Sam nie wiedział, co się wydarzyło i co tutaj zaszło. Gdzie zakończyli jeden etap znajomości, przeszli przez drugi krótkim krokiem, a teraz znaleźli się tu. Jakby cofnęli się to punktu pierwszego, a punkt ten nie był gorszy. Był idealny. Tam nie miał wątpliwości, nie tkwił w nim strach przed drugim człowiekiem. nie powstrzymywał się, by wyciągnąć dłoń do ciepła i piękna, które prezentowała sobą ta niewiasta. Och, Laurent tego nie mówił głośno, ale kochał starsze kobiety. Nie mylić ze starymi. Starsze, bardziej dojrzałe, o wiele bardziej pewne tego, czego chcą i nie posiadające już w sobie skromności i wstydu przed wszystkim, czego można było dokonać w akcie miłości. A Guinevere była pod tym względem wyjątkowa. Laurent miał też skłonność, by wyjątkowych ludzi odszukiwać. Nie przyciągały go banały i prostoty. I jakkolwiek przykro by to nie zabrzmiało - nie przyciągało to też coś, co już dostał w swoje dłonie. Doskonałości nie chodziły po tym świecie i jemu było daleko do nich. Jeednak wynoszenie niektórych ludzi ponad codzienność? Do rangi NADczłowieka? Och tak, to już było aż za bardzo w jego stylu. Tak więc było ich "tu i teraz". Drzwi w murze, tak, jak najbardziej. Uśmiech, zostawienie ich zapraszająco otworzonych. Powiew powietrza z drugiej strony i jego ciekawskie spojrzenie na to, co nad ramieniem Ginny. Nawet sam odważył się zrobić jeden krok na drugą stronę, choć to nie było potrzebne w powitaniu jej. Guinevere bardzo dobrze wiedziała, co robić. I wiedziała, co zrobić, żeby dostać to, czego chciała i żeby druga strona również spełniła pragnienie serca. Perfekcyjny balans.
- Za rzadko, to prawda. - Z tym gorąco się zgadzał. Tak jak "proszę" czy "dziękuję". Nie wiedział, w jakich kręgach obracała się Guinevere teraz tutaj, w Anglii, ale w tych jego brakowało tych słów. Były jak na lekarstwo, podawane na srebrnej łyżeczce w takich ilościach, że trzeba było się nauczyć zlizywać jej zawartość. Niektórzy zaś przepraszali za dużo. Jak on sam. Starał się w tym stopować, przestać się tak... uniżać. Nie wypadało mu nawet. Wpadł znów w jakąś dziurę, w którym żebranie o czułość i dobre słowo, o coś prawdziwie przyjemnego (nawet na jedną chwilę) weszło w nawyk. Ze złymi nawykami powinno się walczyć. Gorzej, jeśli zaczynały nam się one podobać, albo wmawialiśmy sobie, że nam się podobają, bo tak było zwyczajnie łatwiej. - To głównie poczucie dumy. Gryzie, kiedy przepraszasz, bo to słowo sprawia, że przyznajesz się do błędu. - Tak samo jak ludzie czuli się czasem zszokowani, że powinni o coś poprosić. I nie prosili. Im się należało - więc brali. Laurent rzadko kiedy teraz już się zacietrzewiał i pokazywał kły, zazwyczaj dopiero, kiedy coś groziło stworzeniom pod jego opieką, albo jego bliskim. - Nie rozumiem więc, jakim cudem ktokolwiek wypuścił taki Klejnot Pustyni i pozwolił mu uciec tak daleko od złocistych mórz. - Od Egiptu. Może nie powinien tak badać teraz granic, może nie powinien wtapiać się we flirt. Ale jakoś nie potrafił powiedzieć, że Guinevere nie wiedziałaby, kiedy powiedzieć stop, gdyby cokolwiek jej nie odpowiadało. Wydawało mu się, że jej to pasowało. Nawet bardzo.
- Zgadza się. To nie jest dobry czas. - Czy kiedyś będzie dobry? Czy kiedy pokonają... hah, Guinevere ujęła to tak bezczelnie, tak beztrosko, że Laurent nie potrafił się nie uśmiechnąć. Cicho się roześmiał. Urocze. - Na wielu płaszczyznach przypominasz mi kota, który lubi, kiedy macha mu się przed noskiem wędką z piórkami. - I zaczepiała, tylko nie używała do tego pazurów. Ocierała się, obserwowała, pacała łapą. Siadała przed tobą i przyglądała się. Ale jeśli wyczuła, że nie jest mile widziana tak blisko, że to nie jest komfortowe, to siadała na blacie i z zaciekawieniem nadstawiała uszu. W pewnym sensie wydawało mu się, że dla tej kobiety świat nie istniał, kiedy miała przed sobą ludzką istotę. - Tak samo jak wydaje mi się, że pod twoim spojrzeniem zmienia się pojęcie człowieczeństwa. - Dodał już poważniej, ale z ciepłem. Bo to był komplement - zmieniał się na lepsze. Rozkwitał. Nabierał głębi. Jednostka nabierała na znaczeniu, przestawała być ziarnkiem piasku na pustyni. - A to już naprawdę magia. - I jakoś nie wydawało mu się, żeby to miało coś wspólnego z krajem, w jakim się wychowała. Nie... tak, to na pewno miało COŚ wspólnego przez specyfikę tamtejszej filozofii i kultury, ale to w większej części był jej wrażliwy charakter. Jej wyczulenie. - Kot bardzo do ciebie pasuje w przemianie... powiedz mi, proszę, apropo tego kota - czy potrafisz się zmienić w każde zwierzę? - Zapytał, bo przed momentem zmieniła się częściowo w jastrzębia. Wynieśli już tę rozmowę na zewnątrz, zbierając się do sadu.
Przywitał się, rzecz jasna, z mężczyzną, ale nie było mowy, żeby Ginny nosiła przy nim drabinę i wiadro! Spojrzał na nią z takim zaskoczeniem i tak strwożoną miną, jakby największy grzech był dokonywany przed jego twarzą i był to jego i tylko jego wyłącznie grzech, a nie tej niesamowitej niewiasty, która swoim krokiem tańczyła na zieleni traw i muskając rzeczywistość zamieniała w jedno ze spokojem tego miejsca. A przynajmniej nalegał, żeby wręczyła mu również drabinę, bo to naprawdę nijak nie wypada... Nawet jeśli, prawdopodobnie, jako specjalnej troski samiec co się zowie przegrałby z nią w siłowaniu na ręce. Tak czy siak wiadro i drabina w końcu zostały postawione dokładnie tam, gdzie kobieta wskazała.
- Pasujesz tu jak dobra Wróżka Kwiatów, która wyrwała się spomiędzy spomiędzy słonecznych łanów zbóż. - Które oddały jej ciepło i opaliły skórę.
Spokój tego miejsca wkradł się do jego wnętrza ukojeniem. Zupełnie inny niż melancholijny spokój New Forest.