I've got a home to break
Somebody showed you all of the horror
You weren't born with it
Mechanizm. Narastająca ekscytacja, albo narastający strach. Ekstaza. W końcu to brnie do tego jednego słowa: napięcie. Napięcie istniało w Esme, poszukując strachu i poszukując doznań i napięcie istniało w Dumie, który strach wywęszył. Łowca i ofiara. Napięcie było jednak budowane w kimś jeszcze w tym pokoju, który łowcę ujarzmił i sprawił, że ten leżał u jego stóp. Nie czuł strachu. On nie węszył strachu, bo to nie było to, czego poszukiwał u innych. To było coś, czego mógł poszukiwać w sobie samym dokładnie tak, jak robił to Rowle. Przekonywał samego siebie, że boi się bólu straszliwie, że go nienawidzi, że nie chce, by coś naruszało jego ciało, ale dowiadywał się powolutku, że chciał zostać zniszczony. Stać się tym pyłem wazy, by mogło z niej powstać cokolwiek innego. Tak naprawdę, gdyby tylko mógł, uleciałby razem z wiatrem i nigdy nie wrócił. Jak proch wysypany do morza, zamiast ciało wkładać do skrzyni i zakopywać je pod sześcioma stopami ziemi. Gdyby Esme umarł na jego rękach to wsunąłby go do oczyszczających płomieni i oddał temu, co przetrzymywało jego serce. Morzu. Byłby Prawdą i byłby Wolnością. Byłby wszystkim i niczym jednocześnie. Ten świat przestałby mieć tajemnice i jednocześnie ciągle byłyby nowe do odkrywania. Nie istniałaby już szarość, bo w przejrzystych wodach nie było miejsca na taką barwę. Tam kwitło życie, a śmierć jedynie zastępowała nieuniknione prawidła. Więc tak, chciał napięcia. Przyszedł tutaj i nie oczekiwał go, ale je otrzymywał. Delikatnie budowane, oskarżyłby Esme o to, że bardzo celowo i bardzo świadomie. Gdzie kończyła się kontrola, a gdzie zaczynała improwizacja tego człowieka - nie miał pojęcia. Wszystko wydawało się przypadkowe i jednocześnie wpadała ci myśl do głowy, że niewiele rzeczy na tym świecie przypadkowych było. Ich spotkanie, ich poznanie, ich szukanie czegoś... czegoś... nie mógł złapać tego myślą. Umykało mu. Esme był tutaj, realny, fizyczny, za ciężki do uniesienia, ale rozmywał się jednocześnie, kiedy jedno słowo nie potrafiło zamknąć go w ramach. Ach, tak... ramy. Był tym fenomenem, który kończył się na ramach, a nie dawał w nich zamknąć. Naciągnięte płótno też tworzyło to wrażenie oczekiwania na skórze? Tak, z pewnością. Ponieważ czekasz, co malarz postanowi postawić za kreski i nie rozumiesz, kiedy zamalowuje cało tło jednym kolorem. Potem nie rozumiesz jeszcze bardziej, gdy dzieło wydaje się być cudowne, zakończone, a on chlusnął na nie farbą. Po co, dlaczego! Żal łapie serce, chcesz własnym ubraniem zetrzeć tę farbę, "jak możesz!". Rwiesz się do obrony dzieła, które nawet nie jest twoje i nie rozumiesz dzieła twórcy. Laurent był poruszony. Tymi zmianami, które widział, tym wyszarzeniem, które wyczuwał i tą głębszą mazią, która pochłaniała sztukmistrza. No wyciągnij go. Złap go za ręce i wyciągnij do góry..! Albo pokochaj tę zniszczoną wersję tak samo, jak uczyłeś się podobać samemu sobie przed lustrem. Bez ideałów, bez przysłoniętych kurtyn desek teatrów. To był wgląd w przygotowanie do przedstawienia, które nigdy nie miało się odbyć, bo scenarzysta zapomniał scenariusza. Nie ważne, niepotrzebne. Nawet gdyby teraz mu ktoś ten scenariusz wcisnął w dłonie to odrzuciłby kartki do tyłu tylko po to, żeby stworzyć z nich papierowy deszcz ponadprzeciętnie mądrych słów. Tyle to było warte dla niego w tej chwili, kiedy jego ciągle deformującym się dziełem był Rowle. Twoim? Jakie to było bezczelnie buńczuczne. Byli tacy ludzie, którzy potrafili kwitnąć. Tacy ludzie, którzy pozwalali błyszczeć.
Ludzie, przed którymi nie chcesz się bronić, tylko chcesz im pozwolić właśnie na to - wejdźcie do domu, zobaczcie te piękne wazy. Potem weźcie je w dłonie i rzućcie o podłogę. Lub nie rzucajcie wcale. Podobają wam się? Wspaniale! Nie zwracacie uwagi? Och, cóż, przecież znajdę coś... nie. Laurent nie szukał. Po prostu stał, po prostu szedł, po prostu dotykał palcami. Po prostu był. Pozwalał sobie mówić, pozwalał sobie na każde powłóczyste spojrzenie, na ten podziw, na zdziwienia, na nieprzyjemne uczucia dotknięcia i fascynacje. Pozwalał sobie na swoją adorację i jednocześnie zupełny brak miłości. Ta gra była okrutna, ale która nie była w jego przypadku? Gdzie była bezpieczna przystań, w której ktoś nie szukałby syrenich łez? Wiesz, ponoć zamieniały się w perły, jeśli tylko pozwolisz im ostygnąć... Laurent wylał wiele łez i mógł zapewnić, że żadna z nich nie zamieniła się w perełkę. Był też pewny, że Esme nie potrzebował takowych zapewnień i gdyby chciał to sam by się o tym przekonał. Nie ważne, w jaką ilość wełny ubierzesz wilka, zawsze pozostanie wilkiem. Tutaj była ta przepaść, nad którą tańczyłeś, Esme. Ta granica, gdzie bezpieczeństwo przeradzało się w niebezpieczeństwo, a syrenie łzy mogły też mieć swoją cenę. Bo Laurent nie zamierzał mu tylko dawać. Przyszedł od Esme brać. Płacić za to, co weźmie, a cena? Pytasz, czy ją znam, czy może poznamy ją kiedyś, w przyszłości, może wspólnie, a może nigdy? Nie, nie o to... czy był gotów? Były takie rozkosze, za które Laurent zawsze by zapłacił. Widzisz, Kochanie, pieniądze może nie kupowały miłości, ale mogły kupić ci chociaż na chwilę kawałek Raju.
Więc powiedz, Esme, co było twoim Mammonem?
Duma nie mógł oderwać ślepi od Esme, tak z jego gardła wydobyło się "coś". Pomruk? Jakiś pomruk? Głęboki, cichy dźwięk, kiedy złote ślepia tak uważnie lustrowały człowieka znajomo-nieznajomego. Tego, z którym już się widział, kiedy przymierzane były szelki, kiedy był szczeniakiem. Pamiętał? Jak daleko może sięgać pamięć? Czy mechanizmy to przewidywały, czy może wszystko ograniczało się do instynktu "ten przyjaciel, ten ci wróg"? Tym, co pozwoliło mu ślepia od Esme oderwać było ciche stuknięcie tej plakietki o szybę drzwi, którą w ruch wprawił Laurent. Ofiara. Przecież, że ofiara! Szukał tego, czego pragnęła druga strona i to dawał od siebie. Chciał zostać ugryziony, pożarty, chciał zostać przyciągnięty, pociągnięty i chciał ulec. Ulegać za każdym razem, kiedy pojawiła się siła, na której mógł się oprzeć, rozluźnić mięśnie i zaufać całkowicie uściskowi ramion drugiej strony. I tak kusił. Podsuwał stworzone okazje chcąc, żeby okazje były tworzone z drugiej strony. Łapał drobne nitki, splatał sieci i wplątywał w nie śliczne motylki i szerszenie. Nie było wiele takich osób, przy których zupełnie tracił swój rezon i potrzebował czasu, żeby go odnaleźć. Żeby poszukać samego siebie w niepasujących elementach gry, gdy nagle druga strona nie pozwalała mu grać. W zasadzie to była tylko taka jedna do tej pory. Siedziała tu przed nim i wyostrzała wzrok tak, że naprawdę chciało się uciekać jak łania po łące przed straszliwymi zębiskami. Laurent uciekałby - z czystą przyjemnością! Ze strachem, ale przede wszystkim - z ekstazą. Prędzej czy później gonitwa by się zakończyła... a Laurent nigdy nie chciał być w niej wygranym. Bo ten wilk nie był taki, jak wszystkie inne wilki. Nie będziesz wiedzieć, co mu wpadnie do głowy, ale możesz oczekiwać jednego - że to serce nie przygaśnie przy nim. Będzie tylko szybciej bić, coraz szybciej, szybciej, SZYBCIEJ..! Wybije w końcu serce z klatki piersiowej, jestem pewny. Wyrządzi szkodę żebrom, popłynie krew, a usta i oczy nadal by się cieszyły widokiem własnej krwi. Umrzeć tak... nigdziebądź. Tutaj, na mchu, w miejscu obcym. Tu, na tej wyszuranej kanapie, która nawet nie odpowiadała standardom mości królewicza.
Duma znał swojego granice, a Laurent rozglądał się po tym pomieszczeniu i rozglądał w oczach Esme i granic znaleźć nie potrafił. Jak wiele mógłby dotknąć, przesunąć, zepsuć. Czy zdajesz sobie w ogóle z tego sprawie, ile pragnienia zniszczenia drzemało w jego piersi? Kiedy patrzył na obrazy we własnym domu i figurki? Na porcelanę i drobne przedmioty stanowiące zlepki wspomnień, tych sentymentalnych, związanych z ludźmi, wydarzeniami? Miał takie momenty od jakiegoś czasu, że chciał je złapać w palce i..! Tak samo, jak chciał czasem krzyczeć. I nie krzyczał. Nie potrafił złapać tchu, choć potrafił tak wysoko wyciągnąć swój głos. Bóg tego miejsca był łaskawy. Pozwalał na wiele, ale na pewno nie pozwalał na wszystko. W tej grze zawsze będzie jedna granica, której nigdy nie przekroczy, a którą tak przekroczyć chciał najbardziej, jak nie chciał naruszać jej wcale. Nie, nie, wróć... chciał ją naruszać. Muskać paluszkami, drażnić ją, tak samo jak robił to Esme. Tak samo, jak chciał tego spojrzenia, które było wspanialsze od spojrzeń kochanków i kochanek. Odnajdywał w tym prawdziwą boskość - i to nie była boskość Esme. To była jego własna boskość. Złożył dłonie na klatce piersiowej i uśmiechnął się ciepło z przymkniętymi oczami, bo był pewien, że promienieje. Że ma to ciepłe, złote światło wokół siebie, że skrzydła są prawdziwe i mogą złapać zarówno jego jak i Esme pod parasol z białego pierzu. To była próżność, której zazwyczaj się wstydził, a tu nie wstydził się jej wcale. Gdyby Esme wypowiedział to na głos, swoją teorię próżności i egocentryzmu powiedziałby tylko: "tak". Jestem próżny. Gdybym był ptakiem nie byłbym łabędziem. Byłbym pawiem. Białym pawiem, który rozkładałby swój ogon po to, żeby każdy mógł patrzyć z podziwem, wstrzymywać oddech, ale nie mogliby dotykać. Łabędź - czy nie był na to wszystko zbyt czysty? Ach, może! Teoria zepsucia nie była tym, że jego ciało było brzydkie - miał zepsute wnętrze! I chciał, by każdy mógł o tym usłyszeć, by każdy się dowiedział! Żeby nie były tajemnicą jego pragnienia, żeby nie musiał się tego wszystkiego bać i żeby machać dłonią na każdy krzyk i każdy nacisk! Chciał... i nie potrafił. Wszystko trafiało do jego serca, a on nie miał na tyle silnej tarczy, żeby się przed tym obronić. Do czasu. Wszystko to trwało do czasu.
Nie wszystko mogło być przecież mile widziane, a ta pozycja zapraszała do tego, żeby tańczyć. Do tego, że Laurent przeciągnął palcami po koszuli, że mógł... robić rzeczy, których jednak Esme nie chciałby, żeby zostały wykonane. Oto wiec i ona - granica. To, co sprawiło, że Laurenta uśmiech przestał być niebiański i przerodził się w uśmiech Lucyfera, który dostał podpisik na pergaminie. Podpis wymazany krwią. Rozchylone powieki mogły delektować się widokiem mężczyzny w swoim własnym świecie, który widzi coś miłego przed sobą. Chyba nawet nie musiał słyszeć. Mógł patrzeć. To dobrze, bo Laurent też chciał kupić czas, w którym cisza była platyną, a widoki diamentami sypanymi na krańce rzęs. Czuł się w tym czasie tak dobrze, bo to, co widział, sięgało poza powierzchnię skóry. Bo ta sylwetka przed nim nie była zlepkiem skóry i kości, które chcesz, żeby cię rozerwały tylko duchem, umysłem i sercem, które chcesz posiąść. Tak bardzo egoistycznie, jak tylko można było kogoś posiąść. Mam cię. Jaka to była satysfakcja! Satysfakcja odbita zwycięstwem na jego twarzy. Jak niewielu miało okazję ten grymas widzieć, bo tak niewielu sprawiało, że Laurent mógł być sobą. Bo swoje zwycięstwa pisał wężowymi podszeptami i manipulacjami, skromnościami i podszeptami diabła. Tam nie było miejsca na to, żeby informować o swoim triumfie. Tam, w tym złym świecie za tabliczką "otwarte" (przynajmniej od jego strony świat był otwarty, a pracownia - zamknięta) wszystko było o wiele bardziej ulotne. Przeklęte w nieprawdziwości.
Czy była reakcja, jakiej Esme oczekiwał? Strach? Zaprzeczenie, wycofanie się? Och nie, to nie tak, że Esme nie wzbudził strachu - wzbudził go. Wzburzył fale na ciele, dreszcz na skórze, który poruszył wnętrzem i sprawił, że Laurent otworzył szerzej na moment morskie oczy. Nie w strachu. Jak ta łania - w ekscytacji. W akcie, w którym jego twarz zdradzała, jak poruszyły te słowa i jak bardzo podobała mu się jego treść. Na jego ustach zamarło nieme błaganie: tak, tak, jeszcze..! Dźwięk nie wydobył się jednak z jego gardła. Może ostatkiem opamiętania, może nieprawidłowości zachowania w samoświadomości, a może po prostu tego, że przy Esme należało uważać na życzenia. Prawdopodobnie było to mieszanką wszystkiego i niczego jednocześnie. Czasem cisza była o wiele bardziej wymowna niż jakakolwiek odpowiedź, którą mógłby teraz wyszeptać przez te wargi umalowane niemymi słowami. Nie chciał być sklejany - za tym tkwił cały sekret tego całego biadolenia, które można było ograniczyć do tak banalnego zdania. Nie chciał być naprawiany. Robił to już tyle razy i Esme miał rację - podawał tak wiele dłut, że był tym zmęczony. Chciał być zniszczony. Zniszczony, bo z popiołów potrafiło narodzić się życie. Nie, nie po to, żeby inni na tym skorzystali - przecież już dość, prawda? Tchnął tą myślą jak opętany, albo pobłogosławiony prawdą - nie wiem. On też nie wiedział. To wszystko było opętańcze i nawet nie próbował się w tym odnaleźć. Pozwalał samemu sobie się gubić i nie kontrolować. I czuł się przez to wolny. Oddychał.
- Kiedy odejdę do morza, by już nigdy mnie nie dosięgnęli, zaproszę cię na plażę. Powtórz wtedy to "nigdy" z tą samą mocą. - Prośba? Żądanie? W przyszłości miało paść wyobrażenie, że Laurentowi wystarczyło dać ludzi - a on zacznie nimi rządzić. Ale Laurent nie rządził twardą ręką i ostrym słowem. Tak jak jego rządy na statku nie były rządami - nie nazwałby ich tak. A jednak wizje i dramaty dopełniły się na krańcu jego palców. - Czasami. - Powtórzył za Esme, który jednocześnie nie chciał, żeby ten pył kiedykolwiek został znów z powrotem zebrany. Jednak inne pyły mógł wykorzystać. Naprawić nimi inne wazy. Naprawić coś, co już powstało, bo pył to nie było jeszcze... coś. Jak wyglądał proces powstawania takich naczyń - Laurent nie miał pojęcia. Nigdy nie widział artysty przy pracy ani nad glinianymi naczyniami, ani tymi porcelanowymi. - Za dobrze znamy znaczenie, jakim jest rozdawanie czegoś na korzyść czegoś innego. - Tylko z innej perspektywy, prawda? A może... może wcale nie? Ale to był unik. To, co teraz powiedział było jedynie ładnym zdaniem wymskniętym z przekonań o tym, że... - Nie chcę, żeby mój pył był wykorzystany dla innych z twoich rąk. - Mógłby mu zostawić tutaj stos piór, zrobić z nich poduszkę, zszyć koc czy pelerynę. Ale byłby urażony, gdyby zobaczył ten dar w czyichkolwiek innych rękach. Gdyby to miało zostać wykorzystane. Tak i... - Nie chcę, żeby w ogóle ktoś na mnie korzystał, aaach. - Przymknął znów oczy i przechylił głowę, podpierając teraz rękę na biodrze. Tak, nie chciał się czuć eksploatowany. Chciał takiej inwestycji, która będzie stała - i zwrotna. Takiej, którą sądził, że osiągnął i... puff! Zniknęła. Rozchylił te powieki dopiero na słowa o szkaradzie. Bezczelne? Bardzo bezpośrednie? Esme wahał się od poematów do pierdolnięcia kometą o ziemię. Glob wybuchał, a Laurent rozkładał ręce i cieszył się tym ciepłem i gorącem, które czasami aż bolało i spalało mu skórę. Trudno. Nie przyszedł tutaj szukać miodu na rany. Gdyby tego chciał odwiedziłby któregoś ze swoich kochanków, albo poszukał nowego. Ale był tu. Szukając tego, co chyba było z niego wyklęte. Poszukując miłości do miłowania. - Chyba cię nie zawiodę. Zaczynam się złościć i zatrzymywać przed swoją studnią. - Ta, która miała go pogrążyć, nad którą stał i do której wpadał świadomie. To nie było regularne zatrzymywanie się, ale czuł już tę złość. Czuł, że to niesprawiedliwe, że... że wystarczy. Że chciał coś dla siebie samego. Bajeczki. Patrząc na swoje życie często brał coś dla siebie samego, zasłaniając się tym, że to "dla czyjegoś dobra". Jak wiele razy Esme tak zrobił? Czy w ogóle zajmował tym swoje myśli? - Stoję teraz przed tobą jak przed tą studnią. I wcale nie chcę skakać. Potrzebujesz pomocy, ale tej pomocy nie chcesz. A może obaj już jesteśmy na dnie i tylko nam się wydaje, że to taniec u szczytu. - Ni to pytanie, ni to stwierdzenie, bo Laurent nie wiedział. I jakoś nie miało to znaczenia, bo tamten otwarty, zły świat, choć otwarty, to nie był w tym towarzystwie interesujący. Mógł być tutaj brudny, a i tak czuł się piękny. Mógł być szkaradny, a i tak czuł się dobrze. Bo powiedział to zgodnie z prawdą - rozmiłował się w tej brzydocie. To, że Esme mógłby jej zapragnąć nie podcięło jego skrzydeł. Tylko bardziej je rozwinęło.
Zaintrygował go. Intrygował go ciągle, ale czasem wypowiadał takie słowa, że zmieniały one bieg myśli i sprawiały, że te zaczynały uprawiać intensywną gimnastykę - tak jak to, co powiedział teraz. Ludzie chcieli widzieć to, co sami sobie malowali w głowach - obraz Esme, który im odpowiadał. Tak, brzmiało to znajomo. Czy takimi słowami opisał to, czego ludzie oczekują od niego samego..? Niee pamiętał, ale to nie miało znaczenia. Chodziło o sam przekaz. Rzeczywiście dzielili świat na pół. Myśl na pół. Tam, gdzie Laurent wychodził naprzeciwko oczekiwaniom, Esme... co robił Esme? Laurent wierzył, że nie próbował zadowolić swoim zachowaniem klientów, ale na pewno? Nie mógł tego wiedzieć na pewno, bo tam, gdzie zaczynał się pieniądz zaczynała wariować ludzka natura. Ta Laurenta też potrafiła wariować. W końcu kochał złoto jak smoki z bajek. Ta bajka biegła dalej. Opowiadała o takim mężczyźnie, który wolał szarpać za kwiaty i rozwijać im płatki. Takim, który nie pomagał im zakwitać, ale pomagał... co, przeżyć? Wystawiał je na próbę? Nomenklatura. To była czysta nomenklatura, nic więcej. Kwestia tego, jak nazwiemy jedno, a jak drugie. Wersja Esme brzmiała jak wizja, którą on bardziej uważał za swoją. I... była jego. W porządku. Nie przeczyła wcale temu, co powiedział on i nie stanowiła zaprzeczenia, które Esme wystosował. Laurent słuchał tego z ogromną uwagą i jego myśli biegły w szalonym pędzie. Czy raczej - obracały się, wyginały, stawały na głowie i robiły przewroty, żeby tylko udowodnić plastyczność niematerialnego ciała.
- W takim razie uświadomię ci, że twoje zabiegi pomagają kwitnąć. - Uśmiechnął się łagodnie, ze zroumieniem, akceptacją, bo to zaprzeczenie, jakie Esme wystosował zawierało magiczne "nie wydaje mi się". Wiele zmieniało. To nie była pewność. To był dowód, że żaden kwiat przed nim jeszcze nie zakwitł. - Możemy stosować różne porównania i nomenklatury, ale ja kwitnę. Przed tobą. - Tak, Laurent uwielbiał metafory i mógł ich snuć mnóstwo. A jednak nie pisał wierszy, nie. Za to zachwycał się nimi i czytywał tomiki poezji na tarasie swojego niewielkiego domu. Tak, niewielkiego. Zamiast kupić sobie pałac to zbudował niewielki domek, na zupełnym zadupiu, gdzie nawet nie było żadnego sklepu pod ręką. Na ziemi, która była warta grosze. - To, czy te otworzone płatki urodzone z pąków są piękne... jakoś nie ma przy tym znaczenia. Mogłyby być największą szkaradą. - Przytoczył słowo, którego Esme użył, bo jakoś dobrze tutaj pasowało, prawda? Przynajmniej dla Laurenta to teraz nie miało znaczenia. Choć to chyba była kwestia tego, że nie potrafił uwierzyć, że jakikolwiek kwiat kwitnący mógłby być brzydki. Mógłby nie pasować w nasze gusta, tak, ale brzydki? Nie. Bo kwitnięcie było aktem życia. I nie było nic piękniejszego ponad ten dar na tym świecie.
- Wszystkim na raz. I po prostu sobą jednocześnie. - Lekko wzruszył ramionami z rozbawioną miną. Tak, to tak nawiązując do tych metafor. Sam nie zauważył, jak gładko one przeszły i ile się ich już pojawiło. - W tym wszystkim ty jesteś krytykiem literackim, ale i częścią opowieści. Dobrze, że się wygodnie pan rozsiadł, panie Rowle. - W takiej pozycji, że Laurent naprawdę powstrzymał chęć podejścia, żeby usiąść mu na kolanach. To się aż prosiło, ale zatrzymało go - co? To coś, nad czym się zastanawialiśmy, ale może teraz nazwiemy to szacunkiem do tego człowieka? Albo nie, to nie to. To było czekanie. Czekanie na to, aż pojawi się coś więcej niż tylko bezruch siedzenia. Mógł przecież czekać. - Aaach... wartość siebie samego... - Uśmiechnął się krzywo, chociaż to nie to, że nie był przekonany do słów Esme. Niesmak nie wynikał z tego, że nie podobało mu się to, co słyszy. Powodowało go to, że nie potrafił sobie z tym poradzić. Z tego, że wiedział, jak to działało, rozumiał, jak powinno być, ale nie potrafił tego zmienić, przestawić w swojej głowie. Zamiast tego oddawał dłuto i chciał, żeby w końcu go zniszczyli doszczętnie. I choć powiedział, że nie chciał się dalej przysłużyć to jednocześnie miał nadzieję, że jednak chociaż jego szczątki się do czegoś nadadzą... Taki dualizm, taka hipokryzja. - Jak miło to jednak słyszeć, że artysta mówi, że nie jestem płótnem do tworzenia. - Kawałkiem kamienia, w którym można wyryć ślad swoich palców. - Pragnienie, żeby być płótnem, jest bardzo niezdrowe. - Jednocześnie potwierdził, że rozumie to, co Esme mówił, powiedział, że jest świadom problemu i przekazał, że autodestrukcja pcha go ciągle w tą samą stronę... a teraz nawet i gorszą. Wszystko moglibyśmy znów ograniczyć do "uwierzyć w siebie". Zaakceptować siebie. Moglibyśmy. Ale prostota nie była domeną Esme i Laurenta.
Tą domeną była burza.
Narastająca od samego początku burza, która czasem cichła, czasem pozwalała promieniom się prześlizgnąć, czasem udawała, że całkowicie mija. To wszystko brednie. Ona tu była. I w końcu uderzyła z całą mocą. Z taką też mocą uderzyły w Laurenta słowa Esme.
Czy uwierzysz, że teraz usta anioła pomalowała pomadka ze słów zrób to?
Oto człowiek, który oddaje się w twoje ręce. Teraz już nie w strachu, nie z potrzeby, nie było wątpliwości. Było spojrzenie i słowa tak mocne, że przeniknęły i wstrząsnęły Laurentem do samych kości. Wytargały go za szmaty jak w burdelu, w którym kiedyś spłacał swój dług. Z taką samą przyjemnością i tylko bez poczucia poniżenia. Gloryfikacja zbudowała mu szklany tron, ułożyła diadem z pereł i spineli na jego skroniach, ułożyła jego skrzydła w królewski płaszcz. Piórka, które się stroszyły w elektryzującym podnieceniu. Władza. Władza nad tym, że ktoś może być albo nie być. Bardzo niebezpieczny taniec, bo mówił tyle - Aniele Boży, Stróżu mój, Ty zawsze nad mym życiem stój. Laurent nie potrafił się teraz nawet poruszyć. Prąd biegał pod jego skórą, pobudzał i otwierał niebezpieczną skrzynkę jego umysłu. Zaraz obok tego było trzeźwe przebudzenie, które chciało go ocucić, uderzyć w policzek, powiedzieć: no ocknij się! To nie tak! Nie to miał na myśli. Ale tego nie było. Zamiast tego było spojrzenie, które pytało na pewno? Esme Rowle, czy jesteś pewien słów, jakie właśnie padły z twoich czarujących usteczek, które robiły z kobietkami i jednym takim aniołkiem, czego twa dusza zapragnęła? To była ta krew, zdajesz sobie sprawę? Ten tusz, twoje imię, ten cyrograf. Są rzeczy, z których bardzo ciężko się wycofywało.
To powinny być słowa, które zbywa się śmiechem. Zamiast tego były szokującymi słowami, które zamieniły syrenie oczy w ślepia jarczuka, który czegoś szuka... zwątpienia. Zawahania.
- Jesteś przedziwny, Esme... - Odezwał się niemalże leniwie, bardzo wolno, przeciągle. Lecz to nie było lenistwo - to, co czaiło się teraz w nim, ta niebezpieczna rzecz w nim poruszona, której sam się obawiał. Tkwiło w tym za to zadowolenie. Prześwitywało przez ten ton dokarmione ego, które ćwierkotało jak ptaszki, kiedy to nie jemu kazano klękać przed sobą. Kiedy to ktoś gotów był klęknąć przed nim. - Nie ma czego żałować. To było okrutne i okropne przeżycie. - Ale było przeżyciem. Ból udowadniał, że żyjesz, tak? Jak ten pierwotny strach, ten poruszony mechanizm, ten instynkt. W obliczu takich doznań strach przed samym strachem truchlał i... cóż, padał na kolana. Tam, gdzie było jego miejsce według podręcznika Esme. Laurent sam sobie się dziwił, że mimo to w jego słowach nie było teraz wcale pewności tego, co mówi. Chociaż przecież tak o tym myślał. - Obiecuję jednak, że kiedy następnym razem usłyszę szepty o starym statku od Matki Wody to będziesz pierwszą osobą, do której przyjdę z zaproszeniem. - To było zaczepne, bo nie zamierzał tego robić. Nie zamierzał narażać Esme na niebezpieczeństwo, nie chciał jego życia, nawet jeśli on sam chciał to życie przetracić. A może..? Może byłby zdolny do mordu, żeby go uwolnić? - A może tego właśnie pragniesz? Sprawdzić, jak wygląda twoja krew na mojej skórze. Odpłynąć kołysanym przez fale moich oczu. - Zapytał zaintrygowany. Odpowiedzi Esme niemal zawsze były nieoczywiste, ale gdyby miał strzelać... powiedziałby, że jakaś część Esme tego pragnęła. To, w jaki sposób o tym mówił, jak namaszczał własne słowa - prawie czuł cześć do aktu Muerte. Do błysku kosy i do szelestu grzywy rumaka trupiobladego.
Naprawdę zapomniał o świecie. O problemach, swoim bólu, swoim przerażeniu. O tym, że prawie zabił go własny ojciec, że matka mówi, że lepiej się sprawdzał w burdelu i że gdzieś tam byli Śmierciożercy, którzy chcieli zniszczyć ten jego mały Raj. Że miał sny, z których wychodził z ranami i że pierwszy raz się zakochał - i pierwszy raz złamano mu serce. O niczym nie pamiętał. Tkwił w tym tańcu i choć się nie pocił, to przysiągłby, że krople potu wyzwoleńczo spływają po jego skroni. Esme wiedział, czym była ta relacja, Laurent wiedział, ale prawda? Kto ją wypowie? Tylko Esme mógł. Laurent ją znał, ale jak przyznał - wcale nie chciał jej wypowiadać i nie chciał jej spojrzeć w twarz. Bo wtedy nie potrafiłby tak tańczyć. Nie potrafiłby czuć tych zrywów i... cała ta rzeczywistość, jak brudna pieluszka dziecka, wysmotruchałaby nawet to miejsce. Miejsce realne, prawdziwe do bólu, ale jednocześnie pozwalające na... na coś... na takie... na to. To miejsce pozwalało na modlitwy do Esme Rowle. Modlił się więc - i znów bezsłownie. Pół kroku w tył - och, proszę... Ten Bożek powędrował za nim. Laurent uśmiechnął się i znów było w tym uśmiechu coś triumfalnego. Zafascynowanego zarazem. Nie zatrzymał się - zrobił kolejny krok, ale to nie była ucieczka, oj nieee... temu do ucieczki było bardzo daleko. Jak w tango partner podążał za partnerką. Jak w uwodzeniu, kiedy kochanka gestem przyciąga do siebie, choć wcale nie dotyka. Nie było piękniejszego mechanizmu w człowieku niż pożądanie. Nie, kiedy nie było oparte na czystym instynkcie, a mieszało w głowie tak jak wino - fascynacją i uwielbieniem nie dla ciała. To był seks dla umysłu. W całej swojej wulgarności, bo chociaż Laurent mógł używać ślicznych słówek, choć nie rzucał hasłami "przeleć mnie" to wulgarność wypychała jego mózg w całkowitej mocy. Taniec nad krawędzią... Z aniołem? Esme, z aniołem? Głupiś... Przecież anioł ma skrzydła.
Tak jak jego dłoń spoczęła na jego barku, tak dłoń Laurenta delikatnie oparła się na jego boku. Zupełnie tak, jakby mieli tańczyć dalej. Jakby chciał dać się poprowadzić. To nie był żaden sekret, przecież wypowiedział magiczne słowa na głos. Nie "jakby". Chciał. I w całej wulgarności czy subtelnościach wcale nie chodziło o to, żeby skończyć na tym stole, zrobić tu bałagan i oddać się przyjemności ciała. To wszystko było dla niego czymś o wiele więcej. To wszystko było tak cenne, bo nie dotykało tylko jego ciała. Dotykało tego, co bolało i łaknęło dotyku najbardziej na świecie. Jego serca. Przed Esme nie było Laurenta - porcelanowej, eterycznej laleczki. Przed Esme był tylko] Laurent Prewett.
Laurent przekroczył granicę, bo mając tak silne skrzydła nie mógłby tego nie zrobić. Pochylił się w tej ciszy i...
... jego oddech rozbił się w okolicy ucha Esme. Usta nie trafiły na usta. Nie było pocałunku - tylko - i aż z powodu tej prostej rzeczy. Szacunku. Bo ważne były pragnienia Esme. Bo ważna była ta zabawa, to, czego stracić nie chciał i w końcu to, jaką cenę mógł zapłacić, a jakiej nie był w stanie. Wilk miał ostre kły - kochał się z nimi (i nimi) bawić, ale nie chciał, żeby przegryzły mu tętnicę. Bo to, no właśnie, za bardzo by bolało. Tak bardzo... Tak bardzo, że policzek Laurenta otarł się o policzek Esme, przesunął się po nim i w końcu jego twarz wtuliła się między jego bark i szyję. Oparł na nim głowę, odetchnął. Teraz nawet nie dzielił ich oddech. Zadrżała mu dłoń, napięcie przeszło przez jego ciało i odpuściło. Objął go. Znów tak, jak wcale nie tak dawno temu. Jak brat może tulić brata, albo jak ktoś złakniony tak proste dotyku może go pragnąć na najbardziej intymnym poziomie, na jakim się da. Nie trzeba było w tym celu złączać ust, choć do samego Laurenta to chyba jeszcze nie docierało. To było krótkie - bo wcale nie chciał nadwyrężać cierpliwości Esme. Prawda była taka, że mógłby się zwinąć w kłębek i zasnąć przy Esme, wtulony w jego bok. Mógłby i nawet chciałby.
- Jeśli spełnienie marzeń może być koszmarem, to chciałbym cię w nim zamknąć. - Szkarada i Piękno. Koszmar i Marzenie Senne. Wszystko to przysłaniał dym, a Laurent mówił to spokojnie. Bez uśmiechu, bez błysku rozbawienia. Przyglądając się drapieżnikowi, który ostrzega, albo przepowiada koszmar. A może uświadamia cenę, która w tym pakcie została zawarta. W zasadzie - nie wiedział. Ale wiedział, że mógłby objąć Esme ramionami i dla własnej satysfakcji wsadzić go w koszmar. Tak, każdy miał swoją ciemną stronę. I każdy miał grzechy swojej duszy.
Laurent drgnął, kiedy akt przecięcia został dokonany. Kolejne poruszenie wnętrza - ale tak, jak każde do tej pory było wzniosłe... tak to było obalające. To tylko pasek. Tylko wężowa skóra. Tak jakby z tym paskiem odcięte zostały skrzydła i człowiek znów zostawał nagi, rozbrojony... tylko żałosny on sam. Zakręciło mu się aż w głowie. Zgasł, oszołomił go ten powrót do codzienności i normalności, gdzie wszystko i wszyscy wydają ci się grozić, a kolejny z instynktów namawiał do uciekania. Duma zawarczał ostrzegawczo, siedząc teraz, a nie leżąc, z lekko opuszczonym łbem. Przesunął łapy do przodu, bacznie obserwując każdy ruch. Też to widziałeś, Przyjacielu? Ten blask i to, jak łatwo wszystko stracić? To, jak świat wiruje, że aż może ci się zrobić niedobrze? A może to jednak efekt przypomnienia sobie, jak smakuje powietrze bez zapachu fajek? Mógłby oskarżyć Esme, że to narkotyk krążył w powietrzu, ale to nie było to. To było pragnienie umysłu i serca, żeby być sobą... i nie być jednocześnie przygniecionym tym, że na co dzień sobą nie jesteś. Że nie istnieje akceptacja dla takich odklejeńców i popaprańców. Że Bóg oskarża takie brudne stworzenia i nie przyjmuje do Raju upadłych aniołów. Mimo to nie było strachu. Nie uciekał, kiedy Esme się zbliżał, choć naturalnym odruchem ciała było napięcie się i kiedy był już blisko - niepewność. No bo - co robi? Co chce zrobić? Mózg od razu produkował takie wątpliwości, a Laurent wcale nie kontrolował się tak, jakby chciał. Był niewolnikiem swojego strachu i niepewności, kiedy groźba bólu była realna i nie mogła przynieść za sobą rozkoszy. Cyk. Jego pociągnięcie nożyczek i... już. Koniec. Fantazje o tym, co można zrobić z tym przeciętym pasem, że dłonie Esme wyglądałyby idealnie mogąc owinąć go wokół jego szyi, że mógłby szarpać mocniej, że... wszystko znowu zostało cięte nożyczkami. Przez nitkę. Jedną nitkę przy kołnierzyku.
A to nagłe zmęczenie i odejście całego napięcia było porównywalne do dojścia po naprawdę intensywnym seksie.
Zamknął oczy na drobny moment, pochylił głowę, ale ruch był płynny. Uniósł ją i rozchylił powieki na nowo. Nowy Esme. Nowy i stary jednocześnie. Nowy i stary on. Powrót na stare śmieci i kompletne zapomnienie, po co tu jesteśmy, bo to przecież był tylko pretekst, żeby się tu znaleźć.
- Esme, ja i tak będę krwawił. - Głupiutki, głupiutki... Nie chcesz brać za to odpowiedzialności? Nie, to nie to. A może? Esme tak daleko było do doskonałości, jak nikomu na tym świecie. I jednocześnie to czyniło go doskonałym. Doskonale niedoskonałym. - Nie widzisz? Liżesz mnie swoimi słowami. Dotykasz moich ud nie dotykają ich. Suniesz dłońmi w górę, choć nie przesuwasz się wcale. Eksplorujesz najbardziej skryte zakamarki ciała, choć nadal mam na sobie ubrania. Esme. - Wypowiedział jego imię słodkim, tęsknym głosem, niemal półjękiem. Jakby to imię było czarem, amortencją, którą został oblany. Przesunął palcami po swojej twarzy, po szyi, jakby to były dłonie Esme. Nie były. - Ty już we mnie byłeś. I pozostawiłeś usatysfakcjonowanym. - Opuścił ręce i uśmiechnął się w końcu, choć był to bardzo delikatny uśmiech. - A teraz, skoro już doszliśmy, możemy przyjść do mojego pretekstu wybrania się do ciebie. Bo obawiam się, że zostałem wyczerpany i mógłbym co najwyżej zasnąć na twoich kolanach.