16.02.2024, 20:07 ✶
Uśmiechnęła się tylko z satysfakcją na jego dramatyczne westchnienie: to była przecież jedna z tych gierek pomiędzy rodzeństwem, w których celowali od wielu lat. Poza tym była młodszą siostrą, a zadaniem młodszych sióstr było dręczenie starszych braci przynajmniej od czasu do czasu.
– W porządku, gdyby przyjechał tutaj na białym koniu, w zbroi najlepiej, jestem pewna, że faktycznie mogłoby to trafić do prasy – stwierdziła w końcu. Może mu ustępując. A może wręcz przeciwnie, tylko w ten sposób we własnym mniemaniu przynajmniej wygrywając dyskusję oświadczeniem, że potrzeba by konia, aby informacja faktycznie dostała się na pierwsze strony gazet… Bo przecież naprawdę nie próbowała promować tej potańcówki i wątpiła, by pośród gości był ktoś, kto pójdzie później zdać relację reporterom. Żadnego dziennikarza Brenna nie zapraszała. Ludzie mieli czuć się swobodnie, a nie martwić, że ktoś zrobi im niekorzystne zdjęcie.
– Tak, jesteśmy już dla tych ludzi tak okropni: muszą znosić moje gadanie, wybuchy, ilekroć wchodzisz do kuchni, wykłady taty o szermierce, i te wszystkie surowe spojrzenia mamy, kiedy nie uczeszą włosów… że okazujemy to minimum litości, nie prosząc, żeby przybrali to straszne nazwisko – podchwyciła Brenna, chociaż rzecz jasna nigdy tak na to nie patrzyła. Do licha, nie sądziła, że litują się nad kimkolwiek. Litość była paskudnym uczuciem, tą brzydszą, głupszą siostrą współczucia. Litość pojawiała się tam, gdzie nie miałeś już nawet siły na nienawiść i pogardę. A ich postępowanie nie było nigdy aktem dobroci.
Było czymś, co należało zrobić.
Poznała Samuela sporo przed tym, jak Erik poznał Selwyna – na samym początku wakacji w roku 61. Ale nie było wykluczone, że gdy już otwarcie spędzała z chłopakiem czas rok później, Erik nie zauważył tego, pochłonięty własnym życiem i romansem. O którym Brenna zapewne nie wiedziała, bo gdyby wiedziała nawet mając siedemnaście lat poszłaby skopać tyłek Selwyna za uwodzenie tak młodego i naiwnego chłopaka, jakim był jej brat mając te dziewiętnaście lat.
– Uczenie Łatka aportować? Myślałam, że zażądasz czegoś bardziej kreatywnego. Na przykład weź ten pierścień i idź wrzucić go wulkanu. Albo… hm… znajdź mi najładniejszą kamizelkę w Wielkiej Brytanii.
Nuda Brennie raczej nie groziła. I nie chodziło nawet o to, że była zajęta – po prostu umiała zorganizować sobie czas i zawsze znaleźć do zrobienia coś ciekawego, jeżeli akurat nie było niczego, co zrobić po prostu musiała albo uważała, że powinna: tak jak uznała, że powinna zorganizować tę potańcówkę.
Na jego lustrujące spojrzenie odpowiedziała własnym, równie uważnym. Zastanawiała się, czy mówił prawdę i jego chmurna mina była po prostu jedną z tych, jakie przybierał niekiedy półżartem, półserio, aby pokazać światu, jak okrutnie cierpi z tą straszną młodszą siostrą. Czy było to po prostu coś, o czym mówić nie chciał i nie mógł – a może coś, czym wolał jej nie obciążać.
I chociaż na słowa, że może czegoś potrzebować, pomyślała, że tak, potrzebuje, zetrzeć ten mars z jego czoła, pozostawało jej tylko uszanować udzieloną odpowiedź.
Zwłaszcza, że sama miała dla niego bardzo podobną.
W tych chwilach, w których nie była silna i odważna, udawała po prostu taką i nikt zwykle nie umiał dostrzec różnicy: zamierzała się tego trzymać. Poza tym wcale nie było tak źle. Podeszła więc po prostu do brata, wspięła się na palce, by ucałować go w policzek, a potem… wepchnęła mu w ręce lampę, która uruchomiona miała roztoczyć wokół błękitny blask.
– To świetnie, bo potrzebuję, żeby ktoś rozstawił lampiony w roślinach wokół jeziora. Ja umieszczę resztę przy drzewach i na stolikach.
– W porządku, gdyby przyjechał tutaj na białym koniu, w zbroi najlepiej, jestem pewna, że faktycznie mogłoby to trafić do prasy – stwierdziła w końcu. Może mu ustępując. A może wręcz przeciwnie, tylko w ten sposób we własnym mniemaniu przynajmniej wygrywając dyskusję oświadczeniem, że potrzeba by konia, aby informacja faktycznie dostała się na pierwsze strony gazet… Bo przecież naprawdę nie próbowała promować tej potańcówki i wątpiła, by pośród gości był ktoś, kto pójdzie później zdać relację reporterom. Żadnego dziennikarza Brenna nie zapraszała. Ludzie mieli czuć się swobodnie, a nie martwić, że ktoś zrobi im niekorzystne zdjęcie.
– Tak, jesteśmy już dla tych ludzi tak okropni: muszą znosić moje gadanie, wybuchy, ilekroć wchodzisz do kuchni, wykłady taty o szermierce, i te wszystkie surowe spojrzenia mamy, kiedy nie uczeszą włosów… że okazujemy to minimum litości, nie prosząc, żeby przybrali to straszne nazwisko – podchwyciła Brenna, chociaż rzecz jasna nigdy tak na to nie patrzyła. Do licha, nie sądziła, że litują się nad kimkolwiek. Litość była paskudnym uczuciem, tą brzydszą, głupszą siostrą współczucia. Litość pojawiała się tam, gdzie nie miałeś już nawet siły na nienawiść i pogardę. A ich postępowanie nie było nigdy aktem dobroci.
Było czymś, co należało zrobić.
Poznała Samuela sporo przed tym, jak Erik poznał Selwyna – na samym początku wakacji w roku 61. Ale nie było wykluczone, że gdy już otwarcie spędzała z chłopakiem czas rok później, Erik nie zauważył tego, pochłonięty własnym życiem i romansem. O którym Brenna zapewne nie wiedziała, bo gdyby wiedziała nawet mając siedemnaście lat poszłaby skopać tyłek Selwyna za uwodzenie tak młodego i naiwnego chłopaka, jakim był jej brat mając te dziewiętnaście lat.
– Uczenie Łatka aportować? Myślałam, że zażądasz czegoś bardziej kreatywnego. Na przykład weź ten pierścień i idź wrzucić go wulkanu. Albo… hm… znajdź mi najładniejszą kamizelkę w Wielkiej Brytanii.
Nuda Brennie raczej nie groziła. I nie chodziło nawet o to, że była zajęta – po prostu umiała zorganizować sobie czas i zawsze znaleźć do zrobienia coś ciekawego, jeżeli akurat nie było niczego, co zrobić po prostu musiała albo uważała, że powinna: tak jak uznała, że powinna zorganizować tę potańcówkę.
Na jego lustrujące spojrzenie odpowiedziała własnym, równie uważnym. Zastanawiała się, czy mówił prawdę i jego chmurna mina była po prostu jedną z tych, jakie przybierał niekiedy półżartem, półserio, aby pokazać światu, jak okrutnie cierpi z tą straszną młodszą siostrą. Czy było to po prostu coś, o czym mówić nie chciał i nie mógł – a może coś, czym wolał jej nie obciążać.
I chociaż na słowa, że może czegoś potrzebować, pomyślała, że tak, potrzebuje, zetrzeć ten mars z jego czoła, pozostawało jej tylko uszanować udzieloną odpowiedź.
Zwłaszcza, że sama miała dla niego bardzo podobną.
W tych chwilach, w których nie była silna i odważna, udawała po prostu taką i nikt zwykle nie umiał dostrzec różnicy: zamierzała się tego trzymać. Poza tym wcale nie było tak źle. Podeszła więc po prostu do brata, wspięła się na palce, by ucałować go w policzek, a potem… wepchnęła mu w ręce lampę, która uruchomiona miała roztoczyć wokół błękitny blask.
– To świetnie, bo potrzebuję, żeby ktoś rozstawił lampiony w roślinach wokół jeziora. Ja umieszczę resztę przy drzewach i na stolikach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.