- Jestem porządnym czarodziejem, Nicholasie. Najpierw kolacja przy świecach - czy gdyby nie pił alkoholu, to czy by rzucił tak szczeniacką odzywką? Najpewniej nie, ale jako że za nim były dwie szklanki mocnego alkoholu... Zaraz jednak spoważniał, bo eliksiry to nie było coś, czym ludzie wymieniali się jak dropsami. Zanotował sobie w pamięci, że również Travers cierpi na problem z bezsennością. To było coś, co go poniekąd fascynowało - bo istniało kilka rodzajów bezsenności. Jego bezsenność była spowodowana nie koszmarami, które miał zamiast snów, lecz samym problemem z zaśnięciem. Jego mózg pracował na wysokich obrotach, a stres powodował, że ciężko mu było się całkowicie wyciszyć przed snem. Mógłby oczywiście próbować, ale po co skoro istniały prostsze sposoby? Podziękował mu skinieniem głowy, ostrożnie odbierając fiolkę i nie przejmując się nadto tym, że na chwilę ich palce się zetknęły. Nie był dziewczyną, by teraz powłóczyć za nim maślanym wzrokiem, bo ośmielił się go dotknąć. No i nie miał piętnastu lat. - Nie będę eksperymentował, najwyżej odbiorę dzień wolny.
Kłamał, co było chyba dość oczywiste w kontekście brania wolnego. Ostatni dzień wolny, który miał, skończył się bieganiem po zaułkach z Chesterem Rookwoodem, niezbyt dobrze to wspominał. Wolał już być niewyspanym w pracy, niż mieć powtórkę z rozrywki.
Wbrew pozorom eliksir Nicholasa wystarczył - wbrew temu, czego obawiał się Rodolphus, poczuł słodkie zmęczenie, spotęgowane alkoholem połączonym z eliksirem. W zasadzie to nie powinno się ich łączyć, nawet w tak niewielkich dawkach, bo alkohol potęgował działanie eliksiru i czasem mogło to być niebezpieczne. Właśnie między innymi z tego względu, że działał odrobinę mocniej, rozluźniał i jeżeli się przesadziło: mogło się zasnąć na siedząco. To jednak Rodolphusowi nie groziło, chociaż być może gdyby wybrał tej nocy łóżko, miałby problem by do niego dotrzeć o własnych siłach. Zachował jednak na tyle przytomności umysłu, by eliksir wypić po przygotowaniu się do snu, wystarczyło po krótkiej rozmowie dać znać i zrobić kilka kroków, by móc osunąć się w ciemność bez snów. Jak zawsze.
(...)
Lestrange był typem człowieka, który wstawał wcześnie. Nie zrywał się skoro świt, ale jego wewnętrzny zegar zrywał go dość wcześnie nawet w dni wolne. Mógł na spokojnie skorzystać z łazienki i ubrać się w czyste, choć nie tak dopasowane ubrania, jak jego własne. Westchnął, korzystając z okazji że był sam za zamkniętymi drzwiami, i zamaskował znak. Nikt pewnie nie zauważy różnicy, w końcu z Nicholasem byli chyba identycznego wzrostu i podobnej postury, ale... To nie było jego ubranie, cały dzień spędzi z myślą o tym. Gdy wyszedł, złożył pościel odruchowo, krzywiąc się na każde zagniecenie, ale nie zdążył nic więcej zrobić, bo Nicholas wszedł do salonu. Z listem.
- Szybko poszło - skomentował, odbierając kopertę. To nie był jednak list od tej, o której myślał. Na twarzy mężczyzny odbiło się zaskoczenie. Czego Robert od niego chciał? I to akurat w takiej chwili. Z zainteresowaniem otworzył kopertę i przeleciał wzrokiem po starannych literach. Chimera, wieczorem... To było niepokojące, Mulciber nigdy nie spotykał się z nim w publicznych miejscach. W zasadzie to Rodolphus myślał, że Robert unikał publicznych miejsc z jakiegoś powodu. Otrzymanie więc polecenia stawienia się w restauracji było dla niego zaskoczeniem, którego nie potrafił ukryć. Ostrożnie włożył list z powrotem do koperty, a tę złożył na pół i schował do kieszeni. Usiadł przy stole, podczas gdy Nicholas był w kuchni, i w zamyśleniu spojrzał za okno. Kolejna rzecz, która będzie go dzisiaj gnieść przez cały dzień. - Po pracy muszę na chwilę wyjść. Nie potrwa to długo. Raczej.
Powiedział, sam nie wiedząc czemu czując się w obowiązku by chociaż odrobinę wtajemniczyć Traversa w swoje plany. W końcu nie był u siebie, był gościem i w złym tonie było wchodzenie tu i wychodzenie jak do siebie.