• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[2.07.1972] Spróbuj złapać dym gołymi rękami | Camille, Richard

[2.07.1972] Spróbuj złapać dym gołymi rękami | Camille, Richard
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#1
28.02.2024, 11:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2024, 21:48 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Richard Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Sesja rozliczona przez Camille Delacour - Piszę, więc jestem
Margaret zrobiła na niej bardzo dobre wrażenie. Młoda kobieta dobrze pokierowała spotkaniem, a na dodatek wywiązała się z umowy, którą zawarły. Camille mogła w spokoju pracować, korzystając ze świec, które sprzedawano u Mulciberów. To, co jednak ją zastanowiło, to gratis, który dostała. Mulciberówna dobrze przygotowała się do spotkania - sprawdziła jej nazwisko, dopasowała więc gratis do tego, czym zwykle zajmowała się jej rodzina. Delacour wcale nie planowała z nich korzystać, bo przecież nigdy nie występowała na scenie. Miała duszę artystki, lecz ta dusza była mocno związana, zepchnięta na dalszy plan, by chłodna logika i racjonalne myślenie mogły grać pierwsze skrzypce. Zresztą Margaret ją ostrzegła, by nie używała ich przed wyjściem na scenę. Nie sprecyzowała o co dokładnie chodzi, ale blondynka nie zamierzała sprawdzić, o co chodzi. Co nie zmienia faktu, że postanowiła jedno zapalić w swoim mieszkaniu.

Skutki uboczne były... Niespotykane. Nie miała pojęcia, czy ona sama była tak wrażliwa na kadzidła, czy po prostu towar, który dostała, był zbyt silny. Nie byłaby jednak sobą, gdyby tę sprawę tak po prostu zostawiła. Przecież to mogło być niebezpieczne - i pal sześć, że dla niej skończyło się wszystko dobrze. Przecież dla kogoś innego mogła to być tragedia, zmieniająca życie. Mogła też bezpośrednio mu zagrozić. Wysłała więc krótką notkę do Margaret, prosząc o spotkanie bezpośrednio z jej ojcem w celu omówienia tego prezentu. Jej list nie był niegrzeczny, acz stanowczy. Nie wyjaśniła dokładnie, o co chodzi, ale napisała wyraźnie, że z kadzidłami, które dostała, pojawił się problem i najlepiej byłoby to omówić osobiście.

Ustaliła więc czas i miejsce spotkania. Godziny wieczorne, okolice 7, w niewielkiej knajpce L’Arpège. Nazwa ciężka do wymówienia dla kogoś, kto nie znał języka francuskiego, ale na pewno łatwa do zapamiętania, bo to była jedyna taka porządna restauracja przy Alei Horyzontalnej, w której podawano wyłącznie francuską kuchnię. Wystrój był dość ciekawy - było tu niewiele stolików, lecz przy ścianach znajdowały się loże, zapewniające większym grupom prywatność. Znajdowało się tu także kilka wnęk, w których ustawiono czteroosobowe stoliki. Śnieżnobiałe obrusy przełamane były błękitem i pastelowym fioletem, a na stolikach ustawiono wazony z lawendą. Musiała być magiczna, bo nie dominowała zapachem całego pomieszczenia, ale gdy tylko ktoś siadał przy stoliku, od razu czuł jej kojący zapach. Camille nie bez powodu wybrała właśnie to miejsce: lawenda uspokajała, koiła wzburzone myśli. A ona nie chciała, by spotkanie przebiegało w nerwowej atmosferze. W gruncie rzeczy nic się przecież złego nie stało, prawda? W zamyśleniu potarła przedramię, na którym widniał żółto-fioletowy siniak. Wyróżniał się, brzydko odznaczał na jej jasnej, delikatnej skórze, kontrastowała z piaskową spódnicą do kostki z miłego materiału oraz beżową koszulką z szerokimi, zwiewnymi rękawami i niezbyt widocznym dekoltem. Wiedziała, że miała dużo szczęścia, że skończyło się to tylko tak. Mogła przecież rozbić sobie głowę o kant stołu.

Siedziała przy jednym z tych czteroosobowych stolików we wnęce. W środku nie było dużo ludzi, ale na tyle, by słowa ludzi mieszały się ze sobą, tworząc przyjemny dla ucha gwar. To było dobre miejsce do spotkań, szczególnie jak trzeba było coś omówić. Zapewniało prywatność. Delacour zerknęła na zegarek na złotej bransoletce, mieniący się na jej szczupłym nadgarstku. Jak zwykle przyszła przed czasem. Zamówiła białe wino i czekała, zerkając ze spokojem na pudełko z dwoma kadzidłami. Jedno zdążyła wypalić, nie miała go ze sobą. Szkoda, że nie było z nią w domu nikogo, kto by je zgasił. Mogłaby je przynieść, może by je zbadali? Może to wina któregoś ze składników?
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#2
28.02.2024, 23:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2024, 20:42 przez Mirabella Plunkett.)  

Ledwo wrócił z Oslo. Załatwił wszystkie sprawy, jakie miał zaplanowane.  A już dostał robotę, aby nie nudził się siedząc w domu. Robert dostał list od jednej ze swoich klientek, którą obsługiwała jego córka – Margaret. Nie była to praca typowo na zatrudnienie, ale bardziej rodzinny interes. W liście wspomniano o chęci porozmawiania o kadzidłach. Żeby jednak wiedzieć, jakie kobieta dostała, musiał przeprowadzić rozmowę z bratanicą, gdyż to ona mogła kojarzyć niejaką Camille Delacour. Musiał upewnić się, czy to były kadzidła samodzielnie tu wykonane, czy jedne ze sprowadzonych przez niego ze Skandynawii. Musiał także zebrać jakąś dokumentację od brata i ogarnąć pobieżnie temat. Zapoznać z sytuacją. Był obecnie już oficjalnie bezrobotny. Ale przynajmniej nie zardzewieje na tych starych kanapach i choć unikał, to będzie mógł bratu dosłownie pomóc z tym interesem.

List wziął ze sobą. Na wszelki wypadek. Teczkę z dokumentami, notesem i coś do pisania. Ubrał się odpowiednio jak na spotkanie biznesowe, w ciemny garnitur, kamizelkę i białą koszulę z ciemnym także krawatem. Ciężko było pożegnać się z aurorskim mundurem. Przyszedł czas na zmiany.

Na miejscu był krótko przed czasem. Teleportował się, nieopodal knajpki o nazwie francuskiej. Nie wchodził jeszcze. Skoro miał jeszcze trochę czasu, postanowił pierw zapalić na zewnątrz papierosa. Po jego wypaleniu i zgaszeniu pod butem na chodniku, wszedł do środka. ”Gdzie jest ta blondyna…” – rzekł do siebie w myślach, rozglądając się po pomieszczeniu. Nie było przesadnie dużo ludzi. Szukał kobiety. Samotnie siedzącej, jeżeli tutaj już była. A znajdowały się dwie. Choć, jedna miała już partnera przy stoliku. Więc to nie mogła być ta. Z drugiej strony dostrzegł drugą. Siedziała samotnie. To może ta? Skierował się w jej stronę, podchodząc do stolika.

- Pani Camille Delacour?
Zapytał uprzejmie, posyłając lekki i uprzejmy uśmiech. Trzeba było sprawiać pozory, udawać a może i być sobą? Na pewno uprzejmość grała wielką rolę. Jako auror na swojej drodze miał wiele charakterów. Umiał rozmawiać z każdym. Niejednokrotnie też uczestniczył w spotkaniach towarzyskich.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
28.02.2024, 23:44  ✶  
Camille co jakiś czas zerkała na drzwi, ale szybko zdała sobie sprawę, że to bezcelowe. Przecież nie wiedziała, z kim dokładnie się spotka. Poprosiła co prawda o spotkanie z Mulciberem, ale nie miała zielonego pojęcia, jak on wyglądał. Kim był, jaki był. Margaret była szalenie miłą osobą, może trochę zahukaną, ale miłą - i sumienną, z tego co zdążyła z nią porozmawiać. Ktoś taki nie mógł zostać wychowany przez tyrana, osobę nieuprzejmą, złą. A przynajmniej tak jej się wydawało.

Nie zmieniało to faktu, że nie miała pojęcia, jak Mulciber wygląda, więc szybko dała sobie spokój z wlepianiem oczu w drzwi. Sięgnęła po wino i zwilżyła nim usta. Francuskie, z zaprzyjaźnionej z jej rodziną winnicy. Specjalnie tu przyszła, bo skoro mieli rozmawiać o tym nieszczęsnym wypadku, to równie dobrze mogli to robić przy dobrym winie i jedzeniu. I lawendzie, która koiła nerwy. Akurat odkładała kieliszek z powrotem na blat stolika, gdy podszedł do niej mężczyzna. Blondynka uniosła wzrok i niemal automatycznie przywołała na twarz uśmiech. Wstała, wyciągając dłoń w jego kierunku.
- Zgadza się. Pan Mulciber, prawda? - nie znała jego imienia, liczyła, że się jej przedstawi. Nie wyprowadziła go również z błędu, bo formalnie wciąż była panną. Ale byli w zbliżonym do siebie wieku, a ona nie nosiła obrączki. Nie każdy musiał wiedzieć, że Delacour unikała wiązania się na stałe. Brak obrączki na jej palcu lub chociażby pierścionka mógł sugerować chociażby to, że była wdową. Za wdowy nikt się nie brał, można było wtedy normalnie, kulturalnie rozmawiać. A na tym jej zależało: przecież nie chciała, żeby komukolwiek stała się krzywda. Czułaby się po części za to odpowiedzialna. - Dziękuję, że pan przyszedł.
Blond włosy zafalowały, gdy usiadła z powrotem, lekko przesuwając pudełko z kadzidłami na bok.
- Od razu zaznaczę, że nic wielkiego się nie stało, ale... Chyba pana córka? Przepraszam, nosi pan to samo nazwisko. Margaret, gdy ostatnio rozmawiałyśmy, wręczyła mi to pudełko. W środku znajdują się kadzidła z pańskiego sklepu. Ponoć miały dać ciekawy efekt, przywołać artystyczne wizje? - zaczęła miękko, spokojnym tonem. Nie wyglądała na kogoś, kto miałby zaraz rzucić się na Richarda z pazurami, bo wcisnął jej coś trefnego. Jednak gdy mówiła, że nic wielkiego się nie stało, odruchowo obróciła rękę tak, by siniak znalazł się przy blacie, by pozostał niewidoczny. - Coś jest z nimi nie tak. Kadzidła, których do tej pory używałam, służyły do zupełnie czego innego. Nie dawały takich efektów. Teraz jednak zapaliłam jedno z nich, a pół godziny doznałam tak silnej wizji, dziwnego przypływu sił i jednocześnie ich odpływu, że upadłam. W głowie miałam tysiące obrazów, ale żaden z nich nie był tym, czego mogłabym się spodziewać, panie Mulciber. Były niezwykle niepokojące, a jednocześnie odebrały mi zdolność ustania na własnych nogach.
Spoważniała. Nie chciała dzielić się z nim wizjami, których doznała, o ile to w ogóle były wizje. Nigdy ich nie doświadczała, była na nie bardzo odporna, ale te kadziła przywołały jej najgorsze lęki. Tragiczne wspomnienia i wyobrażenia. Wyciągnęły rzeczy, które miały pozostać na zawsze zakopane. A przecież nie taki miał być efekt, prawda? Do pomyłki też nie mogło dojść, bo kto sprzedawałby takie rzeczy? Na pewno nie oni, prawda?
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#4
29.02.2024, 15:59  ✶  

Podobny problem miałby Richard, gdyby nie podpytał bratanicy o wygląd jej klientki, z jaką ostatnio się spotkała i sprzedała jej towar. Podobno wręczyła jej w prezencie kadzidełka, które okazały się być niezadowalające? Żeby nie stracić klienta, a byli na wagę złota, zgodził się to załatwić. Tak więc, zjawiając się we wspomnianej knajpie, wszedł do środka i odszukał blondynę. Podchodząc, zapytał. I jak widać, trafił dobrze.

- Tak. Richard Mulciber.
Przedstawił się i uścisnął kobiecie dłoń. Może i ona nie miała obrączki, ale on swoją posiadał, na palcu prawej dłoni, co by też symbolizowało, że jest wdowcem. Mógł zdjąć i nie nosić, ale jakoś tak nie przeszkadzało mu jej noszenie. Przyzwyczaił się i jeżeli faktycznie wieść głosiła, że za wdowcami nikt się nie ogląda, tym lepiej i korzystniej dla niego.

Gdy uprzejmości zapoznawcze mieli za sobą, wskazał kobiecie, aby spoczęła ponownie na swoim miejscu. On zaś usiadł naprzeciwko niej, na bok odkładając swoją teczkę z dokumentami, na wolnym siedzeniu.

- Dla swoich klientów zawsze znajdziemy czas.
Zapewnił. Darząc ją uprzejmym uśmiechem. Trudno stwierdzić, czy grał, ale też był częściowo sobą. Szanował to, że kobieta od razu przeszła do rzeczy. Nie owijała w bawełnę. Oparł przedramiona o blat stolika i splótł ze sobą palce dłoni, słuchając pannę Delacour uważnie. Analizował i zapamiętywał jej słowa. Zgadzało się wszystko, że bratanica obsłużyła ją ostatnim razem i wręczyła przedmiot, jaki leżał prawdopodobnie tutaj na stoliku.

W czasie kiedy kobieta zrobiła przerwę podeszła kelnerka, chcąc zapewne przyjąć od niego zamówienie. Richard od razu odprawił prosząc tylko o czarną kawę. Jeżeli zechcą zamówić coś jeszcze, zawołają. Wtedy też Camille mogła kontynuować.

Mulciber obserwował Delacour, jej zachowanie, mowę, mimikę i to jak próbowała ukryć siniaka na przedramieniu. Lekko zmarszczył brwi. Ale nie spotkali się w celu omawiania jej śladów przemocy. Tylko w sprawie problemu z towarem. Czy może te barwy na skórze, były wynikiem skutków ubocznych kadzideł? Wątpił.

- Być może ten rodzaj kadzideł, nie wpływa odpowiednio na Pani organizm. Z kolei na inną osobę, może działać z odpowiednim efektem, tak jak zostało to Pani przedstawione. Zdarza się, że za pierwszym razem, skutki uboczne mogą być bardziej odczuwalne niż za kolejnym.
Wyjaśnił, to co sam wiedział na temat kadzideł. Wiedzę posiadał podstawową, przez wzgląd na transport, musiał wiedzieć co sprowadza. Rodzaje, działanie, składniki, efekty. Wszystko. Choć nie przepadał za zakuwaniem wiedzy, to jednak zmuszał się do tego, aby być bardziej przydatnym w sklepie i handlu rodzinnym.
- Margaret, to moja bratanica. Jest jeszcze młoda i być może nie wiedziała, iż ten rodzaj kadzideł może Pani nieco zaszkodzić. Proszę o wyrozumiałość dla młodej dziewczyny, która jeszcze się uczy. Z Pani uwag rozumiem, że użyła ich Pani tylko jeden raz i nie podjęła kolejnej próby? 
Zadał pytanie oraz wyjaśnił przy okazji kwestię powiązań rodzinnych. Nie chciał bratanicy przypisywać sobie jako swoją córkę, kiedy nie miał tego ustalonego z bratem a na tym spotkaniu był jako on sam. Liczył na wyrozumiałość Camille, że nie będzie miała za złe dziewczynie. Kadzidła ją nie zabiły. Ale może pokazały jej prawdziwe obawy? Lęki? Może miały mieć taką rolę?
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
29.02.2024, 21:18  ✶  
Nie umknął jej fakt, że Richard nosił obrączkę nie na tej dłoni, na której powinien. Ale szybko jednak przeszła do rzeczy, bo rozwiązanie tego tematu było czymś, na czym jej bardzo zależało. Bo przecież gdyby faktycznie z kadzidłami było coś nie tak, to takich przypadków mogłoby być więcej. Dużo więcej - w zależności od tego, jak wiele ich by rozprowadzili. A Mulciberów poleciła jej koleżanka z Munga, która również korzystała z ich usług. Oczywiście Delacour nie poleciała do niej jako pierwszej, bo to by było... Niepotrzebne. Zrobiłaby niepotrzebne zamieszanie, sprawiła że być może straciliby klientkę? A nie chciała tego, nie była przecież blond flądrą, która zrobi raban tylko po to, by "porozmawiać z kierownikiem" i pogrozić, że ich zniszczy. Jeżeli to błąd, to da się go naprawić. Ale również dopuszczała do siebie myśl, że to z nią coś może być nie tak. Kelnerce pokiwała głową, że nie potrzebuje dolewki i nie potrzebuje nic innego. Westchnęła za to, gdy usłyszała wyjaśnienia Richarda. Niby tak, ale...
- Być może faktycznie tak jest - przyznała, przesuwając pudełko w stronę Richarda. W zamyśleniu ujęła kieliszek z winem i upiła niewielki łyk, wpatrując się w oczy Mulcibera. Być może naprawdę tak było, zwłaszcza jeśli nigdy do tej pory nie korzystała z takich wspomagaczy. Delacour westchnęła, ostrożnie odkładając kieliszek w to samo miejsce, z którego go zabrała. - Ale widzi pan... Nie mogę przejść obojętnie obok tego, że jednak coś takiego miało miejsce. Pracuję w Świętym Mungu, rozumie więc pan, że to po części mój obowiązek jako uzdrowiciela, prawda? Upewnić się, że to po prostu pomyłka, trefna partia. Albo mój trefny organizm.
Gdy wspomniał, że to bratanica, blondynka kiwnęła głową ze zrozumieniem. Łatwo było wyciągnąć złe wnioski.
- Bratanica, przepraszam. Ależ absolutnie nie mam jej tego za złe! - uśmiechnęła się jakby przepraszająco, bo przecież nie chciała, by tak to zabrzmiało. Camille złączyła dłonie na stoliku, przed sobą, a potem lekko się nachyliła. - Nie chcę, żeby mnie pan źle zrozumiał. Wasze świece sprawdzają się doskonale, nie jest moją intencją, by teraz próbować coś ugrać dla siebie, bo zdarzyła się pomyłka. Jedyne, o co mi chodzi, to wykluczenie możliwości, że jedna partia kadzideł może zagrażać ludzkiemu zdrowiu.
Starała się mówić spokojnie, przyjaznym tonem. Dorzuciła do tego także piękny, promienny uśmiech, całkiem niewinny, tak jak ostrożne spuszczenie wzroku. Nie, ona nie grała głupiej - grała małego aniołka, który jest tak zatroskany ludzkim losem, że musi się upewnić, że wszystko jest w porządku. Bo tak po prawdzie to nie interesowały ją inne osoby, ale zupełnie co innego. Richard już o tym wspominał, ale przecież nie mogła mu powiedzieć, że interesował ją efekt wyłącznie na sobie samej.
- Tak, użyłam ich raz. Nie podjęłam kolejnej próby, ponieważ nie wiem, jak to by mogło się skończyć. Żeby zrobić coś takiego, potrzebowałabym kogoś obok siebie, by w razie czego mógł kadzidło zgasić, przewietrzyć pomieszczenie i wezwać pomoc - byłaby skończoną idiotką, gdyby po czymś takim próbowała znowu.
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#6
01.03.2024, 00:10  ✶  

Zanim przejdzie do zareklamowania towaru, na początek postanowił wyjaśnić pewne kwestie związane z kadzidłami. Każdy organizm może odbierać ich działanie różnie. Dlatego pierw chciał wybadać temat z punktu widzenia klientki. Co jak widać, przyjęła do wiadomości, że jej organizm mógł źle reagować. Mimo wszystko, kobieta brnęła dalej w swoje. Aż w miedzy czasie kelnerka zdążyła przynieść mu kawę i postawić na stoliku. Richard skupiał się na słowach pani Delacour, która jak się okazało, jest pracownicą szpitala Świętego Munga. Bardzo ważna informacja. Cenna znajomość, którą warto wypielęgnować. Mieć po swojej stronie.

- Z całym szacunkiem, Panią rozumiem.
Odpowiedział jej na tyle uprzejmie, na ile było go stać. Zachowywał także odpowiednią cierpliwość do sytuacji i samej rozmowy. Lata w służbie aurorskiej na coś też się przydały.

Bratanicę przed nią usprawiedliwił, więc Margaret w sumie była bezpieczna. Wykonała swoją robotę, jak umiała. Nadal się uczyła. Do jej tematu już nie musieli w sumie wracać. Cała uwaga była skupiona na tych nieszczęsnych kadzidłach.

Kobieta brnęła w temat dalej. A Richard z cierpliwym lekkim uśmiechem ją słuchał. Przynajmniej chwaliła świece, skoro nie podchodził jej ten pakiet kadzideł. Przysunięte pudełko, Richard wziął w swoje dłoń, otworzył i postanowił samemu wybadać ich wygląd, powąchał nawet, jakby chciał sprawdzić intensywność zapachu i użytej mieszanki. Może za dużo dodano jednego ze składników? Co spowodowało zbyt mocne działanie? Kto wie. Zamknął pudełko i odłożył na bok, po swojej stronie. Uznając, że najpewniej towar ze sobą zabierze.

Zbytnio nie zwracał uwagi na jej promienny uśmiech. Jeżeli próbowała jakoś na niego wpłynąć, to niestety na Richarda żadne podrywy, słodkie oczka, promienne uśmiechy nie działały. Nie był niestety typem romantyka.

- Rozumiem.
Przytaknął na jej odpowiedzi, a także wcześniejsze wyjaśnienia. Miał na to rozwiązanie. Był przygotowany. Sięgnął do swojej teczki z dokumentami, w której wyjął odszukany dokument, a także przyrząd do pisania.
- Jeżeli chce Pani zwrócić towar, przyjmę go. Prosiłbym zatem o wypełnienie tego dokumentu, będącego reklamacją towaru. Opisania powodu i odczuwalnych skutków ubocznych. Ułatwi to nam przesłanie opinii naszym wytwórcom, aby mieli na uwadze takie przypadki. Jak Pani sama powiedziała, dla dobra innych osób. W ramach przeprosin, przyślemy sową sprawdzony towar.
Ze spokojem, poprosił i podał jej wspomniane materiały i zaproponował w ramach przeprosin wysłanie sprawdzonego towaru. Na dokumencie znajdowało się kilka pól do wypełnienia, jak dane personalne, adres zamieszkania, nazwa towaru jaki jest do zwrotu, powód i ostatnia jako informacja dotycząca będąca uwagami, do szerokiego opisania. Jeżeli miała czas, mogła tego wypełnienia dokonać na miejscu. Mieliby formalności załatwione. Na końcu wystarczyłoby jedynie złożyć podpis z datą.

Czy szanowna Pani Delacour, przystanie na taką propozycję? Zgodzi się współpracować na tej zasadzie, aby podzielić swoimi problemami? Uwagami na papierze, dotyczącymi wady działania kadzidlanego dymu? Richard już wiedział, że ten egzemplarz raczej do kosza nie poleci. Może okazać się przydatny, jeżeli faktycznie ma takie negatywne działanie dla ludzkiego organizmu. Może się przydać gdzie indziej.

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#7
01.03.2024, 00:44  ✶  
Czy Delacour próbowała jakkolwiek wpłynąć na Richarda? Bynajmniej. Bo nie chodziło o niego, a o nią. O jej fasadę, maskę, figurę troszczącej się o innych kobiety, która przecież robi to wszystko wyłącznie po to, by zadbać o dobro innych. O pewien skrzętnie budowany obraz, malowany starannie przez lata. Tak było łatwiej i bezpieczniej, szczególnie w tych czasach. W szpitalu mogła pozwalać sobie na więcej - na pewne grymasy, niezadowolenie. Bezkompromisowość. Ale jednocześnie Delacour była upierdliwa jak jasna cholera, a to była cecha charakteru, której nie dało się zmienić. Żyła po to, by drążyć, odkrywać nieznane, ślęczeć całymi miesiącami nad jedną sprawą tylko po to, by znaleźć rozwiązanie - szukała odpowiedzi i jeśli coś ją zainteresowało, potrafiła zrobić absolutnie wszystko, by osiągnąć cel. I teraz też nie zamierzała odpuszczać. Richardowi wydawało się to nie przeszkadzać, ale nawet gdyby było inaczej - nie zamierzała mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.

Dzisiaj celem było dojście do pewnego kompromisu. Zbadanie tego, co ją zaniepokoiło, uzyskanie odpowiedzi, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nikt nie byłby w stanie odpowiedzieć jej z miejsca, co właściwie zaszło z tymi cholernymi kadzidłami. Na to potrzeba było czasu, sprawdzenia wszystkich wątków, zrobienia kroku w tył i spojrzenia z zupełnie innej perspektywy. Gdy podsunął jej formularz, lekko przekrzywiła głowę. Pobieżnie przeleciała po nim wzrokiem, dłużej zatrzymując się na niektórych elementach, które w szczególności ją zaintrygowały. Wyjątkowo nie były to rzeczy, takie jak skutki uboczne. Delacour zawiesiła wzrok na informacjach personalnych, na chwilę przygryzając dolną wargę. Maska pękła, ukazując kobietę skupioną, analizującą ryzyko. Wcale nie taką słodką i głupią, jak zapewne wiele osób myślało. Błędnie, bo sam fakt, że pracowała tyle lat w Mungu, był wystarczającą wskazówkę, że Camille nie była idiotką. Trwało to zaledwie chwilę, ale było zauważalne. Zaraz jednak jej usta ponownie rozciągnęły się w słodkim uśmiechu, a dłoń sięgnęła do torebki, przewieszonej przez oparcie krzesła. Camille wyciągnęła z niej długopis, jasny i stylizowany na pozłacany, porządny i wyglądający na solidny. Zawsze go ze sobą nosiła, chociaż praktycznie nigdy z niego nie korzystała.
- To żaden problem, cieszę się, że podchodzicie do tego poważnie, to ważne przy regularnej współpracy, jak nasza - powiedziała spokojnie, najpierw zaczynając od skutków ubocznych. Zawroty głowy, zaburzenie widzenia i równowagi, upadek, brak władzy w kończynach. Przerażające wizje, przywołujące nieprawdziwe objawy, tak realne, że nie jest pewna, czy wtedy nie krzyczała. Obrazy, które widziała, porównała do malarstwa pewnego polskiego malarza, Zbigniewa Beksinskiego. Nie miała pojęcia, czy Mulciberowie byli zaznajomieni ze sztuką, szczególnie tak mroczną i młodą, bo przecież artysta zaczął tworzyć w 64 roku. Nie był znany, a Polska była dziurą, do której nigdy by nie chciała trafić. Między innymi przez niego właśnie. Po chwili zastanowienia postanowiła wymienić też Dalego, podkreśliła też słowo "surrealistyczne" przy wizjach. Dodatkowo zaznaczyła, że doszło do upadku, który na szczęście życiu nie zagrażał, ale wystarczyło by była trochę dalej, i mogło się skończyć tragedią. Następnie przeszła do wypełniania reszty dokumentu. Miała równe, ładne pismo i wcale a wcale się nie spieszyła. Podała imię i nazwisko, a przy adresie się nawet nie zawahała.

Bo podawała adres miejsca, które dzieliła z koleżanką. Nie była kimś, kto sprzedawał się z takimi informacjami tak łatwo. Podała miejsce, w którym pracowała dodatkowo, na ulicy Pokątnej. Nie musiał o tym wiedzieć. W zasadzie to nawet nie podejrzewała, że ktokolwiek by wykorzystał informację o jej miejscu zamieszkania, ale strzeżonego Matka strzeże. Wystarczająco dużo facetów ją nachodziło przez te lata, to wszystko wynikało z ostrożności i jakiegoś odruchu, by pozostawić pewne kwestie poza zasięgiem obcych ludzi. Adres, który podała, zgadzał się z adresem, który podała Margaret. Kobieta nie była u niej w domu, nie była też u niej w pracowni. Wszystko wyglądało w porządku na papierze.
- Dziękuję za propozycję, ale myślę, że wysyłanie kolejnych kadzideł nie będzie koniecznie - powiedziała uprzejmie, odkładając długopis na blat stolika. Lekkim ruchem przesunęła papier w stronę Richarda. Nie zabrała jednak ręki. Jej palce wciąż dociskały formularz do blatu stolika. Uniosła spojrzenie, by pochwycić wzrok Mulcibera. W jej oczach czaiła się wyłącznie powaga, której nawet najpiękniejszy uśmiech nie był w stanie przegonić. Jak burzowe chmury, które przesłaniały niebo tuż przed katastrofą. - Czy mogę liczyć, że poinformujecie mnie o tym, czemu tak się stało?
Zapytała, przekrzywiając lekko głowę. Bo o to jej przecież chodziło. Jeżeli coś było nie tak z nią samą, to wolałaby wiedzieć wcześniej niż później. Być może poprosiłaby kogoś, by zbadał tę sprawę. Kogoś zaufanego, chociaż nie miała wokół siebie wielu takich osób.
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#8
01.03.2024, 01:35  ✶  

Kobiety to przebiegłe bestie. Trzeba było nawet w takich interesach, uważać o czym z nimi rozmawia się, jak prowadzi kompromis, kiedy potrafią bardzo dużo gadać, jeżeli nie narzekać. Camille mówiła dużo. Tłumaczyła swoje obawy związane z użytkowaniem tego rodzaju kadzideł, jakie otrzymała od ich rodziny w prezencie. W gratisie? Mogło to brzmieć także jako eksperyment.

Richard jest tym typem mężczyzny, który nie daje się nabrać na kobiece gierki. Nie ulegał ich urokowi, uroczych spojrzeń i uśmiechów. Uważnie obserwował Panią Delacour, która po otrzymaniu możliwego wypełnienia formularza, zastanawiała się nad tym w skupieniu. Dostrzegł to. Nie była pierwszą lepszą, która od razu bez zastanowienia się za to weźmie. Miał nawet przygotowany swój czarny długopis. Ale skoro wolała wypełniać swoim, nie miał nic przeciwko. Przy czym pozwolił sobie sięgnąć po swoją kawę i upić łyk, dając jej czas na uzupełnienie poszczególnych pól informacyjnych. Była widocznie ostrożna. Analizująca. Nie umknęło to jego uwadze. Nie odzywał się. Pozwalając jej skupić się, zebrać myśli. Rozumiał obawy, że może to zostać inaczej wykorzystane niż powinno. Nie powinna się tym martwić. Na tym przecież budowało się relację między klientem a sprzedawcą.

Podjęła decyzję.

Odstawił filiżankę z kawą, kiedy wyraziła swoje zdanie na temat tej współpracy. Pozwolił jej w spokoju wypełnić formularz. Nie był chamem, więc nawet nie zaglądał co tam wypisywała. W miedzy czasie, wyjął z teczki swój podręczny notes, otwierając na pustej stronie. Jakby przygotowywał się do kolejnych etapów rozmowy na temat wysłania poprawnego towaru. Kobieta jednak odmówiła. Nie może tak być.

- Proszę pozwolić naprawić nam ten błąd. To nic nie będzie Panią kosztować. Zachęcam.
Nalegał, dość uprzejmie z kulturą. Nie naciskał, ale chciałby zrekompensować się jej tym błędem z ich małej rodzinnej firmy, interesu. Klienci byli na wagę złota. A przecież też potrzebowali pieniędzy. Jeżeli Camille się zgodzi, będzie mógł przejść do kolejnego etapu ich umowy, realizacji reklamacji towaru.
Formularz został wypełniony. Niemal został przysunięty w jego stronę, ale kobieta swojej dłoni nie zabrała, jakby tego dokumentu, pilnowała. "Cwana baba…" – przeszło mu przez myśl. Pozostawał jednak w nastroju i uprzejmości niezmieniony.
- Naturalnie. Poinformujemy. Zaraz zapiszę, aby o tym pamiętać.
Zapewnił ją ze spokojem w głosie, aby zaufała mu. Uwierzyła, że takową wiadomość dostanie. Także dotknął formularza, jakby chciał go odebrać, a przy okazji, zajął się zaraz spisaniem zlecenia. Ktokolwiek z nich się tego podejmie, Camille dostanie wiadomość.
Nawet ujął w lewą dłoń swój długopis i zapisał na czystej stronie. Jej imię i nazwisko, oraz zadanie, jakie trzeba wykonać. "Poinformować, dlaczego doszło do pomyłki z kadzidłami". Lepiej aby sami to szybko ogarnęli, jeżeli nie chcieli mieć narzuconej z dupy kontroli.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#9
01.03.2024, 01:58  ✶  
Nie cofnęła swojej ręki mimo faktu, że Richard już położył na nim dłoń. Patrzyła mu w oczy długo, jakby chciała z nich wyczytać cokolwiek poza uprzejmością. Mulciber zachowywał się tak, jak typowy sprzedawca. Był uprzejmy, zdystansowany. Przekonywał, obiecywał i zachęcał. Na takich trzeba było uważać, bo przecież... To było ich życie i ich praca, zarabiali na tym. Byli doskonałymi kłamcami i potrafili się maskować. Ale tutaj blondynka miała przewagę nad Richardem: ona była klientką, więc nie mógł jej rzucać kłamstwami prosto w twarz. Nie to, że w razie czego by go znalazła i wydusiła prawdę. Zapewne każdemu z tak niewielkim biznesem zależało na tym, by z klientami utrzymywać dobre stosunki.

Camille uśmiechnęła się lekko i cofnęła rękę, pozwalając Richardowi zabrać formularz. Ustne zapewnienie powinno jej wystarczyć, zwłaszcza że Mulciber coś jeszcze zapisał na osobnej kartce.
- Dziękuję. To wiele dla mnie znaczy - powiedziała, opierając plecy swobodnie o oparcie krzesła. Lekko wydęła usta, powracając do nalegania, by przyjęła kolejną partię. Nie była pewna, czy powinna to robić. Nie chciała w ogóle używać tych kadzideł, co najwyżej komuś sprezentować. Tak jakoś wyszło, że odpaliła jedno i... Samo się potoczyło dalej. Delacour zabębniła paznokciami w blat stołu. Były niepomalowane, ale zadbane, idealnie obcięte na krótko i opiłowane. Ona sama zresztą nie miała na twarzy mocnego makijażu, pomalowane paznokcie nie pasowałyby do jej wizerunku. Zresztą i tak nie powinna ich ozdabiać w ten sposób, pracując w szpitalu. - Tu nie chodzi o koszty.
Powiedziała w końcu, zmieniając pozycję. Sięgnęła po kieliszek, ale nie podniosła go do ust. Obróciła go lekko, trzymając za nóżkę. Wpatrywała się w białe wino, rozbijające o ścianki szkła.
- Użyłam go z ciekawości, nie potrzebuję ich w życiu, chociaż efekt, który miały wywoływać, na pewno jest ciekawy. Ale widzi pan... Co, jeśli to nie kadzidła są problemem? Co, jeżeli znowu wywołają taki a nie inny efekt, bo po prostu nie powinnam ich używać - nigdy i nigdzie? Zrobię mały krok nie tam, gdzie powinnam, a w efekcie zamiast siniaka będę miała rozbitą głowę? - zapytała, zerkając na Mulcibera. To były realne obawy, bo przecież nikt nie da jej gwarancji, że to się nie powtórzy. Do tej pory używała wyłącznie kadzideł rytualnych. - Co prawda miałam do czynienia już wcześniej z kadzidłami, ale potrzebne były do rytuałów. Nie wpływają one bezpośrednio na osobę, a po prostu ułatwiają pracę.
Być może zdradzała więcej, niż powinna, ale z drugiej strony całkiem sporo osób wiedziało, że Delacour zajmuje się też łamaniem klątw. Nie robiła z tego jakiejś wielkiej tajemnicy, nie musiała więc robić tego również teraz.
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#10
01.03.2024, 02:34  ✶  

Nie odpuszczała. Widział to w jej oczach, zachowaniu, że nie puściła nawet tej kartki, jaką przyszło jej wypełnić. Richard, zachowywał się jak typowy sprzedawca. Oczywiście. Warto jednak wspomnieć o tym, że Richard był aktorem. Urodzonym czy nie. Wyszkolonym samodzielnie a także kłamcą. Posiadał wieloletnie w tym doświadczenie, które pozwalało mu dopasować się do każdej sytuacji. Umiejętne zakładanie różnych masek swojej osobowości. Były to jego mocne strony, dzięki którym mógł osiągnąć cokolwiek, do czego zmierzał. Tutaj starał się być uprzejmym sprzedawcą, próbującym znaleźć kompromis. Zrekompensować pomyłkę, błąd jaki mógł doprowadzić do uszczerbku na zdrowiu i życiu klienta. Był cierpliwy.

Puściła. Przysunął do siebie formularz, odwrócił aby spojrzeć na jego zawartość, czy zostało wszystko dobrze wypełnione. Uwag nie miał. Złożył na nim jedynie swój podpis, jako dowód na to, że to on przyjął jej tak zwaną reklamację towaru. Odłożył dokument na razie na bok, skupiając się na dalszej rozmowie z Panią Delacour. Zeszyt miał przed sobą, w lewej dłoni długopis, druga ręka swobodnie spoczywała na stole, mając skupienie na słowach kobiety. Wyjaśniła mu zaistniały problem z tymi kadzidłami. Zrozumiał, że z ich sklepu bardziej odpowiadały jej świece. Kadzidła rytualne też powinni posiadać. Przynajmniej tak pamiętał, jak sprowadzał towar ze swoich stron.

Długopis ujął w obie dłonie, obracają go. Myślał, analizował. Co może jej zaproponować. Szukał rozwiązania, aby ta współpraca trwała nadal.

Gestem głowy wskazał na ślad na jej przedramieniu.

- To efekt upadku po zapaleniu tego kadzidła?
Zapytał. Mając na myśli tego siniaka, o którym wspomniała, a jego bystre spojrzenie zarejestrowało go wcześniej. Jeżeli by potwierdziła, miał kolejny dowód.
- Kadzidła mają w sobie taką moc, energię w wyłaniającym się przez nich dymie, które mają różne działania. Relaksujące. Pobudzające. Usypiające. Regenerujące. I wiele innych. Być może ten gatunek był dla Pani zbyt mocny. A gdybym zaproponował coś łagodniejszego. Mieszankę drzewa sandałowego z jaśminem? Bądź typowo kwiatowe jak lawendę? Róża?
Zaproponował.
- Nie będę naciskał. Absolutnie. Ale chciałbym, aby Pani dała nam jeszcze szansę. Rytualne kadzidła także posiadamy.
Posłał jej lekki uśmiech, cały czas zachowując się wobec niej wyrozumiale, uprzejmie, grzecznie, z kulturą, cierpliwie. Być może i dla niego to była jakaś lekcja innej pracy z klientami. Dwa różne światy, w jakich się obracał.  Z aurora, do współwłaściciela sklepu rodzinnego.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (3841), Richard Mulciber (2948)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa