poważne uszkodzenia ciała na pokładzie tonącej „Perle Morza”. Może Elise Longbottom miała jakieś matczyne przeczucie i wolała, aby syn tego dnia nie szukał jednak kłopotów za murami Warowni?
Po przebraniu się w bordowy uniform roboczy znaleziony w ogrodniczej szopie Erik przystąpił do roboty. Zgodnie z instrukcjami zmieszał farbę, aby uzyskać odpowiednią barwę i... Zaczął machać różdżką od lewa do prawej, od góry do dołu. Pędzel fruwał w powietrzu, powoli sprawiając, że zapuszczony płot powoli odzyskiwał dawną świetność. Mogłem zawołać kogoś do pomocy, zdał sobie sprawę. Takie malowanie nie było zbytnio zajmujące, gdyby robił wszystko ręcznie, to przynajmniej miałby czym zająć ręce, a tak... Rzucanie zaklęć wymagało w gruncie rzeczy tylko odpowiednich machnięć i ruchów nadgarstka. I wtedy Erik usłyszał, że ktoś się do niego zbliża od tyłu.
— Co? — podniósł głos, w pierwszej chwili nie rozumiejąc słów przybysza. Odwrócił się gwałtownie, mimowolnie machając różdżką tak, że pędzel nasączony ciemną farbą momentalnie oderwał się od płotu i poszybował prosto w stronę... wuja Morpheusa. — O nie!
Zdał sobie sprawę zbyt późno ze swojego błędu i jedyne co mógł zrobić, to wycelować w powietrze. Czy pędzel zareaguje jednak odpowiednio szybko? Czy starszy Longbottom zdoła uniknąć spotkania ze świeżo-otwartą farbą, która na pewno zostawi po sobie ślady?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
Jasnowidzenie Morfeusza