-Wiesz nie chodzi tu zawsze o wielkie rzeczy, ale o te małe też.-zaczął ostrożnie.-Nie musisz walczyć nie wiadomo z kim i wygrać, czasami uratowanie kogoś w barze wystarczy, albo komplement, pomóc w przejściu przez ulicę, danie nadziei, że nie wszyscy są tacy źli i okrutni.-chciał, żeby uwierzył w to, że robi jakąś różnicę w świecie. Pomimo niepowodzeń dalej walczy o to co słuszne, dzięki temu inni też się nie poddają.
Spojrzał na niego bystrzej, wyraźnie zaniepokojony kiedy ten się załamał. Chciał pomóc, ale wiedział, że na ten rodzaj bólu nie było lekarstwa, a załagodzenie go opiera się na upływie czasu. Cierpiał razem z nim, chociaż tego rodzaju ból był mu jeszcze obcy.
Zsunął się z łóżka, uklęknął przy jego nogach, obejmując jego twarz w ciepłe dłonie. Pogładził kciukami policzki Morpheusa, ocierając wilgoć łez z opalonej skóry.
-Jestem tu i wiem, że boli. Pozwól sobie płakać, za niektórych warto wylewać wszelkie łzy, szczególnie za tych, których kochałeś.-mówił spokojnie, patrząc w jego zaczerwienione oczy. Był tu dla niego, nieoczekiwanie przyjemne spotkanie zmieniło się w przelewanie z żalów, ale dzielenie się smutkami sprawia, że te stają się trochę bardziej znośne.