• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent

[23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
25.01.2024, 01:14  ✶  

Tak, Ginny sprawiała wrażenie osoby, której nie sprawia problemy wychodzenie ze strefy komfortu i poznawania ludzi. Przykład tego został podany na polanie, na której Słońce i Księżyc ulegali swoim pocałunkom, mogąc się w końcu dotknąć po wielu latach podróży. Zaprosił ją tam, by poznała ludzi. I poznała. Nie potrzebowała przy tym jego pomocy - sam za bardzo zajął się poetą, którego gorzkie łzy i oczy napełnione nadzieją pamiętał do dziś.

- Nie do końca... Zawsze był to najstarszy syn rodu. Nie bardzo mam predyspozycje do tego tytułu. - Dyplomatycznie rzecz ujmując, a składało się na to parę rzeczy. Chociażby to, że chociaż Edward temu zaprzeczał, to Laurent widział, że ten faworyzuje swoją córkę. To chyba normalne, tak? Nie bez kozery mówi się o "córeczkach tatusia". Mógłby się tutaj wypowiadać o tym, że był smaczkiem rodziny, takim skokiem w bok, że ojciec był nim zażenowany i spoglądał na niego z pogardą, że jego macocha by przecież nie pozwoliła na to, żeby ktoś taki jak on osiadł na tronie Prewett... tak, dużo mogliby tu o tym mówić. Temacie niewygodnym, przykrym, ale z drugiej strony Laurent tego nie ukrywał. Nie przy osobach, z którymi miał dobry kontakt, przyjemnie mu się z nimi rozmawiało. Jeśli mieliby poczuć do niego obrzydzenie względem jego pochodzenia to wolał o tym się przekonać już na początku niż na końcu. Kwestia jednak dziedziczenia była trochę bardziej subtelna. - Bardzo bym nie chciał, żeby to zabrzmiało niegrzecznie, ale rodzina McGonagall nie jest czystej krwi z tego, co kojarzę? - A mógł kojarzyć źle. To nie tak, że znał wszystkie domy czystej krwi i ich nazwiska. Te największe - oczywiście! Ale wiele dziwnych i nowych nazwisk potrafiło się przesuwać przez salony, a nikt z nich nie nazywał się Black, Avery czy Malfoy. Wydało mu się jednak, że cGonagall byli półkrwi. - Nie robi to dla mnie żadnej różnicy, czysta ciekawość. - Dodał, żeby czasem nie wyjść na osobę próbującą szufladkować ludzi na lepszych i gorszych względem ich statusu krwi.

- Naprawdę? - Lekko zaskoczony uśmiechnął się, a byłby nawet bardziej rozbawiony gdyby nie cały płaszcz doświadczeń ciągnący się za nim od kilku dni. Kij w dupsku, jak to ujęła, był całkiem trafnym porównaniem. Co kraj to obyczaj, jak to mówili. - To, co chcemy to może za dużo powiedziane... ale tak, Edward jest bardzo wyrozumiały pod tym względem. Nie jest to raczej typowe dla rodzin czystej krwi, jakie znam. - Nie trzeba znać koneksji, żeby przebywając tu zobaczyć parę ciekawych prawd... czy w Egipcie też tak żyli? Jeśli cały swój czas Ginny poświęcała wykopaliskom to w zasadzie gdzie miała to zobaczyć? Nie wiedział, w jakich kręgach się obracała, wiedział za to, że niekoniecznie w angielskich. Chyba że tamto spotkanie z mugolami jej cokolwiek pomogło. Miał taką szczerą nadzieję.

- Nie przeszkadza ci tłustość tutejszej kuchni? - Tak jak każdy kraj miał swój obyczaj, jak kultura Anglii była bardzo sztywna, tak miał swoje przysmaki kulinarne. Chleb z masłem był tutaj popularny, pyszny, Laurent sobie nie potrafił wyobrazić dłuższego czasu posiłków bez chleba czy tostów. - Tak jak kultura, tak różnica kuchni potrafi być ciężka do zmiany na dłuższy czas. Swoją drogą - naprawdę pyszne. - Pokazał na specyficzne danie, które dostał i do którego z ciekawością się zabrał. To było zagadnięcie o to, jak po takim czasie sobie tu radzi, jak się zaklimatyzowała, czy czasem nie brakowało jej tego, co miała tam. Skoro już wiedział, że pogoda jak dotąd wcale jej nie zawodziła tak bardzo.

- Zgadza się, niewiara czy wiara nie wpłynie na zmianę faktów. - To, że ludzie nie wierzyli w okrągłą ziemię nie uczyniło jej płaską. - Rozumiem już, co miałaś na myśli. - Więc nie, jednak nie miał na to innego spojrzenia. Jedynie nie do końca złapał, co miała na myśli, a teraz już było to jasne. Jasne i nie sposób było zaprzeczyć, kiedy spoglądaliśmy na takie fakty. Odnosiło się to jej wróżb. Były tak samo prawdziwe jak okrągła ziemia, więc nie raziło ją podejście ludzi. - Prosta mądrość, a jednak bardzo cenna. Bardzo zdrowa. - Dla niej samej. Pozwalała nie przejmować się pewnymi krytykami, które w innym wypadku mogłyby być przykre, bardzo przykre nawet. - Owszem, mam tego świadomość, dlatego słowo "sceptycyzm" nie leżał mi na języku. - To była jakaś zwichrowana relacja - ta jego z wróżbami. Bo wiedział, że są prawdziwe, a jednak doszukiwał się nieprawidłowości jak i szukał potwierdzeń z ograniczonym zaufaniem do własnej wiedzy na ten temat i poszukiwania znaków. Bardziej chyba wątpił w swoją zdolność rozpoznania tego niż samą wróżbę - może w tym drzemał problem? - Przerażenie to zbyt mocne słowo. Przywołuje jednak dreszczyk. - Uśmiechnął się, bo też powiedział o tym dreszczyku z sympatią, lekkim żartem, ale tak - to był fakt, nie zaprzeczał. GInny była ciekawska. Laurent też. To ich łączyło - mieli potrzebę poznawania i doznawania świata, nie ślęczenia w miejscu i w tym, co idealnie poznane. Jasne, tutaj był twój safe zone, a istniał on po to, żebyś zawsze mógł wrócić i odpocząć.

- Fascynujące. - Dał się w to wciągnąć, a raczej - po prostu został wciągnięty. Ginny rzeczywiście tak gadała, gadała... a on wpadał. Zostawił to wszystko za plecami, zajął myśli i emocje nikim i niczym innym a właśnie nią. I teraz rzeczywiście z przejęciem słuchał o Horusie, bogach i jej rodzinie. - Miałem okazję widzieć nagłe wizje, które przychodzą bez ostrzeżenia. Bywa to bardzo niebezpieczne. - Zależnie od sytuacji, rzecz jasna. - Chyba ci mówiłem, że mam w rodzinie jasnowidza? - Tak mu się wydawało, ale wcale nie był pewien teraz. - Wracając - twoja matka brzmi na bardzo szanowaną osobistość w tamtejszych kręgach prawdę mówiąc. Gwiazd Egiptu. - Powiedział to takim tonem, że wręcz oczywiste było, że nie mówi o gwieździe jako gwiazdce estrady tylko tej, która migała nam z nieba i obserwowała magów jak i mugoli.

- Lepiej się czuję nie będąc sam nocą. - Był chory. Chory na punkcie potrzeby dotyku i tej złudnej miłości. A teraz chorował na to tylko bardziej. - Śmierciożercy odwiedzili New Forest po artykule. - Wyjaśnił jedno z przyczyn, ale one się na siebie nakładały. - Dziękuję, jestem już umówiony do lekarza... postanowiłem, że czas się wziąć za siebie. Najwyższy czas. - Bo jeszcze trochę i miał wrażenie, że jego mózg nie wyrobi z tym wszystkim, rozsypie się i ktoś go znajdzie zaćpanego nad ranem w wannie po tym, jak zniknął na tydzień. Natomiast bardzo doceniał te słowa, bo czuł, że to nie są słowa bez pokrycia. Ginny sprawiała wrażenie kobiety, która w ogóle nie miała potrzeby kłamać. Była zbyt pewna siebie. - Chętnie posłucham i popatrzę. - Przytaknął apropo rytuału czytania z fusów.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#12
25.01.2024, 15:14  ✶  

- To chyba nie do końca rozumiem – przyznała równie dyplomatycznie, bo skoro najstarszy syn rodu, a Pandora była dziedzicem, to wychodził tutaj bardzo mało zgrabny error. Ginny umiała liczyć, prawdopodobnie lepiej niż większość ludzi, uwielbiała numerologię, cyfry, liczby, szyfry, a tutaj coś się mocno nie dodawało. Bo o ile nie mieli jeszcze jednego brata, to Laurent był najstarszym synem, a jednak nawet jeśli brata mieli, to kobieta, Pandora, w tym wypadku dziedziczyła. - Strasznie to staroświeckie i bardzo nawiązujące do kultury mugoli, by to mężczyzna zawsze był głową rodu – powiedziała po chwili, pijąc do tego, że w czarodziejskim świecie kobiety od bardzo dawna były na równi mężczyznom i o ile dobrze pamiętała (a pamiętała dobrze, była historykiem i uczyła się o historii Anglii, skoro była na wpół Angielką), od bardzo dawna miały równe prawa i nie raz to kobiety były głową tych starych czarodziejskich rodów.

- Dlaczego miałoby zabrzmieć niegrzecznie? – przekrzywiła odrobinę głowę i się uśmiechnęła. - Znaczy się wiem, jak mówiłam, kij tam gdzie ciemno. W Egipcie się tak na to nie spinają, normalna rzecz i normalny temat. O ile mi wiadomo, to McGonagall są traktowani jak półkrwi, ale prawdę mówiąc to nie wiem, w którym pokoleniu występował ten straszny niemag, który calą rodzinę zaklasyfikował do rodziny "półkrwi" – nakreśliła w powietrzu niewidzialny cudzysłów. - Moi rodzice, dziadkowie, rodziny dziadków od strony taty to sami czarodzieje – wzruszyła ramionami. Ba, nawet łączyli się z czarodziejami czystej krwi; babcia pochodziła z rodziny Abbot, a i pamiętała, że któraś z jej ciotek wyszła za Pottera i nikt nie robił o to żadnego szumu. - Moja matka pochodzi z rodziny, w której dbano o tę całą czystość krwi, o ile to cokolwiek zmienia – a według niej nie zmieniało zupełnie nic. Zaś biorąc pod uwagę jakie umiejętności i cechy podobały się czarodziejom w Afryce, to nic dziwnego, że rodzina matki była zadowolona z mężczyzny, jakiego sobie znalazła. Nawet jeśli według Anglików był "półkrwi". - Bardziej czarodziejskiej rodziny niż McGonagall nie znajdziesz, gwarantuję ci – a piła do umiejętności i rzeczy, jakimi się parali. Jak bardzo zakrzywiali prawa transmutacji i przekraczali granicę dostępne większości czarodziejom. Uśmiechnęła się zaczepnie.

- Trochę przeszkadza. I nie mogę znieść tej paskudnej kawy z mlekiem – obrazowo aż się wykrzywiła. - Dlatego staram się gotować sama, a kawę na szczęście przywiozłam sobie z zapasem – bo wiedziała jak będzie. - Ale nie jestem w Anglii pierwszy raz. Przyjeżdżałam z rodzicami raz na jakiś czas, zwykle na kilka tygodni. To zima była największym szokiem jak byłam dzieckiem – ale przyjeżdżając tutaj teraz, była gotowa. A przynajmniej tak z grubsza. Oczywiście że były niuanse, które nadal ja dziwiły, ale to nie było pierwsze zderzenie z kulturą tak odmienną i sztywną. - Cieszę się, że ci smakuje – i było po niej widać, że faktycznie się z tego cieszy, w spokoju wracając do swojej porcji na talerzu. - Z kulturą byłam zaznajamiania od zawsze, to akurat zasługa mojego taty, który sobie nie wyobrażał, że miałabym nic nie wiedzieć o czarodziejach w Anglii – dlatego wiedziała, nawet jeśli na co dzień tutaj nie żyła. Wiele zachowań nie było tak dziwnych, nie było takim szokiem, nawet jeśli uważała je za niemądre.

- Przez wątpienie prowadzi droga do poznania – powiedziała filozoficznie, w odpowiedzi na te ich rozmowy o sceptycyzmie, przerażeniu, dreszczyku… wierze i niewierze.

- Te wizje… potrafią zaskoczyć wyszkolony umysł, widziałam to wiele razy u matki, a jak przychodzą, a potem tego nawet nie pamiętasz… – jej matka pamiętała, była na to zupełnie inaczej dostrojona i wyczulona, a Ginevra? Mogła robić tylko jak taki przekaźnik, zupełnie nie dostrojony, a potem nagle łapała świadomość siedząc pod ścianą, kilka minut później, albo inne tego typu sytuacje. Dla niej było to zupełnie bezużyteczne, ale całkowicie świadomie nie uczyła się jak nad tym panować. Uważała, że zepsulaby sobie całą zabawę. - Mówiłeś. To piękny dar i jednocześnie bardzo niebezpieczny. I bardzo… przygnębiający – zwłaszcza, kiedy widziałeś to, co ma się zdarzyć, względem bliskich osób, jeśli było to coś bolesnego, albo negatywnego. - Tak, jest bardzo szanowana – nie była gwiazda estrady, ale posiadała wgląd w przyszłość, jak jedno z oczu boga Horusa. Jak słońce. Biorąc pod uwagę, jak w Afryce szanowało się magię natury, jej pierwotność i że jej matka była w gruncie rzeczy dość wysoko urodzona, to faktycznie była szanowaną osobą i tutaj Laurent ani trochę się nie pomylił.

Ginevra zakryła sobie usta dłonią, gdy Laurent wyznał, że Śmierciożercy go nawiedzili po tym artykule. Przecież to było dopiero co... Nie dziwiło jej ani trochę, że w takim wypadku wolał tam samotnie nie przebywać, zwłaszcza nocą; nie odebrała z tego tego drugiego dna, które czaiło się w jego wypowiedzi. Chociaż może powinna?

- Ale nic się nie stało? Wszystko jest w porządku? Potrzebujesz jakiejś pomocy? – nic dziwnego, że szukał rozproszenia. Nic dziwnego, że uciekł aż tutaj. Co zabawne, przybyła tutaj akurat tuż przed atakiem Śmierciożerców na Beltane i raczej trudno byłoby ją podejrzewać o konszachty z tymi terrorystami (jak to Laurent wcale ich nie nazwał), bo była tu zbyt krótko i zbyt mocno zajęta była innymi rzeczami. A może nie było to zabawne. Może to było całe szczęście, mieć kogoś, co do kogo można było mieć właściwie pewność, że nie ma nic wspólnego z tymi barbarzyńcami.

Doopiła swoją kawę i podsunęła filiżankę wraz z talerzykiem znajdującym się pod nim do Laurenta.

- Uszko filiżanki musi być skierowane w prawą stronę. Teraz bierzesz ją w lewą dłoń i trzy razy musisz odkręcić ją w przeciwną stronę niż wskazówki zegara. Po trzech obrotach prawą dłonią zakrywasz spodeczkiem filiżankę i całość odwracasz do góry nogami. Reszta kawy musi sobie spłynąć na talerzyk. Po chwili odwracasz filiżankę i zerkasz do środka. Możesz nią wtedy obracać, żeby wyczytać kształty. Taka jest teoria, będę ci podpowiadać po kolei. Chyba że chcesz dokładnie zobaczyć jak ja to robię? – w takim wypadku, jeśli Laurent wypił swoją kawę, to podsunęła do siebie jego filiżankę, by mu wszystko po kolei pokazać, starając się to zrobić odpowiednio wolno, by miał czas się przyjrzeć.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
28.01.2024, 22:57  ✶  

Lekko poruszył dłonią, jakby chciał dać znać, że to nie tak, jak wygląda. W zasadzie to Prewett byli bardzo do przodu, dlatego dziedziczenie Pandory wcale nie było szokiem i nie spotykało się ze ścianą. Było jak najbardziej normalne i każdy przeszedł z tym do porządku dziennego. Każdy oprócz niego samego. Tragikomedia, bo przecież mówił sobie, że wcale nie jest tym zainteresowany, że nie chce, że się nie nadaje. Tak, nadal to podtrzymywał. Wtedy poczuł się jednak oszukany, zawiedziony... a przecież powinno być to dla niego na porządku dziennym. Całkowicie normalne. Nie był pierworodnym. Nie miał nawet czystego rodowodu. Taka brzydka twarzyczka, która nie miała gałązki odpowiednio odprowadzonej. Byli do przodu, bo szli z wiekami. Mało było w tym rodzie tabu, mało było naleciałości kurzu z dawnych wieków. Pieniądz tego, w pewnym sensie, się domagał. Tak niby można było mówić, a przecież wiele było rodów, które właśnie tak - staroświecko - podchodziło do tradycji. Laurent nie był jednak specjalistą.

- Nikt nie ma z tym problemu, nikt nawet nie mrugnął. To raczej obyczaj, nie utarta zasada. Głównie chodzi o dziedziczenie. Cały majątek zwykł u nas przypadać głowie rodu, a nie może przypaść, jeśli głową rodu będzie kobieta, która wyjdzie za mąż i zmieni swoje nazwisko. - Siłą rzeczy tak to się plotło, ale tutaj... Laurent nie wiedział, jak Edward zamierzał to zrobić, ale nie zastanawiał się nad tym dłużej poza samym postawieniem pytania. Stawiał je tylko dlatego, że temat ostatnio został ruszony kijem. Wcale tego nie chciał. Głowa rodu Prewett miała się kwitnąco i nic nie wskazało na to, żeby miała w najbliższym czasie stracić swoją krzepę.

- Czasem kwestia czystości krwi albo jej braku to delikatny temat. Jesteś bardzo otwartą osobą, ciepłą, z szerokim pojęciem świata. Mimo to każdy ma słabe punkty. Nie chciałbym trafić na taki przypadkiem. - Poza tym to naprawdę mogło być niegrzeczne - takie "zaglądanie komuś w rodowód". Właściwie to nie był pewny, czy by o to pytał, gdyby nie to, że teraz pracował mózgiem, żeby łapać tematy, które wpadną mu w palce. I nie zastanawiać się chociaż teraz nad tym, co się stało i co jeszcze stać się mogło. Lwy, hieny i ludzie - sami osądźcie, która z tych grup była najgorsza. Laurent obracał się wśród nich wszystkich, a z największą trwogą patrzył na ludzi. - Wystarczy czasem jeden brzydki kleks, żeby całe dzieło zostało przekreślone. - Uśmiechnął się smętnie na ten komentarz, że ona nie wie, gdzie pojawił się ten dramat, który nie pozwolił nazywać jej rodziny czystokrwistą. "Dzieło". Tak jak "półkrwi" jej słowem. Dla niektórych to drzewo genealogiczne dziełem było, potrafił to zrozumieć. Drzemała w tych ludziach sztuka, w ich kształtowaniu, tworzeniu. W dziedziczeniu. Czy można stworzyć idealnego człowieka..? Prychnął jednak cicho śmiechem, bo słowa o tym, że nie znajdzie bardziej czarodziejskiej rodziny potraktował jak żart. Brzmiało to zbyt arogancko jak na mniemanie, jakie miał o Guinevere. Każda rodzina miała w sobie taką magię, że Laurent by żadnej nie nazwał "najbardziej magiczną". Dotykało to jakiegoś szczytu wysokiego mniemania o swojej rodzinie. A każda postanowiła być intrygująca. - Skąd to śmiałe stwierdzenie? - Zapytał z ciekawością.

To było naprawdę ciekawe poznać perspektywę kogoś, kto mieszkał daleko stąd, ale przy tym Anglia wcale nie była mu daleka. Chłonął to tak w Egipcie jak i chłonął tu i teraz. Szczególnie, że Guinevere zachwycała swoim zrozumieniem. Była jak płótno, na którym można było wymalować plamy, by potem ona z uśmiechem nazwała je motylem. A ty tylko czekałeś, co powie. Jak to skomentuje. I jakoś człowiek podświadomie czuł, że nie skrytykuje i nie powie ci, że chujowy z ciebie malarz. Laurent trochę wahał się między poczuciem przytłoczenia, jakiego czasem zaznawał, a tym, jaki relaks wokół siebie roztaczała. Dziś przytłoczenia nie było wcale. Był u kresu swojej możliwości przyjęcia stresu i nerwów na ciało i mózg, przecież gorzej nie będzie, a jednak mogło być. Słuchał jej, powoli kończąc to pyszne śniadanie z myślą, że chyba jeszcze zostanie pobłogosławiony garścią owoców z sadu McGonagall.

- Gdybyś potrzebowała pomocy z aklimatyzacją, stworzeniami tutaj, czy czymkolwiek innym - możesz na mnie liczyć. - Zapewnił ją, bo to, że nie znali się wybitnie dobrze wcale nie znaczyło, że nie mogli się poznawać dalej. W zasadzie to Laurent chciał ją poznawać i chciał jej poświęcać czas, nawet jeśli nie miał go wybitnie dużo, bo priorytetem były osoby najbliżej. Nie wszyscy potrafili się rozdwajać. - Dziękuję, nic się nie wydarzyło. Napastnik uciekł, zanim cokolwiek się stało. - Nie chciał martwić Ginny, nie chciał, żeby to zabrzmiało tak, jakby ktoś zmarł, jakby coś się wydarzyło. Przez moment aż się zaniepokoił, ale spokojna reakcja kobiety pozwoliła ten moment ugłaskać z włosem. - Z jakiegoś powodu sporo osób chce mi pomagać. - To też powiedział żartobliwie. Wtedy, kiedy zobaczył tę gromadę przed swoimi drzwiami, był zły. Rozdrażniony. Chciał to ogarnąć, spokoju, chciał... zniknąć. A ich obecność czyniła to wszystko bardziej realnym. Teraz jednak był wdzięczny. Cholernie wdzięczny. Ci ludzie gotowi byli ryzykować swoim życiem, żeby jemu się nic nie stało. Ba! Żeby miejscu, które kochał, nic nie groziło! To było nawet coś więcej niż przyjaźń czy pokrewieństwo.

- Poproszę o dokładną instrukcję. Może poradzę sobie sam? - Zaproponował, bo traktował to poważnie, ale jednocześnie trochę jak zabawę. Tak samo traktował opiekę nad Fuego. Obowiązek - tak. Przyjemność - tak. Zabawa? Owszem. To, że coś cię bawi, nie znaczy, że nie traktujesz tego poważnie. Zresztą Laurent mówił to poważnie i też z pełną uwagą patrzył i słuchał, gotów przyjmować po kolei polecenia. Przekręcił filiżankę tak, jak mu poleciła i skinął głową - jak taki dobry uczeń. Powoli obrócił ją, jakby to był rytuał - prawie tak jak w chwilach, kiedy rysował krąg kredą, kiedy chciał wywoływać duchy. Niby nic się nie działo, a już czuł się tym oczarowany. Przyłożył spodem do filiżanki... i obrócił ją tak, jak zasugerowała. - Już? - Zapytał dla pewności, zanim odsunął porcelanę, żeby móc spojrzeć na wyniki naprawdę ciekaw, czy cokolwiek z tego wyszło.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#14
29.01.2024, 01:07  ✶  

To było zadziwiające, prawda? Wielki Hogwart założyły dwie kobiety, wespół dwóch mężczyzn, a niektóre rody czystej krwi do teraz, setki lat później, mówiły o obyczaju. Dlatego właśnie Ginevra porównała to do mugoli, bo o ile się orientowała, nie magowie od nie tak dawna przyjęli do „wiadomości” równe prawa kobiet, zaś czarodzieje praktykowali to od setek lat.

– A mężczyzna nie może zmienić swojego nazwiska? – zapatrzyła się na Laurenta z delikatnym uśmieszkiem. – Wiesz, że wielka biblioteka Maeve, którą opiekuje się rodzina Parkinson, nazwana została od imienia legendarnej średniowiecznej czarownicy, która szkoliła czarodziejów, zanim na tych terenach założono Hogwart? Była królową i wojowniczką, a skoro w świecie czarodziejów nie ma prawdziwych królów, być może wyszła za jakiegoś mugolskiego księcia. Podobno miała włosy rude niczym płomienie. Nie wiem, czy miała coś wspólnego z tym czystokrwistym rodem, ale może? Może była jego założycielką? – zasugerowała i uśmiechnęła się tajemniczo. Te legendy zawsze rozbudzały jej gorącą krew, nic dziwnego, że była w stanie mu teraz o tym opowiedzieć. O zamierzchłych czasach, o których czarodzieje tak lubili zapominać. – Albo nie szukając tak daleko… W którymś z francuskich rodów był rozłam, rodzeństwo się ze sobą nie dogadywało i siostra wyjechała do Anglii i założyła tutaj swój ród czystej krwi. Więc wychodziłoby, że to kobieta była głową rodu, i to facet musiał przejąć jej nazwisko później… Nie chcę ci teraz przekręcić nazwisko, ale to ci… Dziwni – le Strange, czy jak im tam. Równie mocno francuskie co równie głupie. Tak czy siak, Prewettowie nie byliby pierwsi, ani bardzo nowatorscy na tym polu. A mówiła mu to dlatego, że najwyraźniej nie było się czego wstydzić. To znaczy Ginny uważała, że nie było czego i tak, ale być może dziwactwa rodów czystej krwi były różnorakie? I jedni robili to tak, a drudzy siak?

– Musiałbyś się bardzo postarać, żeby mnie jakoś urazić, Laurencie. I musiałbyś to robić celowo. Dlatego nie martw się nadmiernie, nic się nie dzieje. W mojej lekarskiej praktyce nie zauważyłam absolutnie żadnej różnicy pomiędzy czarodziejami czystej krwi, półkrwi, a mugolakami – z mugolami było inaczej, byli bardziej delikatni, bardziej chorowici; czarodzieje nie chorowali na szereg chorób toczących żyły i ciała niemagów. – Ach, bzdura. Błędów cofnąć nie można, ale da się je przekuć w coś dobrego i innego. Z kleksa można zrobić piękny kwiat, tatuaż, symbol, ćmę, cokolwiek, co akurat będzie pasowało do reszty obrazu. Albo użyć magii i się go pozbyć – i oczywiście, że żartowała. Albo raczej mówiła pół żartem, pół serio na temat tego, że bardziej magicznego rodu nie znajdzie. I najwyraźniej jej się udało, bo blondyn się zaśmiał. – Pamiętasz, co mówiłam o Horusie i starożytnych Egipcjanach? – zapytała zaczepnie, po czym uśmiechnęła się odrobinę buńczucznie. Nie powiedziała już ani słowa, ale z tym uśmieszkiem na twarzy, Laurent mógł obserwować jak w nieco zwolnionym tempie, długie, brązowe włosy Ginevry, zaczynają przylegać do jej skóry, kurczą się, zmieniają, swoją formą przyjmując kompletnie inny kształt i nieco inny kolor; jak zamieniały się w pióra, pokrywając jej dekolt, pod różową koszulą, szyję, twarz… Jak jej jasnobrązowe oczy zmieniły kolor na całkowicie czarny, nos wydłużył się, zamieniając w dziób. I nadal siedziała rozwalona na krześle, stukając palcami dłoni o drewniany stół – przemianie uległa jedynie jej głowa.

Dokładnie tak musiał wyglądać wielki, starożytny bóg nieba, Horus. Tylko że ta wersja miała cycki i różową koszulę w kwiaty.

Rozwarła dziób i Laurent mógł dosłyszeć dwa ciche skrzeknięcia, jakby kobieta próbowała się zaśmiać. Bo próbowała, tylko że najwyraźniej sokoły nie były przystosowane nijak do mówienia. Chwilę później powróciła do swojej całkowicie ludzkiej postaci. Czasami słowa nie opisywały tego, co można było przekazać na inny sposób. Uśmiechnęła się nieco zaczepnie.

– Jesteśmy rodziną animagów, a transmutację doprowadziliśmy do bycia sztuką, a nie tylko narzędziem – czy było coś bardziej widowiskowego? Coś, co mugole bezwzględnie kojarzyliby z magią?

– Dziękuję – chociaż z aklimatyzacją problemu żadnego raczej nie miała, radziła sobie najlepiej, jak potrafiła. Może ze stworzeniami pewnie przyjęłaby pomoc, bo ciągle się uczyła i na pewno popełniała jakieś błędy. Ale wierzyła, że Laurent ma mnóstwo rzeczy do roboty i raczej bez powodu nie chciałaby mu zawracać gitary. – Na Merlina i Morganę, to bardzo dobrze, że nic się nie stało – a przecież mogło. W swoim odczekaniu, by napisać do niego list, przewidując, że ma teraz pewnie urwanie głowy, nie wiedziała nawet, jak bardzo trafiła, jak bardzo bliska była prawdy – chociaż nie sądziła, że może być aż tak źle. Wprawiło ją to w lekką konsternację, bo to wyglądało tak, jakby jednak miała moment wieszczenia, którego nie pamiętała, ale jakaś sugestia została w jej głowie. Ale przecież nie wieszczyła… prawda?

Właściwie to Laurent niewiele się pomylił, bo to był cały rytuał, bez którego nie było sensu zaglądać w filiżankę; magia zaczynała działać dopiero po odpowiednich ruchach, wprawiających ją do działania. To była zabawa…i jednocześnie wcale nie. McGonagall przyglądała się z uwagą wszystkiemu, co robił Laurent. Wróżenie z fusów nie było trudne, nie trzeba było się dostrajać do kuli, ani znać rozkłady tarota. Nic dziwnego, że na lekcjach wróżbiarstwa zaczynano właśnie od picia herbaty (ale kawa działała tak samo dobrze).

– Jeszcze chwilkę – odpowiedziała, w spokoju patrząc na odwróconą do góry dnem filiżankę spokojnie stojącą na talerzyku. – Już – jak na pierwszy raz (chyba pierwszy? Chodził w szkole na wróżbiarstwo? Może się nie zdecydował), to poszło mu całkiem nieźle. Jeśli zaś chodziło o kształt, jaki zobaczy w filiżance, albo kilka kształtów, bo nie będzie pewien, na co patrzy (albo na nic) – tutaj niewiele mogła pomóc. Musiał sam nazwać to, co zobaczy – o ile zobaczy cokolwiek. Albo chociaż spróbować, mogła później zerknąć i powiedzieć mu, czy jakkolwiek trafił. To był chyba najtrudniejszy moment w całej „zabawie”.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
30.01.2024, 16:39  ✶  

Nigdy by nie powiedział, że czarodzieje lubili zapominać o przeszłości. Tak samo jak mugole spoglądali na nią i wręcz gloryfikowali, a nie zapominali. Zapominali tylko o tej części, która była im niewygodna. Kobiety potrafiły przewodzić na równi z mężczyznami w tym świecie, a jednak w kulturze wcale nie stawały na czole. Laurent bardzo lubił określenie, że mężczyzna był głową, ale to kobieta była szyją. Bo nawet gdy wielcy królowie przywdziewali korony, to gdzieś przy nim trwała królowa, która szeptała mu słówka do ucha i kierowała, prawie jak marionetką. Potem były te wojowniczki, które same były głową i potrzebowały mężczyzny, który będzie ich szyją. To była mniejszość. I nie było w tym niczego złego, to była czysta biologia i psychologia. Twierdzenie, że mężczyzna i kobieta są równi było idealistyczne, ale nijak miało się do rzeczywistości. Tak więc Laurent miał mniemanie, że byli równi. I wiedział również, że ta równość była tylko wywyższoną ideologią ciągle rozwijającej się kultury i filozofii. Były miejsca, gdzie kobieta przewyższała mężczyznę i te, gdzie to mężczyzna przewyższał kobietę, ale już tak w pierwotności człowieka wpisano, że to mężczyźni lepiej sprawdzali się w roli liderów. Potem były dopiero te wyjątki, które pozwalały w ogóle stworzyć tę regułę. Królowe i przywódczynie, które nie miały sobie równych. Laurent jednak nigdy nie był zanadto historią zainteresowany. Tak jak wszystko na tym świecie interesowała go na tyle, żeby posłuchać, ale nie na tyle, żeby się w niej zaczytywać i uczyć jej. Dbał tylko o to, żeby nie być wobec niej zupełnym ignorantem.

- Znam tę legendę. - Potwierdził. Czy też: historię. - Równie dobrze można pytać, czy kobieta nie może pracować w kopalni. Owszem, może. Są jednak pewne normy kulturowe, których się nie wypiera chociażby po to, żeby nie zrobić skandalu, kiedy chce się być poważanym członkiem społeczności. - Przekonał się już, że świat osób, które nie były uwikłane w politykę i wszystkie te dramatycznie fałszywe obrządki wyglądał inaczej, a Ginny potrafiła być aż nadmierną idealistką. Może w Egipcie naprawdę wszyscy byli tak wyzwoleni? Nic tylko pozazdrościć Egiptowi - ale ten miał o wiele więcej czasu na rozwój kultury niż taka Anglia. - Nie jest w mojej gestii dyskutować na ten temat, bo nie są to stwierdzenia zgodne z moimi przekonaniami. Niestety do rzeczywistości trzeba się dostosować, albo pozwolić jej pożreć się w całości. - O czym można było się przekonać nie raz i nie dwa. Nie był człowiekiem żyjącym legendami i pięknymi czy brzydkimi historiami przeszłości. Był człowiekiem, który chciał żyć tu i teraz, beztrosko, żeby nie powiedzieć: hedonistycznie. Rzeczywistość również to weryfikowała. - Ktoś mądry powiedział mi, że muszą istnieć wyjątki, by stworzyć regułę. Każdemu, komu się udało, mogę jedynie przyklasnąć. - Bo jakoś nie sądził, że przyszłoby mu przyklasnąć samemu sobie. Przegrałby. Och, cholera, wiedział, że przegrałby haniebnie. - Cieszy mnie jedynie to, że powoli te hermetyczne społeczeństwo zaczyna się otwierać na wpływy zmieniającego się świata... - Odłożył widelec i spojrzał na moment za okno. Marsz równości - hasła o nim dotarły aż tutaj. - Każdy rodów z czystej krwi jest zdziwaczały. Samo dbanie o czystość rodowodu jest zdziwaczałe i przestarzałe. A jednak ciągle trwa. Hodują czarodziei jak klacze i ogiery, wybierają te idealne geny i parują ze sobą. Nikg nikogo nie pyta o miłość. - I jednocześnie był takie wyjątki, które żyły normalnie, gdzie tego nie robiono i odsuwano się od tego ideału. I co wtedy się działo? Wystarczyło spojrzeć - taki ród również był odsuwany. Traktowali go tak, jakby nie istniał. Odwrócił spojrzenie od okna dopiero, kiedy zapytała go o Horusa i skinął głową.

- Robi ogromne wrażenie. - Przyznał. Pokaz magii transformacji opanowany do takiego stopnia był niesamowity. Możliwość obserwowania tej przemiany krok po kroku również robił wrażenie. Chyba nigdy czegoś takiego nie widział. Proszę bardzo, Ginny była kobietą wielu talentów! Wróżbitka, archeolożka, skarbnica legend i jeszcze wybitna transmutatorka, która objęła ramionami dar rodziny. Na twarzy Laurenta malował się podziw i uznanie. - I wygląda niepokojąco. - Bardzo nawet. Jak obraz wyjęty z horroru, chociaż to nadal była Ginny to poczucie "nieswojości" ukuło go w bok mimo żartobliwego uśmiechu. - Za każdym razem zachwyca mnie, jak wyjątkowe rzeczy potrafi tworzyć nasza krew. - Geny, oczywiście tu chodziło o geny! Ale tak przysłowiowo mówiąc. Jedni mieli w żyłach czysty narkotyk, truciznę, inni potrafili jeszcze mocniej poszerzać dziedzinę transmutacji, a krew jeszcze innych pozwalała stworzyć obrazy, do których można wejść. Zastanawiał się, czy istnieje tu jakakolwiek granica dla cudów, jakie mogą osiągnąć czarodzieje.

- Hmm... wygląda jak... nietoperz? - Laurent powiedział to sceptycznie, tak jak i sceptycznie spoglądał na te fusy, jakby spodziewał się, że one same mu coś wreszcie powiedzą, przemówią do niego niezwykłym głosem. Jakoś... było to wstydliwe. Może dlatego, że wydawało się głupie, bo co on tam mógł wiedzieć? Nie uważał, żeby miał jakikolwiek dar wróżenia w przeciwieństwie do kobiety siedzącej przed nim.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#16
30.01.2024, 23:24  ✶  

Oczywiście, że zapominali. Bo ludzie mieli tendencje traktować historię, jako bajkę, zaś ta – uwielbiała się powtarzać. Zamiast wyciągać wnioski,  pozwalali, by działo się na nowo to samo, w kółko i w kółko, bo przecież ten problem na pewno ich nie dotknie. Była to niestety bzdura.

– I dobrze wiesz, że może. Ograniczać nas będzie tylko to, w jakiej magii jesteśmy dobrzy. I nie będzie to kwestia płci. Chyba, że mówisz o niemagach, ale tu różnica jest diametralna – u mugoli oczywiste, że to facet będzie robić w kopalni, bo miał więcej siły fizycznej. Ale czarodzieje? Nie wyobrażała sobie, by mieli wykorzystywać siłę swoich mięśni, a nie zaklęcia. Ba, była wręcz pewna, że tak w ogóle jeśli ktokolwiek ma robić w kopalni, to będą to gobliny. A czarodzieje – tylko z magią. – A więc dyskutować można jedynie o rzeczach, z którymi się zgadzamy? Świat ulega różnym zmianom, a siedzenie cicho im niestety nie sprzyja. Nie ma nic złego w kulturalnej rozmowie, przecież nie zrobię ci krzywdy dlatego, że masz na coś inne zdanie i spojrzenie niż ja – miała świadomość, że wychowali się w kompletnie innych warunkach i to nawet nie ze względu na „czystość” krwi – po prostu inny kraj, inny kontynent, inna kultura, inna mentalność. Te różnice musiały istnieć, nawet jeśli Ginewra od dziecka była zaznajamiana z kulturą Wielkiej Brytanii. Odebrali też kompletnie inne wykształcenie i drogę zawodową, obracali się wokół innych osób, to też dawało zupełnie inne spojrzenie na świat. – Wręcz bardzo chętnie poznam twoje spojrzenie. Może sama się czegoś nauczę – ale miała przeczucie, że tych kobiet jako głowy rodziny było więcej, niż mogło im się tak naprawdę wydawać. Ginewrze było wszystko jedno, bo rozumiała, że chodziło o korzyści dla rodu, że nazwisko wiele znaczyło. Dlatego była całkowicie pewna, że jeśli kiedykolwiek wyjdzie za mąż, to mała szansa, by miała swoje nazwisko zachować i nie przeszkadzało jej to zupełnie. Ale jej spuścizna była czymś zupełnie innym, a rodzina nie była wcale taka wielka. – Nie zrozumiałeś. To była taka moja gra słów, głupi żarcik. Nie chodziło mi o zdziwaczenie, nie chciałam nikogo obrazić. Po prostu nie jestem pewna, jak się wymawia to nazwisko. Czy bardziej po francusku, którego nie znam? Po angielsku? Jeszcze inaczej? Mówiłam o rodzie… hmm… Le Strange? – powiedziała to prawie francusko i skrzywiła się. – Lestrąż? Le-starn-ge? Lestrandż? – westchnęła i uśmiechnęła się przepraszająco do Laurenta. – Byłam na kursie z historii magii Wielkiej Brytanii, uczyłam się tam o rodach czystej krwi. I to akurat zapamiętałam, że założycielką była kobieta i że pochodzą z Francji. Zdaje się, że od rodu tego totalnie słynnego alchemika, Nicholasa Flamela – może nie każdy znał to nazwisko, ale osoby interesujące się alchemią, eliksirami i historią – zapewne tak. – Ach, hodowanie jak klacze i ogiery. Niedawno komuś robiłam na ten temat malutki wykład. Chcesz posłuchać? Taki z mocno medyczno-historycznego punktu widzenia. W Egipcie już dostali nauczkę tysiące lat temu, za to mieszanie krwi w bliskich pokrewieństwach, i wygląda na to, że Anglia się musi obudzić i to szybko. Bo tak czy siak, nic z tej wielkiej czystości krwi nie będzie, prędzej czy później to będzie wielka katastrofa – i to w dwie strony. Dlatego uważała, że ludzie zapominali o historii. A anglielskie rody czystej krwi… Dawała im jeszcze maksymalnie kilka pokoleń i przewidywała klęskę, choroby i wymarcie, chyba, że zaczną „mieszać” swoją krew.

– Pewnie masz rację – zmrużyła oczy w uśmiechu, bo rzeczywiście, było w tym coś niepokojącego. I jednocześnie… Dawało do myślenia, nic dziwnego, że w starożytności, gdy mugole widzieli takich ludzi, przemieniających się w zwierzęta, to zaczęli nazywać ich i traktować jak bogów. Animagia obecnie w pewien sposób była powszechna, ale takie częściowe zmienianie części ciała? Raczej nie za bardzo. Dlatego zwykle ostrzegała ludzi co się dzieje, gdy przemieniała coś więcej, niż tylko swoje oczy. A z kocimi ślepiami można ją było zobaczyć nader często podczas pracy. – Prawda? Czasami żal mi mugolaków, że nie mają w swojej krwi takich osobliwych zdolności. Chociaż z drugiej strony może nie są ich świadomi, bo niby skąd? – i czy u takiej Ginewry, będącej „pół”-krwi, oznaczały te zdolności, że była mniej „magiczna” od członków rodów czystej krwi? Chyba nie.

Ginny nie widziała w tym absolutnie nic głupiego. Pamietała doskonale pierwsze lekcje wróżbiarstwa w szkole, gdy ona zama była już trochę przeszkolona przez matkę, a większość dzieciaków miała dopiero pierwszą styczność z tematem. Doskonale pamiętała też swoje pierwsze kroki i ile czasu potrzebowała, by nabrać pewności siebie w tym, co widzi w fusach, znakach w kuli i tak dalej. To nie było wcale tak proste, jak się ludziom z boku wydawało. Dlatego Guinevere uśmiechnęła się do Prewetta zachęcająco.

– Nietoperz? – udawała, że się zamyśliła, chociaż po kilku sekundach rzeczywiście wpadła w zadumę. – Jesteś pewien? – odrobine przekrzywiła głowę i musiała sobie odgarnąć niesforny kosmyk, który spadł jej na twarz. – Nietoperz… wróżysz, że czeka mnie rozczarowanie w podróży – uśmiech ponownie rozjaśnił jej opaloną twarz. – I masz cholerną rację. Najpewniej w niedalekiej przyszłości czeka mnie podróż, w której lot to będzie za mało, albo za wolno, będę musiała się teleportować w ten czy inny sposób. A ja bardzo źle znoszę wszelkie teleportacje – regularnie musiała brać leki powstrzymujące nudności, bo inaczej rzygałaby, gdzie popadnie. – Zdecydowanie bardziej wolę lot – zwłaszcza ten na własnych skrzydłach. – Jak nie jesteś pewny, to możesz sobie odwrócić filiżankę i spróbować zerknąć pod innym kątem. Czasami odpowiedź nie jest jedyna słuszna i niezmienna. Chcesz, żebym zerknęła w twoje fusy?

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
01.02.2024, 01:42  ✶  

Przykład był zbyt skrajny w zasadzie, jak słusznie zauważyła to Guinevere, abstrakcyjny wręcz w odpowiednim ujęciu - ale tylko w odpowiednim. Mogli być magami, ale ciało kobiety i mężczyzny nie stawało się równością. Nadal, dokładnie tak samo jak mugole, byli rozgraniczeni tak fizycznie jak i psychicznie. Tak były to uwarunkowania zarówno magiczne. Bo były takie rodzaje magii, które przemawiały tylko do kobiet, albo ich głosem i dalej - takie rodzaje magii, które nie były zbyt dostępne dla kobiet. Tak i nawet kiedy kobieta w kopalni nie trzymała kilofa, tylko doglądała pracy goblinów, to nadal nadawała się do tego mniej niż mężczyzna. Czemu? Ponieważ warunki były ciężkie i magia nie wszystko potrafiła przewidzieć i nie wszystkiemu sprostać. Mugole mieli swoje zagrożenia pod ziemią, czarodzieje - swoi. Więc dalej - tak, kobieta może. Może wszystko! Nawet sikać na stojąco. Tylko nadal - po co, skoro były osoby, które lepiej się do tego nadawały. Potem były wyjątki takie jak Laurent. O tak kruchej budowie, że stawał obok kobiet pod tym względem możliwości niż koło mężczyzn. Były też kobiety o takiej budowie, że zwijały mężczyzn w precle.

- Nie ma dyskusji tam, gdzie nie ma różnych poglądów na sprawy. - Więc tak, mogła istnieć dyskusja, tylko ona kompletnie nic nie wnosiła. I znów to wspaniałe pytanie: więc po co! Tworzenie pewnych reguł i miejsc dla rzeczy, które zupełnie nie miały znaczenia. Robiło się je dla wyjątków, którym było tam komfortowo, ale Laurent nie należał do osób, którym dobrze zawsze przyjmowało się inny punkt widzenia dla samej idei dyskusji. Słowo "nie zawsze" było tutaj istotne, bo czasami rzeczywiście dobrze się tak bawił, kiedy miał dobry humor i bardziej sprawny umysł niż teraz. - Wiem, że nie... - Uśmiechnął się z wdzięcznością i tak też na nią spojrzał - jakby tymi słowami stworzyła parasolkę nad jego głową, na którą padał deszcz. Co za uczuciowa, uczciwa kobieta. Łatwo było poczuć się winnym nie własnych przekonań. Brzmi absurdalnie? Absurdalne nie było tak samo jak kobieta w kopalni. Niektórzy mieli po prostu niezdrowe skłonności przyjmowania na siebie win tego świata. - Nie czuję się komfortowo zaprzeczając tematowi, który jest przykry. Przykre jest to, że tak wiele nietolerancji i zwyczajów sprzed wieków nadal trawi trzewia magicznego społeczeństwa. Możliwość przyjęcia drugiej strony jako dyskutanta jest rozwijająca, ale w niektórych tematach, jak w tym, wręcz uwłaczająca. - Bo nie czuł się komfortowo po przeciwnej stronie barykady mówiącej o starych obyczajach i tym, że nie każdy trybik w machinie da się przesunąć. I tak już zbyt wiele ich próbował ruszać. Za dużo dotykał swoimi dłońmi. - W angielskich rodach głównie mężczyźni dziedziczą i są głowami rodów. Obyczaje panują różne, jak przebiega dziedziczenie, ale standardowo jest to pierworodny syn rodziny. - Wyjaśnił w uproszczeniu. Uproszczeniu, bo jak wcześniej mówił bywały różne obyczaje, jakieś małe druczki na marginesie, twisty ze spadkami, cuda się działy jak drzewo się rozgałęziało bardzo i nagle wszyscy bili się o stołek... iiii tak dalej. - Siła, jaka napędza całą tę machinę, skomplikowane czary w niej działające, by ożywić golema, to jest... jak Puszka Pandory. Jeśli spróbujesz się wyłamać ze schematów to w najlepszym razie zaczynasz być ignorowany. Zazwyczaj jednak jesteś wykluczany. Im wyżej siedzisz, tym upadek bardziej boli. - Więc możesz się albo dopasować i krakać jak wrony, albo skończyć jako wyrzutek. Gdyby było inaczej Laurent nie wahałby się ani chwili, żeby żyć "po swojemu". Nie był jednak gotów dźwigać konsekwencji. - Lestrange. - Poprawił kobietę gładko. Tak... tknęło go, przeszedł go dreszcz, melancholia wkradła się w uczucia i między słowa, porywając do tej Francji. Może to tam powinien się przeprowadzić, nie do Włoch? Może to Francuskiego powinien się uczyć? - Nie potrafię mówić po francusku, ale nauczyłem się całej piosenki w tym języku. - To była mieszanina czegoś ciepłego i smutnego. Chyba tym właśnie była melancholia. - Flamel, hmm... - Laurent zaczął się zastanawiać, czy to nazwisko w ogóle było obecne na dworach w ostatnich latach i... nie. Jakoś nie mógł nikogo skojarzyć. - Prawdę mówiąc uważam, że rola kobiet w społeczeństwie jest bardziej wartościowa, niż mężczyźni to dostrzegają. Spora część ma poczucie, że im się to wszystko należy. Dbanie o dom, o prozaiczne, codzienne rzeczy, dawki czułości i głaskanie po głowie w trakcie gorączki. - Ten ostatni przykład powiedział trochę żartem, ale miało to pokrycie z rzeczywistością. Nie raz i nie dwa widział panikę i płacze, bo mężczyzna miał katarek. Już gotów był miejsce pogrzebowe rezerwować. - Maniera zmuszania do małżeństw, gdzie to często mężczyzna ma większe prawo wyboru niż kobieta uważam za barbarzyńskie. Zajmuję się hodowlą, a nie paruję ze sobą abraksanów, które nie mają się ku sobie. - Można znów powiedzieć, że trochę przesada w porównaniu, ale Laurent miał dość drastyczne spojrzenie na ten temat. Tylko nie lubił mówić o tym głośno. Tak jak zresztą o większości swoich poglądów. Z prostego względu - bał się oceny. Ale zaufał Ginny. - Już nawet abstrahując od biologii, która woła o pomstę do Merlina, to czarodzieje czystej krwi szczycą się taką mądrością i inteligencją, a kulturą małżeństw są niżej od ptactwa. - Bo nawet ptaki wybierały sobie partnerów same. A niektóre nawet partnerów na całe życie.

- Nie dziwię się, że tysiące lat temu mugole czczili takich McGonagall jak bogów. - Wypowiedział na głos część myśli Ginny, bo właściwie to gładko spajały się w to samo stwierdzenie, kiedy już Laurent zebrał się trochę po tym widowisku. Widzieć, jak ta skóra się zmienia, jak gładko obrasta w pierz, jak te oczy stają się pięknie przenikliwe, jak zniekształcają się usta... - Wygląda to na bezbolesny proces? - Wyglądało, jakby nie bolało, animagia ponoć nie bolała, a przynajmniej on nie widział, żeby jakiś animag cierpiał. Inaczej byłaby to o wiele mniej popularna sztuka, a szczególnie w Hogwarcie dzieciaki uwielbiały próbować w tym swoich sił. Nic dziwnego. To pozwalało uciekać i biegać, gdzie się chciało. Laurent po prostu nigdy nie miał takiej ciągoty i w szkole miał większy kij w tyłku. W końcu musiał się uczyć. - Wtedy na polanie ognisk miałem okazję poznać jednego mugolaka. Poetę. Serce mi pękało, kiedy widziałem żal i smutek tego człowieka, że zostaje odcięty od naszego pełnego cudów świata. - Do dzisiaj było mu żal. - Czasem go odwiedzam. Napisał dla mnie piękny wiersz i dał mi kilka swoich. Ciągle zastanawiam się, co powinienem z nimi zrobić. Bardzo chciałem znów mu pokazać naszą rzeczywistość, ale to pragnienie jest prostowane rzeczywistością, że z czegoś takiego nie może wyjść coś dobrego. Gdyby moja przyjaciółka to słyszała to chyba dałaby mi gazetą w łeb. - Victoria, rzecz jasna, która pracowała z mugolami i widziała, do jakich tragedii doprowadzają.

- Zobacz, tu ma skrzydła, łapy... - Przesunął palcami, jakby chciał go wyrysować, bo może Ginny dostrzeże to, co on? Nie pomyślał jednak o takiej oczywistości jak obracanie talerzyka. - Czy to normalne, że można zobaczyć kilka symboli? Nie czyni to wróżby... naciąganą? - Bo wydawało mu się to wtedy z jakiegoś powodu niepoprawne, za łatwo było ulec autosugestii, nie? Albo tak? Czekał na odpowiedź swojej wspaniałej mentorki, a kiedy ta padła to obrócił talerzy, żeby rzeczywiście poszukać innego symbolu. - Od drugiej strony wygląda jak łeb wilka... chociaż w pierwszej chwili pomyślałem o Omenie. - Widmie, albo legendzie czarodziejskiej. Tym czarnym psie, który zwiastował śmierć. Laureent aż się wzdrygnął i odsunął talerzyk, odwracając od niego wzrok. Ostatnie chyba, o czym chciał myśleć. - Tka, bardzo chętnie. - Zgodził się natychmiast.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#18
01.02.2024, 19:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.02.2024, 20:45 przez Guinevere McGonagall.)  

Nie próbowała powiedzieć, że kobieta i mężczyzna niczym się sobą nie różnią. Różnica była zasadnicza i niezaprzeczalna, biologia tutaj była naprawdę trudna do oszukania, chociaż w swej przewrotności przewidywała – a jakże – wyjątki. Oczywistym było, że pewne zawody, rodzaje magii czy zainteresowania skupiały w sobie większą ilość kobiet, a inne mężczyzn; gotowanie czy opieka ogrodem bardziej kojarzyły się z kobietami, a z drugiej strony najsłynniejszymi kucharzami byli jednak mężczyźni. Z reguły jednak te delikatniejsze sprawy bardziej uderzały w ton "kobiecy" – a czy było coś złego, gdy to mężczyzna szalał za kwiatami? Absolutnie nie i Guinevere też nigdy by czegoś takiego nie powiedziała. Nie w tym była cała puenta, nazwijmy to, problemu.

- Poniekąd. Z drugiej strony bez rozmowy nawet trudno powiedzieć, że ktoś ma takie same poglądy – Ginny była ciekawa zdania Laurenta i całej jego osoby, bo ją interesował. Poczuł też potrzebę, by spędzić z nią czas, więc dlaczego nie miałaby mu poświęcić pełni swojej uwagi? Tylko jemu. Czy nie chciał się poczuć zaopiekowały? Czy nie o to właśnie chodziło? - Poglądy i marzenia niestety nie często idą w parze z rzeczywistością. Szkoda. Czarodzieje uciekli w swój świat, kryjąc swoje talenty i istnienie przed niemagami ze względu na nietolerancję, a teraz sami są nie lepsi – nie to, że wszyscy. Ale czym innym był podział na czystość krwi, jeśli nie tym? Czy można było się dziwić, że takie ugrupowanie jak Śmierciożercy powstali na podwalinach strachu i stłamszenie, gdy dumą chciała pokazać reszcie świata, jak bardzo są wspaniali? Nie potrafiła się temu dziwić. Dziwiło ją, że stało się to dopiero teraz, po tak długim czasie ukrywania się. I jednocześnie nie mogła się zgodzić z tym, że mugole i mugolaki byli podludźmi. Nie byli. - Przepraszam, nie chciałam, żebyś poczuł się niekomfortowo, albo byś musiał wychodzić ze swojej strefy – Prewett miał rację, była uczuciowa, była też uczciwa (zazwyczaj). Miała w sobie tonę empatii dla świata, i poświęcenia, gotowa nieść pomoc temu, kto jej potrzebował. Albo kto cierpiał. Chciała ulżyć temu bólowi, chciała by ludzie czuli się dobrze, by byli szczęśliwi. Nie miała absolutnie żadnych złych zamiarów. - Rozumiem. Ci, co mają władzę, rzadko kiedy chcą ją oddać sami i po dobroci, dla wspólnego dobra. Najczęściej patrzą na swoją korzyść. Tak było zawsze, to domena ludzi – bo żadne zwierzę takie nie było. Jasne, walczyły o władzę w stadzie, ale oczywistym było, że młody i silniejszy zastępował starszego – i taka była kolej rzeczy. Lecz nie "rządziły" pomimo wszystko. - Mam wrażenie, że z tą czystością krwi to bardziej patrzą na mugoli i mugolaków. Jedna z moich ciotek wyszła za Pottera i nie kojarzę, żeby była z tego jakaś afera – ale może była na to za młoda? Z drugiej strony nikt Potterów nie okrzyknął rodem półkrwi. - A, Lestrange. Czyli bardziej po angielsku – kiwnęła głową, mając nadzieję, że tym razem zapamięta. Że nazwisko nie było na dworach to nic dziwnego; może było obecne we Francji, ale w Anglii królowała ta druga strona monety. - Przede wszystkim, i kobiety i mężczyźni są jednakowo potrzebni, by można było mówić o jakimkolwiek społeczeństwie – dlatego ich prawa powinny być jednakowe. Nikt lepszy, nikt gorszy. - I tak powinno być. Zmuszanie do czegokolwiek nie przynosi nic dobrego, nigdy – ale wiedziała, zero nie jest żaden standard, chociaż powinien być. Wedle prawideł rodzinnych, powinna zajmować się opieką nad zwierzętami, może ich leczeniem, albo powinna rozwijać swoje zdolności trzeciego oka. Nie robiła żadnej z tych rzeczy – znaczy o zwierzętach się uczyła, bo chciała, ale ta potrzeba pojawiła się dopiero niedawno. Za to o ile więcej dawała ta chęć. - Z biologicznego punktu widzenia, chcą rosnąć w siłę. A rosnąc w siłę jednocześnie ją tracą, bo nie tylko pożądane cechy się umacniają, ale też te niepożądane. Nic tylko czekać, aż dzieci będą na tyle słabe i chorowite, że nie doczekają dorosłości, a dokładnie do tego doprowadzi ten bzdurny i nieprzemyślany inbred. Aż choroby genetyczne ich wykończą. Tak skończyli faraonowie w Egipcie i tak skończą czarodzieje w Anglii. Ale skoro jesteś hodowcą, to na pewno masz tego chociaż w części świadomość. Nic dziwnego że kulturą są tak nisko, to szaleństwo już się zaczyna – była osobą, która pomimo empatii, rzadko kiedy gryzła się w język. I przy tym nosiła głowę wysoko, nie chcąc pozwolić, by ktoś dostrzegł jej słabości i wykorzystał przeciwko niej. I jednocześnie czuła się dużo bardziej komfortowo mówiąc to wszystko osobie, której nie podobało się to, co działo się w półświatku rodów czystej krwi, których on sam był częścią. Tak naprawdę wżenienie się w rod z Turcji to była jedna z mądrzejszych decyzji Prewettów i to bez przesadyzmu. - jesteś od nich dużo mądrzejszy, a przy tym mam wrażenie, że nie masz wystarczająco odwagi, by mówić głośno – powiedziała z zastanowieniem.

- To tylko moja teoria. Ale kto wie? Może to jednak byli bogowie, którzy czarodziejom podarowali swoją umiejętność zmiennokształtności na ich podobieństwo? – ale sądziła, że może jednak byli to tylko czarodzieje. A może byli nimi dopiero później. - Nie, to nie boli. Gdyby bolało, to nie byłoby to jednym z ważniejszych egzaminów w Uagadou. W sensie zdolność animagii – bo w Uagadou po prostu tego uczono. Na zajęciach. Oficjalnie. Nic dziwnego, że odsetek animagów był w Afryce znacznie większy niż wszędzie indziej.

- Myślałam, że czyścili pamięć tylko niemagom – powiedziała z zastanowieniem. - Ale było to przykre. Zabieranie komuś wspomnień, miesiąca życia, gdy to wcale nie żaden czarodziej uchylił przed nimi ten świat, a to sam świat wpuścił ich do siebie, było bardzo okrutne – to mógł być początek zmian. Pięknie zmarnowany. - Powiedziałabym, że powinieneś zrobić to, co nakazuje ci serce, pod warunkiem, że nie stoi to zbyt mocno w sprzeczności z rozumem. Z drugiej strony jego znajomym też pewnie wyczyszczono pamięć, więc byłby z tym sam, nie miałby z kim tego przeżywać ani porozmawiać. Więc może lepiej zostawić to tak jak jest i bardziej już nie mieszać – może byłby wdzięczny. A może miałby żal. Uśmiechnęła się bardzo łagodnie na wzmiankę o gazecie na głowie Laurenta.

Lekko się uniosła, by zajrzeć do swojej filiżanki.Do góry nogami nie widziała niczego konkretnego, na pewno nie głowę wilka.

- Mówisz o ponuraku. To bardzo rzadki symbol, ale lubią nim straszyć na pierwszych zajęciach wróżbiarstwa, chyba po to żeby zaciekawić. To co tam widzisz to nie jest ponurak. Wilk w sumie też nie – zawyrokowała że spokojem, przyglądając się kupce fusów. - Jeśli widzisz w tym nietoperza, to zostaje nietoperz – uśmiechnęła się do Laurenta i wygodniej usiadła na krześle, że spokojem, wyważonym ruchem, z dystyngowaniem biorąc filiżankę Laurenta wraz z talerzykiem do siebie. - Zazwyczaj symbol jest jeden wiodący, ale czasami zdarza się, że można ich zobaczyć kilka, zwłaszcza jeśli wróżba jest złożona. Wszystko zależy też od doświadczenia wróżbity i jego wyuczeniu i pewności w tym co widzi. Początkujący często nie są pewni, dlatego zachęca się do spojrzenia pod innym kątem, bo może wtedy będą bardziej przekonani co do tego, co widzą – albo czego nie widzą. - Zobaczmy… – mruknęła, biorąc w lewą dłoń filiżankę Laurenta i obracając ją tak, jak wcześniej on to zrobił. Jej ruchy były pewne siebie, wyuczone, brak w nich był tej niepewności; były gładkie i nieprzesadnie wolne, gdy po chwili jego filiżanka była nakryta spodkiem, który zaraz został odwrócony do góry dnem. Ginerwa nie patrzyła na Laurenta w trakcie, gdy czekała, a gdy zajrzała w jego filiżankę, chwilę milczała, wpatrując się w środek że skupieniem. Na początku tylko obróciła filiżanka, by zajrzeć w odpowiednim kącie.

Po chwili westchnęła.

- To parasolka. Niestety w najbliższym czasie czekają cię przykrości. Będziesz… Poczujesz, że nie czujesz się komfortowo. Będziesz poszukiwać schronienia – obojętnie czy tego fizycznego czy psychicznego – odpowiedziała, a zdziwienie wyraźnie malowało się na jej twarzy. Zaraz też odchyliła filiżankę, by Laurent mógł spojrzeć na jej dno. Parasolkę raczej trudno było wziąć za coś innego. Ostrożnie odłożyła porcelanę na talerzyk i spojrzawszy na Laurenta uśmiechnęła się do niego przepraszająco. I jednocześnie ciepło. - Strasznie mi przykro, że los rzuca ci takie rzeczy pod nogi. Być może chce ci coś pokazać, nauczyć – a sam mówił, że nie czuje się bezpiecznie w New Forest. Że boi się tam spać sam. - Gdyby noce okazały się zbyt ciemne i zbyt zimne, to zawsze możesz tutaj uciec. Nikt nie będzie pytać – i mówiła to z pełnym przekonaniem tego, jak to może brzmieć. Czy było w tym drugie dno i propozycja? Mogły być. I mówiąc to wyciągnęła co niego dłoń, tak pokrzepiające. - Nadal chcesz pozrywać ze mną czereśnie? – mówił że nauczył się piosenki po francusku. Może zdołałaby go namówić, by jej pośpiewał?


Rzut Symbol 1d258 - 163
Parasol (przykrości/potrzeba schronienia)
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#19
02.02.2024, 23:46  ✶  

Guinevere jawiła się tęczą na niebie, której nie możesz dosięgnąć. Nie musisz. Sama do ciebie zejdzie. Uśmiechnie się, utuli, złoży pocałunek na ustach. Och, całowała jak tęcza! Całowała tak romantycznie, całowała tak wspaniale! Była miękka, była zmysłowa, gorąca i pełna pomysłów, pełna życia, pełna słońca! Nie brakowało jej pewności siebie, nie miała problemu by łapać dłoń i przesuwać ją tam, gdzie tego chciała i potrzebowała. Wiedziała, czego chciała. Pragnęła, więc sięgała. Podobało mu się to kilka lat temu i podobało mu się teraz, kiedy dyskutowali i kiedy docierało do niego na nowo, jaki urok rzucała na człowieka. Jak rzucała woal na ich dwójkę - taki jak ten welonik ślubny, którym zasłaniasz twarz jeszcze panienki. Ten woal był większy - i miał różowy materiał. Dobrze się trwało w tym azylu, kiedy zewnętrzny świat tak mocno umykał przez palce. Ona tymi palcami sięgała do umysłu i przenikała do duszy. Nie robiła tego siłą, to było jak poruszanie się promieni światła na pokrytej kurzem szybie. Naturalne. Chciane. Ładne, choć czujesz się sam brudny. Nie od dotyku słońca - od samego mniemania o sobie samym. Czy brudna szyba zasługuje na to, by w taki sposób go dotykano, chociaż dłoń Guinevere go nie nie sięgała?

A czy zasługuje na to szyba czysta?

- Przeprosiny przyjęte, ale uważam, że nie jesteś ich winna. - Nie widział w tym żadnej jej winy, była delikatna i wyczulona na ludzkie zmiany, a Laurent czuł się przy niej na tyle swobodnie, żeby w ogóle mówić o dyskomforcie, a nie uciekać chyłkiem, czy starać się pokierować rozmową inaczej. Zresztą też kwestia była taka, że Ginny znała takie zagrywki. Manipulacja nią... to była wyższa szkoła jazdy, on nie uważał, żeby ją opanował. Nie czuł też potrzeby na dany moment, skoro zaufał, żeby się do takich zagrywek uciekać. Na każdym kroku udowadniała mu, że to zaufanie było dobrą inwestycją. W godzinie Śmierciożerców naprawdę tego potrzebował. - Jestem wręcz zobowiązany do podziękowania. Podziękowania za to, że pozwalasz mi cieszyć się nie tylko twoją urodą, mądrością i inteligencją, ale również wyrozumiałością. - Tworzyło to kokon z jedwabiu. Drogi, pewnie każdy człowiek żarłocznie chciałby go rozebrać, ale oprócz nich nie było tu nikogo. Tylko pieczony chleb zapachem przypominał, że ktoś mógł wejść do tej kuchni. - Nie potrzebujesz różdżki, żeby człowieka oczarować. - Uśmiechnął się delikatnie. Można to było odebrać na kilka sposobów, w tym ten oczywisty cisnął się na gardło, że przecież istniała magia bezróżdżkowa. Tak, istniała. Ale to nie o to chodziło. - To prawda. Określenie "czysta krew" stała się zamiennikiem słowa "elita", albo "arystokracja". - Jeszcze parę takich by się znalazło, ale wiadomo było, o co chodzi. Przynajmniej Laurent był pewien, że Ginny zrozumie. Pokiwał głową na jej następne słowa z trochę smętną miną, bo z czego tu się cieszyć? Niestety aż za dobrze rozumiał biologię i to, do czego może doprowadzić, kiedy... no cóż. Pomijając jakie to było... moralnie niepoprawne. A moralność Laurenta wcale nie była bardzo wysoko pod kątem romantycznych występków. - Nie mam siły przebicia. Nie zamierzam robić krzywdy sobie i nazwisku mojego rodu, kiedy wiem, że niewiele tam znaczę. - Albo że Edward go potem zamknie w wieży. Nie pierwszy i nie ostatni zresztą raz za zachowania, które mu się nie podobały. Ojciec nigdy nie podniósł na niego ręki, ale czasami wcale tej ręki nie trzeba podnosić, żeby zaszczuć własne dziecko. - Dziękuję za komplement. Historia zna już przypadki rodów czystej krwi, które upadły przez obsesję na punkcie jej czystości. - Ten najsłynniejszy - Guinevere na pewno o nich słyszała.

- Ach... mugolak. Przepraszam. Chodziło mi o mugolaka. - Przejęzyczenie, które potrafiło bardzo wiele zmienić w odbiorze, dlatego dobrze, że w sumie Guinevere pojawiła się z tym komentarzem. Był wręcz zdziwiony, że zdarzyło mu się palnąć taką porażkę, ale w sumie... chyba miał problem z tymi dwoma słowami. Zgrozo - wstyd... będzie musiał zwrócić na to większą uwagę. Teraz jednak rozganiał to jak nikotynowy dym. - Serce bywa ślepym doradcom. Nie zwykłem mu ufać. - To bardzo wiele mówiło o człowieku, ale Laurent akurat tego nie bał się mówić. Wręcz powtarzał to chyba każdemu, do kogo poczuł miętę i z kim chciał się spotkać więcej niż raz czy dwa. Miłość? Heh. Laurent wiele razy słyszał "kocham cię" i zostało mu złożonych trochę serduszek do tych anielskich dłoni. Dostał za swoje. Ludzie to nazywali karmą. - To jest niebezpieczne. Ten człowiek wydawał się bardzo nieszczęśliwym wyrzutkiem. Jakby nie pasował do świata, w którym przyszło mu żyć. - Jedna noga tu, druga tam. Jego znajomi się z niego naśmiewali, od rodziny był odseparowany. Nieszczęśliwy poeta. - Ale wydać tomik jego poezji w świecie czarodziei... ciągle chodzi mi po głowie, żeby to zrobić. Chciałem. Potem zrobiło się to zamieszanie ze Śmierciożercami i nagle ten pomysł został odsunięty bardzo daleko. - Bo stało się to niebezpieczne. Czysta przyjemność dla uhonorowania imienia, którego i tak by nie mógł wtedy podać, żeby nie dawać znaku Śmierciożercom. Nie. Nie mógłby tego zrobić.

- Zdecydowanie bardziej przypomina mi to nietoperza. - Istnienie ponuraka było czymś, co pewnie by go bardziej absorbowało, gdyby nie widma. Należał do osób, które mogłyby w tym samym wzorze dostrzec parę rzeczy. Sama gra wyobraźni. Tu dodasz, tam ujmiesz. Ale przy wróżbach tak nie do końca można było. Wyjaśnienia Ginny były bardzo pomocne pod tym względem. - Kiedyś do ciebie przyjdę i usłyszę bardzo dobrą wróżbę. - Zapewnił z uśmiechem, bo tak musiało się któregoś dnia stać. Musiały się skończyć te nieszczęścia... prawda? Przecież... na pewno musiały. Wpatrywał się przez moment w te fusy, jakby nie był do końca przejęty tym, co słyszy. Nie było zdziwienia, smutku, strachu. Wyglądał jak człowiek, który nie potrafi się tym przejąć i jest mu to obojętne.

Dokładnie tak było.

- Koniecznie. - Zgodził się i podniósł ze swojego miejsca. Złożył sztućce odpowiednio, sygnalizując zakończenie posiłku, przemył jeszcze dłonie i ruszył za kobietą do sadu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#20
04.02.2024, 04:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.02.2024, 04:06 przez Guinevere McGonagall.)  

Starała się być nienachalna, choć wiedziała, że potrafiła swoją osobowością przytłoczyć drugiego człowieka. Zazwyczaj nie celowo, bo nie chciała, by ludzie czuli się w jej obecności źle, jakby nic nie znaczyli, jakby nie było wyjątkowi. A przecież to była nieprawda. Doceniała każde życie, ludzkie, nieludzkie – co za różnica, skoro Matka, a może Izyda, powołały je do życia na tym świecie, to znaczy, że mieli do niego prawo. I powinni mieć przestrzeń, by móc rozłożyć swoje skrzydła. Nie je składać, a rozpościerać, by się wznosić. I tego właśnie chciała dla Laurenta. Przy ich ostatnim spotkaniu natrafiła na ścianę, której nie potrafiła przeskoczyć, ani obejść, rozmawiali nawet na ten temat, bo oczywiście, że to odczuła. Obrała więc zupełnie inną taktykę, bo próba sforsowania takiego muru na siłę zwykle sprawiała tylko, że później ta konstrukcja stawiana była grubsza, mocniejsza, jeszcze trudniejsza do przebycia. Dzisiaj jednak odnosiła wrażenie, że niczego takiego nie było; że ta bariera, wzniesiona ostatnim razem, czy to z powodu jej barwnego charakteru, czy jeszcze z czego innego, albo runęła, albo została złożona, albo zrobiono w niej drzwi i Laurent otworzył je, nieśmiało zapraszając na drugą stronę. A Ginewra nie zwykła z takich okazji nie skorzystać, tym bardziej że widziała, że najwyraźniej druga strona tego potrzebuje. Może tym bardziej ta brudna szyba, która zasługiwała na to, by znowu stać się czystą. Zaś o czystą szybę powinno się dbać, by znowu nie obrosła brudem. Może nie każde ręce się do tego nadawały, bo nie wszystkie były wystarczająco cierpliwe i delikatne, skrupulatne. Nie każde miały też dobre intencje i zamiary.

Ale Ginewra dbała o ludzi. Bo uważała ich za największy skarb.

- Oczywiście, że jestem. Chcę, żebyś czuł się tutaj dobrze. Nie chciałam urazić, sprawić przykrości, więc skoro wyczułam, że mogłam to zrobić, to przepraszam. W ten sposób znasz moje intencje. To prawdziwie magiczne słowo, którego ludzie z jakiegoś powodu tak rzadko używają… – a czy nie było lepiej, gdy ludzie takie rzeczy mówili wprost i od razu, nie pozwalając, by w człowieku nabudowały się złe emocje? Jak takie ziarno chwastu pomiędzy grządkami tego, co chciało się zasadzić i wznieść pod słońcem. - To miło, że tak myślisz, dziękuję – brakowało tylko tego, by się zarumieniła, lecz nie – potrzeba było znacznie więcej, by speszyć kogoś takiego, jak Ginewra. I jednocześnie zrobiło jej się ciepło na sercu, bo kto nie chciałby otrzymywać takie komplementy? Uroda, inteligencja, mądrość, wyrozumiałość… wszystkie te rzeczy, które chciało się posiadać. Albo, którymi chciało się otaczać. Kobieta uśmiechnęła się do niego ciepło i nawet uniosła dłoń, by ułożyć ją sobie na moment na wysokości serca. - W Egipcie mało kto używa różdżek – oczywiście, że nie o to mu chodziło, a jednak odpowiedziała na ten flirt, równie dwuznacznie. - Takie przypadki historia również zna. Prędzej czy później ludzie buntują się przeciwko elitom, bo wcale nie chcą się czuć gorsi. Takie rzeczy lubią się powtarzać. Ale myślę, że to jeszcze nie czas na nie, bo teraz co innego wisi w powietrzu – nie dziwiła mu się wcale, że nie chciał być męczennikiem za sprawę, która mogłaby być przegrana. Miała tylko nadzieję, że nie pozwoli wpakować się w coś, co tak mocno pogwałciłoby jego poglądy. Nikt nie powinien nic robić przeciwko sobie. - Tak, zna – i niejeden już wymarł, choć powody były różne. Nie była pewna, o którym myślał teraz Laurent, ale nie miało to nadmiernego znaczenia, skoro oboje wiedzieli, o co chodzi i znali cenę.

Uśmiechnęła się z rozbawieniem, bo Laurent… powiedział dokładnie to samo co przed chwilą, ale zrozumiała już, że po prostu chodziło mi o mugola, niemaga. Był najwyraźniej tak mocno zakręcony przez ostatnie wydarzenia, że nawet myliły mu się słowa. Bo z kontekstu wynikało, że nie chodzi o szlamę – to paskudne, obraźliwe określenie, którego kulturalni czarodzieje nie używali.

- Tak, jest ślepym doradcą. I jednocześnie jedynym, który dodaje naszemu życiu pasji w działaniu – nie było więc złe podążanie za głosem serca, ale należało je słuchać z uwagą. - Gdyby nie serce, to dzisiaj by mnie tutaj nie było – i wcale nie chodziło o ten romantyczny zryw. - Być może obecny czas to nie jest najlepszy pomysł na takie przedsięwzięcia. Przynajmniej dopóki oczy tego całego Lorda Jakmutam są na ciebie skierowane – z powodu artykułu? Przecież nie trzeba było być geniuszem, by domyślić się, że mogło być to podkręcone dla napędzenia sprzedaży. Że jest inaczej, mógł pomyśleć tylko ktoś, kto nigdy nie słyszał o skandalach, albo kto ślepo wierzył we wszystko, co napiszą w gazecie, a nie w publikacjach naukowych. Było to wyjątkowo głupie i wiele mówiło o osobach, które za tym wszystkim stały. Jednocześnie stając do własnego gniazda, bo Laurent był przecież czarodziejem czystej krwi.

- Na pewno. Przyjdź kiedyś, to postawię ci tarota. Są różne rozkłady, dotyczące różnych problemów czy wątpliwości, jakie targają człowiekiem. Coś dopasuję do ciebie i tego, o co chciałbyś zapytać. Spodoba ci się – mogła mu to pokazać ostatnio, jednak wybrała wróżenie z kuli, by nieco wprowadzić blondyna w cały świat wróżenia, by nie było to zderzenie ze ścianą, albo zrzucenie pisklęcia z gniazda, by nauczyło się latać tylko po to, by nie uderzyć o ziemię. Z tymi słowami wstała od stołu, biorąc w dłoń swoją różdżkę, którą machnęła zamaszyście dwa razy, sprawiając, że naczynia znowu zaczęły latać po kuchni, by samo się wszystko posprzątało, umyło i poukładało. Pozwoliła, żeby Laurent umył dłonie, sama zresztą zrobiła to samo i poprowadziła go do wyjścia, lecz nie tego, które znał, a tego, które kierowało na tył domu i podwórze.

Oczom półselkie ukazał się zgrabny, wysprzątany plac, przy którym w pewnym oddaleniu stał średniej wielkości budynek – szopa i jednocześnie pracownia jej dziadka. Przeprowadziła Laurenta, właśnie tam, by porwać ze sobą wiadro i drabinę. Malcolm McGonagall ucierał właśnie w pomieszczeniu jakieś specyfiki, zapewne dla zwierząt, nie zwrócił więc większej uwagi na wnuczkę, choć zaczepiony, na pewno odezwał się do Prewetta i przywitał się z młodzieńcem – jeśli ten powiedział cokolwiek. Skierowała się w stronę drewnianego płotu i bramki, i dalej na wąską ścieżkę pomiędzy żywopłotem, prowadząc ich przez ogród wprost do sadu – ten było widać już od wyjścia z domu, bo drzewa rzucały cień i ich liście mieniły się w promieniach słońca. Nadal było dość wcześnie, ale w takim miejscu wstawało się jeszcze, nim słońce wzeszło, bo zwierzaki przecież nie budziły się w południe, a z pierwszymi promieniami słońca. Była pewna, że Laurent też musiał wstawać bardzo wcześnie właśnie z tego powodu – gdy inni ludzie jeszcze spali. I dlatego, choć to śniadanie i rozmowa chwilę im zajęły, to idąc po trawie, mogli poczuć wilgoć pod butami, bo rosa jeszcze w całości nie wyparowała. Wiadro wręczyła w ręce Laurenta, sama zaś niosła drabinę, którą w końcu postawiła przy wybranym drzewie, gdy już minęli pierwszą ich linię – jabłonie i grusze były już prawie gotowe do zrywania, ale jeszcze nie do końca dojrzałe. Ale te czereśnie pyszniły się w promieniach słońca, mówiąc o tym, że to już ten czas. Ich czerwień połyskiwała na tle zieleni. Panował tutaj spokój – ale nie cisza, bo wśród listowia pochowane były ptaki, śpiewające do siebie, rozmawiające tym swoim ptasim trelem, owady też brzęczały, w oddali, od strony lasu, słuchać było też nawoływanie kukułki. To było takie sielskie. Takie dziwaczne na tle pędu miast. I takie egzotyczne, dla tego kwiatu pustyni, który wcale nie zagubił się wśród brytyjskich wysp. Jakie zaś było dla Laurenta Prewetta?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Guinevere McGonagall (18323), Laurent Prewett (16327)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa