15.02.2024, 10:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2024, 10:30 przez Samuel McGonagall.)
Samuel również mówił dużo, problem polegał na tym, że mówił dużo do siebie lub do swoich kóz, do innych zaś podchodził z rezerwą i nieufnością, skutecznie sznurującą mu usta.
Teraz jednak, w gestach i słowach Erika dostrzegł coś więcej niż jajecznicę. Coś, co działało zdecydowanie na korzyść mężczyzny to podobieństwo do jego siostry, a Brenna pracowała lata na to, by Samuel czuł się komfortowo w jej towarzystwie. By czuł się komfortowo z jej dotykiem. Może to krew Longbottomów, ich opiekuńczość i ciepło. Może to po prostu był odrębny gatunek człowieka.
Był wdzieczny za obietnicę, był wdzięczny za pozostałe słowa, choć nie potrzebował ich tak bardzo. Nie uśmiechał się, ale Eric zobaczył zmianę w oczach, uniesione lekko policzki zwężały je w aprobacie. Dopiero komplement zamieszał, sprawił, że Sam przerwał kontakt wzrokowy, zacisnął mocno szczękę i zmienił wargi w ciasną linię dyskomfortu i zażenowania.
A potem zdał sobie sprawę, że mężczyzna cały czas trzyma go za rękę.
Zdał sobie sprawę jak miękka, nieskalana pracą jest jego skóra.
Kącik zadrgał mu w rozbawieniu, czuł się teraz trochę jak w bajce o księciu i żebraku, choć zdecydowanie nikt nie wziąłby ich za bliźniaków. Z refleksem, jeśli tylko Erik chciałby zwolnić uchwyt, to sam by go powstrzymał, splótł palce, by nie dać uciec od pomysłu, który był tak bezczelnie nie na miejscu, a jednocześnie zdał się na tamtą chwilę najwłaściwszym z możliwych.
Odwrócił się do deski i skrzywił widząc jak bardzo jest płaska, jak zapomniał się w nerwach. Sięgnął jednak heblarkę tylko po to... by wsunąć ją w piękną dłoń dziedzica. Szczupła twarz rozjaśniła się w bezczelnym uśmiechu, takim z pogranicza nonszalancji.
– Ty wygładzaj, ja zacznę je wycinać pod wzór. Na ciężkie myśli najlepiej robią odpowiednie narzędzia i kawał deski potrzebujący opieki. Satysfakcja gwarantowana – i odciski, ale tego już nie powiedział głośno.
Teraz jednak, w gestach i słowach Erika dostrzegł coś więcej niż jajecznicę. Coś, co działało zdecydowanie na korzyść mężczyzny to podobieństwo do jego siostry, a Brenna pracowała lata na to, by Samuel czuł się komfortowo w jej towarzystwie. By czuł się komfortowo z jej dotykiem. Może to krew Longbottomów, ich opiekuńczość i ciepło. Może to po prostu był odrębny gatunek człowieka.
Był wdzieczny za obietnicę, był wdzięczny za pozostałe słowa, choć nie potrzebował ich tak bardzo. Nie uśmiechał się, ale Eric zobaczył zmianę w oczach, uniesione lekko policzki zwężały je w aprobacie. Dopiero komplement zamieszał, sprawił, że Sam przerwał kontakt wzrokowy, zacisnął mocno szczękę i zmienił wargi w ciasną linię dyskomfortu i zażenowania.
A potem zdał sobie sprawę, że mężczyzna cały czas trzyma go za rękę.
Zdał sobie sprawę jak miękka, nieskalana pracą jest jego skóra.
Kącik zadrgał mu w rozbawieniu, czuł się teraz trochę jak w bajce o księciu i żebraku, choć zdecydowanie nikt nie wziąłby ich za bliźniaków. Z refleksem, jeśli tylko Erik chciałby zwolnić uchwyt, to sam by go powstrzymał, splótł palce, by nie dać uciec od pomysłu, który był tak bezczelnie nie na miejscu, a jednocześnie zdał się na tamtą chwilę najwłaściwszym z możliwych.
Odwrócił się do deski i skrzywił widząc jak bardzo jest płaska, jak zapomniał się w nerwach. Sięgnął jednak heblarkę tylko po to... by wsunąć ją w piękną dłoń dziedzica. Szczupła twarz rozjaśniła się w bezczelnym uśmiechu, takim z pogranicza nonszalancji.
– Ty wygładzaj, ja zacznę je wycinać pod wzór. Na ciężkie myśli najlepiej robią odpowiednie narzędzia i kawał deski potrzebujący opieki. Satysfakcja gwarantowana – i odciski, ale tego już nie powiedział głośno.