• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[30.07.1972] Ambrosia McKinnon w Krainie Czarów

[30.07.1972] Ambrosia McKinnon w Krainie Czarów
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#1
24.02.2024, 05:31  ✶  
Odkryj wiadomość pozafabularną
SUMA przypadków: Nie wiesz do końca, dlaczego postanowiłeś iść za tym przedziwnym królikiem, ale po kilku minutach bardzo tego żałowałeś. Wprowadził cię w pułapkę, a mówiąc konkretniej - stanąłeś na zapadni. Spadałeś w dół kilka długich minut… Kurczę, właściwie to spadałeś o wiele za długo. Później ciemność, jaka otaczała cię do tej pory, zamieniła się w czerwień, a na końcu wylądowałeś na wielkim grzybie. Znalazłeś się w świecie z Alicji w Krainie Czarów. Co gorsza - twoi znajomi, zarówno przyjaciele, jak i wrogowie, odgrywali tutaj role niczym w teatrze. Po jakimś czasie udało ci się ocknąć. Na szczęście to nie była prawda, tylko wytwór twojej wyobraźni po tym, jak upadłeś, biegnąc za królikiem i uderzyłeś się w głowę. Powinien cię obejrzeć uzdrowiciel.

Stała w saloniku, wymieniając świeczki; w miejsce roztopionych, niezdolnych do utrzymania płomienia parafinowych szkieletów, wsuwała szczupłe sylwetki nienaruszonych jeszcze, barwiących się różnymi kolorami ciemnych odcieni. Nie zależało jej na tym, żeby wystrój tego miejsca był jakkolwiek koherentny, jeśli chodziło o paletę barwną - liczył się nastrój. Ten jak zwykle był ciężki i w pewien sposób ospały, a wrażenie tylko się pogłębiało, w miarę jak na zewnątrz coraz bardziej ciemniało od zbliżającej się wielkimi krokami nocy. W pewien sposób, po ostatniej kłótni z Hadesem, wciąż czuła się obco. Nawet jeśli kolejne dni po tym, jak wpadł w szał, spędziła w spokojnej posiadłości Mulciberów w towarzystwie Diany, to nie uspokoiło jej to w pełni. Była zła, ale monotonne czynności, jak właśnie wymiana świeczek, czy odpalanie kolejnych kadzidełek, powoli nakierowywały ją na właściwy tor.

Właściwy. Tylko nie była pewna do końca, co to znaczyło, bo jakaś część przeczuwała, że była to namiastka właściwości. Możliwość prześlizgnięcia się z dnia na dzień, przynajmniej do trzeciego lipca, kiedy miała złapać za walizkę i opuścić Londyn. Wsunęła ostatnią świeczkę do gniazdka w świeczniku, sięgając zaraz po różdżkę i odpalając kolejne knoty, a wtedy przyjemny zapach zaczął rozlewać się po pomieszczeniu. Wszystko pewnie byłoby na swoim miejscu, a ona zabrałaby się za kolejną, jakąś mało istotną czynność, gdyby nie fakt, że coś poruszyło się na granicy widzenia.

Wrzuciła placki stopionych, bezużytecznych wspomnień świeczek do brzuchatego słoika, z zamiarem późniejszego przetopienia ich i wykorzystania, a potem obejrzała się z roztargnieniem przez ramię, najpewniej spodziewając się tam wszystkiego, począwszy od jakiejś zbłąkanej sowy od Staszka, a kończąc na jakiejś bezpańskiej zjawie. Nie spodziewała się jednak żywego, bielusieńskiego królika, który drobił po dywanie. Odwróciła się w jego stronę cała, mrużąc przy tym oczy podejrzliwie i przekrzywiając głowę na jedną stronę, jakby miało jej to chociaż trochę pomóc w przeprocesowaniu tego, co właśnie widziała. Miękkie, śnieżne futerko odcinało się znakomicie na tle ciemnych dywanów, które wyścielały pokój, jakby krzycząc do niej, żeby nie odrywała spojrzenia, szczególnie kiedy gryzoń zrobił małe kółeczko i pokicał przez najbliższe drzwi, niknąc za framugą.

McKinnon nie potrzebowała specjalnie wystosowanego zaproszenia, żeby za nim ruszyć. Nie, kiedy jeszcze matka za dziecka tłumaczyła jej znaczenie różnych symboli, zaraz po tym często mówiąc, że kiedy już je dostrzeże, niech nie spuszcza z nich oka. Dlatego poszła, wyglądając najpierw na krótki korytarz, który dzielił pokoje, z ciekawością, by wreszcie zastukać na nim obcasami, w pogoni za długouchym zwierzątkiem.

Skąd tu w ogóle ta klapa? Bo nie mogła sobie tego w ogóle przypomnieć, a może tez nie miała czasu się nawet nad tym porządnie zastanowić, bo spadała i spadała. Czy spadała do dziury, czy może przekroczyła jakąś dziwaczną granicę świata żywych i miała zostać zawieszona w czasie i przestrzeni już na wieki? Początkowo czuła, jak się boi, nawet krzyknęła, ale potem była już tylko pustka. Spadała, a może tylko czuła, że spadała? Bo ta podróż zdawała się nie mieć końca i chyba nawet zaczęła się nudzić, z pewnym rozczarowaniem dochodząc do wniosku, że jeśli to miała być jej kara za dokonania podczas życia to była całkiem trafna.

W końcu jednak coś zmieniło. Otulająca ją, lepka czerń przekształciła się, zabarwiając czerwienią, aż w końcu inne kolory wybuchły dookoła niej, oblewając świat i nadając mu kształtów w tym samym momencie kiedy wylądowała... na grzybie? Jakim cudem w ogóle nic jej nie było od tego wszystkiego? Zsuwając się z miejsca lądowania nie mogła nie rozejrzeć się, w poszukiwaniu królika, który był przecież powodem całej tej nieznośnej sytuacji. Zanim jednak wyłapała jego białe futerko, co innego zajęło jej uwagę. Gąsienica. Tyle, że to nie była taka zwyczajna gąsienica, bo do granic możliwości przypominała jej mamę. Felicity siedziała na grzybie obok i paliła fajkę, wypuszczając z ust kłęby barwnego dymu.
- Mamo? Co to znaczy? - zapytała, bo nic nie rozumiała, a przecież gdzieś w tym musiał być jakiś sens. Zamiast jednak otrzymać odpowiednią odpowiedź, rodzicielka pokręciła ze zniesmaczeniem głową. Pokręciła też zaraz, jakby nieco córką rozczarowana, a kiedy znowu nabrała w płuca dymu, przy wydechu dmuchnęła go prosto w stronę Ambrosii.

Dym drapał w gardło i krztusił, nie pozwalając nie zanieść się kaszlem. Walcząc z drażniącą chmurą odwróciła się, odsuwając też od zawiedzionej matki, ale kiedy to zrobiła, do jej uszu doszło jakieś utyskiwanie. Spóźnię się, przeleciało gdzieś obok, a zaraz potem przebiegł obok niej biały królik, którego jeszcze przed chwilą próbowała się dopatrzeć. Trzymał w łapce zegarek i nerwowo gnał przed siebie, wyraźnie spanikowany upływu czasem. A ona, kiedy już przestała kaszleć, skrzywiła się tylko lekko. Alexander pewnie miałby w tym temacie jej coś do powiedzenia, bo dla niego wręcz uwielbiała się spóźniać, szczególnie kiedy wiedziała jak ładnie potrafił czekać. Szkoda tylko, że nigdy nie mogła go zaskoczyć i wiedział z której strony nadejdzie.

Nie wiedząc jednak, gdzie indziej powinna się udać, ruszyła w ślad za spóźnialskim, przedzierając się przez dziwaczną roślinność, która zdawała się wypełniać to miejsce w całości. Miała wrażenie, że wszystko było w tym miejscu nie takie jak powinno, ale jednocześnie jak najbardziej właściwe dla krajobrazu. W końcu jednak, głosy zwróciły jej uwagę, a kiedy wreszcie natrafiła na przerzedzenie między roślinnością, jej oczom ukazał się stół. Długi i szeroki, przy którym ktoś siedział. Nie, nie ktoś; w postaciach rozpoznała Lorraine, Dianę i Maeve, którze urządzały sobie z jakiegoś powodu herbatkę. Zaprosiły ją nawet, a ona przysiadła z nimi, trochę niezręcznie, bo wyglądały doprawdy komicznie, kiedy ich twarze zdawały się wlepione w ciała, które nie należały do nich. Wszystkie też zadawały jej jakieś zagadki, a kiedy nie potrafiła im odpowiedzieć, wytykały jej nawet najmniejsze potknięcia, tak że wreszcie obraziła się i sobie poszła, chcąc jak najszybciej mieć tę głupią przygodę za sobą.

- Ściąć jej głowę! - usłyszała w pewnym momencie władczy głos, na brzmienie którego zrobiło jej się niedobrze. Kiedy zogniskowała spojrzenie na jego źródle, jej oczom ukazała jej się sylwetka Loretty, w pięknej, czerwonej sukni, z ustami wykrzywionymi w znudzonym grymasie. Obok niej stał Louvain, z koroną założoną na głowę i uśmiechający się do niej paskudnie. Zadowolony z siebie, jak zawsze zdawał się być, kiedy przychodził do niej, jakby nie miał nic lepszego w życiu do roboty. Wtedy już Rosie miała dość, wyciągnęła w ich stronę rękę, pokazując im środkowy palec, a potem zaczęła uciekać.

Sama nie wiedziała, jakim cudem nie wywróciła się po drodze, ani czemu w ogóle nikt jej nie złapał, ale może zwyczajnie miała szczęście. Biegła w ślad za migającym gdzieś przed sobą białym futerkiem w kubraczku i narzekaniem na to, jak bardzo się spóźni. W końcu jednak zmęczyła się i przystanęła, musząc złapać oddech.
- Jak to w ogóle możliwe? - wysapała, prostując się i rozglądając dookoła. Kilometrowe grzyby (no dobrze, może przesadzała), cuda i dziwy, gadające króliki, wściekłe królowe, zniesmaczone gąsienice, a gdzie w tym wszystkim sens?
- Wszystko jest możliwe, trzeba tylko wiedzieć o sposobach - wzdrygnęła się, słysząc obok siebie znajomy głos, oglądając się zaraz na niego. Przypominał kota i uśmiechał się do niej, jakby miał z czego.
- Wreszcie postanowiłeś się pojawić? Zawsze miałeś nieznośną tendencję do znikania - fuknęła na niego oburzona, bo wiszący obok niej kot, miał twarz Alexandra. Wydawało jej się, że wcześniej widziała jego sylwetkę to tu, to tam, kiedy przemierzała krainę i kolejne jej zakamarki. Kiedy jednak próbowała bardziej się na nim skupić, znikał wszetecznik. - Co to w ogóle za miejsce i czemu wszystko jest tutaj takie szalone? - po zastanowieniu, ruszyła przed siebie, a lewitujący, koci-Alexander popłynął w ślad za nią.
- Wszystko jest szalone, bo ty jesteś szalona. Gdybyś nie była, to wcale by cię tutaj nie było.
- Słuchaj, jak sobie nagle oślepłeś na trzecie oko, to niech cię będzie, ale mógłbyś mi chociaż powiedzieć, w którą stronę mam iść! - tupnęła na niego nogą, zaciskając dłonie w piąstki.
- Jeżeli nie wiesz, dokąd chcesz iść, nie ma znaczenia, którą drogą pójdziesz... - spojrzała na niego rozgniewana, słysząc te bzdury. - Tym bardziej, że to tylko sen....

Ostatnie co pamiętała, to obraz jego twarzy i obijające się w głowie słowa jego maksymy. To tylko sen. Cholera, czy sny bolały? Bo ją teraz tak okropnie bolała głowa i w ogóle to całe ciało chyba. Czuła się, jakby skądś spadła, a przecież podobno miała spadać tylko w tej sennej marze, która nie chciała jej puścić. Sama ostatnimi czasy coraz częściej powtarzała sobie, że to co działo się dookoła niej, było zaledwie ułudą, ale kiedy otworzyła oczy i spojrzała w sufit, to nie był jej sufit. No dobrze, to był trochę jej sufit, bo był znajomy, ale nie należał do Ataraxii, a do Głębiny. Leżała na schodkach, które łączyły ich lokale. Czy faktycznie w pogoni za tą wizją króliczka, który śpieszył się nie wiadomo gdzie, przedostała się akurat przez znajdujące się w jej mieszkaniu przejście? Eh, tylko ona mogła mieć takie szczęście.
- Wszystko dobrze? - usłyszała głos, ale nie należał on do Borgina. Stał nad nią Francis, przestępując nieco niepewnie z nogi na nogę, jakby nie wiedział co ma z nią zrobić.
- Tak, pomóż mi tylko wstać - westchnęła, wyciągając do niego dłoń i uśmiechając się słabo. Wszystko ją bolało i pewnie następnego dnia obudzi się z pięknymi siniakami. Znowu. Na całe szczęście jednak, mogła sobie poprawić nieco humor, przeklinając w duchu Mulcibera, bo to wszystko była pewnie jego wina. Za bardzo się w końcu uśmiechał, będąc tym przeklętym kotem.

Koniec sesji


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambrosia McKinnon (1657)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa