Londyn
Jeden list zmienił wszystko.
Bezpieczny las został zamieniony nagle na obrzydliwe, przerażające miasto. Wędrując uliczkami Pokątej, jego matka na samym początku kupiła mu "schludne" ubrania, które uwierały go i drapały, ale nie chciał się skarżyć i być większym problemem, niż już był. Łatwo było zadowolić wymagających rodziców w znajomym środowisku i rutynie, kiedy doskonale wiedziało się, który krok był tym błędnym, które słowo było słowem za dużo. Ale tutaj...? Gdubił się od narastających emocji irytacji i bezradności, nadmiaru bodźców, zapachów i smaków. Tylko wizyta u pana Ollivandera była miła, jego głos i aparycja pozwoliły jako tako przejść przez proces doboru różdżki. Teraz przyciskał do piersi pudełko, myśląc o tym co to znaczy rzucać zaklęcia i dlaczego giętki i miękki kasztan był tak niezwykły z włosiem z ogona testrala. Testrale przecież lubiły kasztany, tak przynajmniej czytał w książce swojego dziadka.
Jego mama była milcząca i zacięta. Miała cały czas niezadowoloną minę i Samuel musiał sobie Wielokrotnie powtarzać, że to nie jego wina, że mama nie lubi Świata i Systemu, a on przecież do nich nie należał, był częścią rodziny, był jak siejka dwóch dębów splecionych ze sobą gałęziami i korzeniami. Mieli już wszystko, ale zostało trochę czasu do odjazdu pociągu. Padła propozycja słodyczy, wyjątkowo rzadka okoliczność, bo w lesie najsłodsze były jagody zerwane prosto z krzaczka. Może to kwestia sentymentu, historia o tym, że lukrowane ciasteczka z kolorowymi okruszkami dziadek kupował mamie, jeśli byli w Londynie, przyniosła pozytywne skojarzenie. Mógł też rozpiąć kołnierzyk i ściągnąć wełnianą, drapiącą kamizelkę. Mógł słuchać opowieści, że są cztery grupy w tej całej szkole, że każda ma inne zwierzę patrona. W drodze do magicznej cukierni wymieniał z pamięci encyklopedyczną wiedzę na temat węży i borsuków. Gdy dotarli na miejsce, opowiadał o krukach i krukowatych w ogóle. Mama była zadowolona i nic, absolutnie NIC nie zwiastowało zbliżającej się tragedii.
Pośród wszystkich słodkości nie wyczuł czegokolwiek dziwnego. By lepiej oddać rzeczywistość: nie wyczuł nic odbiegającego od normy, skoro wszystko od niej odbiegało. Ten jeden dziwnie mdlący, pudrowy zapach był jednak z nim gdy jadł ciastko, a potem gdy wyszli na ulicę. Na moment się zamyślił, na moment odwrócił, a gdy znów chciał zwrócić się do matki, opowiadać jej dalej o gnieździe i okresie lęgowym... Jej już nie było.
Czy to test? – zdarzało im się tak bawić w lesie. Otarł rękawem twarz z lukru, słodki smak zmieszał mu się z mdłym, dominującym już zapachem kadzidła. Zawsze mieli wcześniej omówione zasady, zawsze wiedział co robić.
– Mamo...? – zapytał niepewnie, cicho jak po przekroczeniu progu sklepu z różdżkami. Odkaszlnął i spróbował jeszcze raz, zaczynając iść.– Mamo?– serce mimowolnie ruszyło niekontrolowaną galopadą. Ruszył biegiem przed siebie ulicą, którą szedł, rozglądając się za znajomą sylwetką. Usłyszał po lewej kroki, kobiece obcasy uderzające o chodnik. Odbił tam, potem znów i znów, ściany kamienic były coraz ciaśniejsze... – MAMO!? – udało mu się uwolnić gardło, krzyknął w końcu przerażony i obrócił się wkoło własnej osi. Nagle dotarło do niego, że to nie jest ta sama ulica a jakaś inna. Próbował odtworzyć drogę, ale zdało się, że trafił do jakiegoś dziwacznego, miejskiego labiryntu, że nie wie, nie ma pojęcia, po czym zorientować się gdzie i dlaczego jest. Przebiegł znów kilka metrów, nawołując zrozpaczony. Wkoło nie było nikogo, żadnych ludzi, żadnych sklepów, żadnej nadziei... A ściany... ściany były coraz bliżej, coraz ciaśniej, coraz ciemniej... Odbijając się od nich, płacząc i nawołując coraz słabiej błądził tak przez dobrych kilkadziesiąt minut.
Aż w końcu, gdy mgła się rozwiała, zdał sobie sprawę z tego, że jest w ciemnym zaułku zatopiony w śmieciach porzuconych przez... kogoś. Wilgotne i śmierdzące odpadki lepiły się do jego skóry, a on był sam, z bólem głowy, nie mając pojęcia co tak na prawdę się wydarzyło. Przez wąskie wyjście z zaułka dostrzegł witrynę sklepu zielarskiego, a zmartwiałe serce zabiło z nadzieją. Otumaniony umysł skojarzył, że tu chyba dzisiaj był.
Spróbował się dźwignąć i wyjść do światła...