10.12.2023, 02:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2023, 02:39 przez Perseus Black.)
"Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli dołączy do nas Crow?"
Próbował wyłowić to imię z meandrów wspomnień, lecz bezskutecznie; był pewien, że nigdy żaden Crow nie stanął na jego drodze. Oczywiście, że nie, odparł Perseus z wymuszonym uśmiechem, starając się zamaskować nim fakt, że wcale nie podoba mu się dzielenie przestrzeni i Franka z jakimś Crowem, zwłaszcza, że za kilka dni miał wrócić do Paryża i żywił szczerą nadzieję, że tamten wieczór będzie należał tylko do nich. Przeklinał w myślach mężczyznę, który miał czelność stanąć pomiędzy nim, a (z pewnością w takiej sytuacji niedoszłym) kochankiem.
Jak się później okazało, miał ku temu więcej powodów. Przez ostatni kwadrans - to znaczy od momentu, w którym Crow przekroczył próg zadymionego pokoiku w jednej z zatęchłych kamienic na Nokturnie - jakby w kontrze do tego, w jaki sposób się poznali, milczał, rzucając mu jedynie długie spojrzenia; próżno w nich było doszukiwać się jednak chłodu i nienawiści, choć zasinienia na bladej skórze Perseusa świadczyły o tym, że jeszcze nie doszedł do siebie po ich ostatnim spotkaniu przed kilkoma dniami, czy nawet irytacji w związku z jego (nie tak) nagłym pojawieniem się i zepsuciu Blackowi planów na wieczór. Starał się udawać chłodną obojętność, lecz nie był w stanie ukryć się z uważnością, z jaką śledził każdy jego ruch i czytał z ruchu jego warg. Był ciekaw kim właściwie jest człowiek siedzący na obitej pluszem kanapie naprzeciwko niego, dlaczego ktoś taki zna Franka i został przez niego zaproszony do jednego z tych pokoi, które nosiły miano luksusowych, choć luksusowymi wcale nie było - nie dla kogoś pokroju Perseusa, który od razu poznał się na fałszywej sztukaterii, meblach ze sklejki mających udawać wiekowe i zasłonach z poliestru, choć sam nie znał tego słowa i nazywał ten materiał "tanim, sztucznym i mugolskim". Mimo wszystko, aby znaleźć się za tymi drzwiami, trzeba było mieć pieniądze lub znajomości, a najlepiej tak jak Black jedno i drugie. Bo choć od kilku lat nikt nie mógł już wsadzić go do Azkabanu za trzymanie w ramionach innego mężczyzny, tak wizja wydziedziczenia i spędzenia reszty swych dni w Lecznicy Dusz - tym razem jako pacjent - spędzała mu sen z powiek. Nie pozostawało mu nic innego, jak płacić za dyskrecję; nauczył się, że ludzie są w stanie dochować najbardziej obmierzłych sekretów w zamian za kilka galeonów.
Ta niezręczna sytuacja trwałaby nadal, gdyby nie to, że zjawił się ktoś jeszcze - Perseus go nie znał, ale domyślił się, że pracował dla Franka trzymającego w ryzach to miejsce - i szepnął mu coś na ucho. Gospodarz ich przeprosił, tłumacząc się koniecznością zapanowania nad małą katastrofą (co w jego słowniku oznaczało, że coś, kolokwialnie mówiąc, się zesrało i szybko do nich nie wróci), a potem wyszedł, zostawiając ich samych.
Odczekał chwilę, aż kroki za drzwiami ucichną, a potem nalał sobie wina. Czerwonego, wytrawnego, niezbyt drogiego, ale z pewnością bardziej wykwintnego niż to, z czym jego niespodziewany towarzysz mógł mieć do czynienia.
— Crow — wypowiedział jego imię łagodnie, nieco badawczo, jakby sprawdzał, jak leży mu na wargach — Wymyśliłeś to imię na poczekaniu, czy kryje się za tym głębsza historia?
Zatrzymał butelkę nad kieliszkiem Crowa i rzucił mu pytające spojrzenie, czekając na jego przyzwolenie.
Próbował wyłowić to imię z meandrów wspomnień, lecz bezskutecznie; był pewien, że nigdy żaden Crow nie stanął na jego drodze. Oczywiście, że nie, odparł Perseus z wymuszonym uśmiechem, starając się zamaskować nim fakt, że wcale nie podoba mu się dzielenie przestrzeni i Franka z jakimś Crowem, zwłaszcza, że za kilka dni miał wrócić do Paryża i żywił szczerą nadzieję, że tamten wieczór będzie należał tylko do nich. Przeklinał w myślach mężczyznę, który miał czelność stanąć pomiędzy nim, a (z pewnością w takiej sytuacji niedoszłym) kochankiem.
Jak się później okazało, miał ku temu więcej powodów. Przez ostatni kwadrans - to znaczy od momentu, w którym Crow przekroczył próg zadymionego pokoiku w jednej z zatęchłych kamienic na Nokturnie - jakby w kontrze do tego, w jaki sposób się poznali, milczał, rzucając mu jedynie długie spojrzenia; próżno w nich było doszukiwać się jednak chłodu i nienawiści, choć zasinienia na bladej skórze Perseusa świadczyły o tym, że jeszcze nie doszedł do siebie po ich ostatnim spotkaniu przed kilkoma dniami, czy nawet irytacji w związku z jego (nie tak) nagłym pojawieniem się i zepsuciu Blackowi planów na wieczór. Starał się udawać chłodną obojętność, lecz nie był w stanie ukryć się z uważnością, z jaką śledził każdy jego ruch i czytał z ruchu jego warg. Był ciekaw kim właściwie jest człowiek siedzący na obitej pluszem kanapie naprzeciwko niego, dlaczego ktoś taki zna Franka i został przez niego zaproszony do jednego z tych pokoi, które nosiły miano luksusowych, choć luksusowymi wcale nie było - nie dla kogoś pokroju Perseusa, który od razu poznał się na fałszywej sztukaterii, meblach ze sklejki mających udawać wiekowe i zasłonach z poliestru, choć sam nie znał tego słowa i nazywał ten materiał "tanim, sztucznym i mugolskim". Mimo wszystko, aby znaleźć się za tymi drzwiami, trzeba było mieć pieniądze lub znajomości, a najlepiej tak jak Black jedno i drugie. Bo choć od kilku lat nikt nie mógł już wsadzić go do Azkabanu za trzymanie w ramionach innego mężczyzny, tak wizja wydziedziczenia i spędzenia reszty swych dni w Lecznicy Dusz - tym razem jako pacjent - spędzała mu sen z powiek. Nie pozostawało mu nic innego, jak płacić za dyskrecję; nauczył się, że ludzie są w stanie dochować najbardziej obmierzłych sekretów w zamian za kilka galeonów.
Ta niezręczna sytuacja trwałaby nadal, gdyby nie to, że zjawił się ktoś jeszcze - Perseus go nie znał, ale domyślił się, że pracował dla Franka trzymającego w ryzach to miejsce - i szepnął mu coś na ucho. Gospodarz ich przeprosił, tłumacząc się koniecznością zapanowania nad małą katastrofą (co w jego słowniku oznaczało, że coś, kolokwialnie mówiąc, się zesrało i szybko do nich nie wróci), a potem wyszedł, zostawiając ich samych.
Odczekał chwilę, aż kroki za drzwiami ucichną, a potem nalał sobie wina. Czerwonego, wytrawnego, niezbyt drogiego, ale z pewnością bardziej wykwintnego niż to, z czym jego niespodziewany towarzysz mógł mieć do czynienia.
— Crow — wypowiedział jego imię łagodnie, nieco badawczo, jakby sprawdzał, jak leży mu na wargach — Wymyśliłeś to imię na poczekaniu, czy kryje się za tym głębsza historia?
Zatrzymał butelkę nad kieliszkiem Crowa i rzucił mu pytające spojrzenie, czekając na jego przyzwolenie.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory