Ale co do śmierci miała rację, zamierzałem zejść z tego świata z dumą, z właściwą sobie nieskromną (nie)sławą, zapisując się na kartach historii rodu Prewett. Jako mężczyzna z głową na karku, błyskotliwy biznesmen, mężczyzna z miłosną historią na koncie, z którą to miłością swojego życia spędził całe swoje życie. I może umrę w samotności, a może u boku wspomnianej przed chwilą małżonki...? Niezbadane były wyroki Bogini Matki, więc to zdecydowanie był temat na bardziej pochmurne dni, nie zaś te jedne z najbardziej słonecznych.
A odnośnie słońca, radości, muzyki i tańca...
- Tańczysz w trakcie występów...? - zapytałem ją, widząc jej ruchy, ale też mojej uwadze nie umknęła rura z podestem. Przeznaczona, cóż, do bardziej wyzywającego tańca. Nie podejrzewałbym Elaine o podobne ekspresje, ale najwyraźniej czasy się zmieniła, wyrosła, a na dodatek żyła w kompletnie innym świecie niż ja. Pandorka, dajmy na to, zapewne nigdy w życiu nie widziała rury do tańca, a przynajmniej tego trzymałem się swoimi myślami.
Przysiadłem przy stoliku, odprowadzając wzrokiem jej falującą sukienkę. Było w Elaine tyle ruchu, tyle radości, tyle beztroski. Nie spodziewałbym się ujrzeć dziewczyny w podobnym wieku, w podobnym miejscu na takim etapie życiowym, gdzie była z tego wszystkiego szczęśliwa, chociaż nie potrafiła czytać i pisać, chociaż wisiała w powietrzu albo była przykuta do kuchni... To naprawdę było to, czego pragnęła, a co miała...?
- Aż tak bardzo lubisz gotować...? Dosyć sporo masz tu tego wszystkiego - zauważyłem dla podtrzymania rozmowy. Wziąłem do ręki talerzyk i skosztowałem jej ciasta. Pokiwałem z uznaniem głową, choć jadałem wybitniejsze.