Czym jednak była sukienka od Rosiera w porównaniu do tego, po co właśnie sięgali w te kilka osób? Niczym. Dobrem materialnym, które zostanie zeżarte przez mole lub oblane ponownie winem na kolejnym przyjęciu rodzinnym.
Rodolphus nakreślił kilka zdań i odesłał sowę, uprzednio dając jej coś do jedzenia i gładząc po piórach. Sowy były zastępowalne, wadliwe, ale jednocześnie chyba żaden czarodziej nie chciał się ich pozbywać. Piekielnie inteligentne ptaki, prawie jak kruki. Lestrange westchnął i przetarł twarz dłonią. Grał w swoją własną grę, której zasady znał tylko on. Ale musiał dopasować się do zasad, które wyznaczał mu Robert. I okoliczności, bo przecież wciąż mieszkał nie u siebie. Odruchowo tylko poinformował Traversa, że jutro również wychodzi i by na niego nie czekał, bo nie wie kiedy wróci. I tyle. Ten człowiek miał więcej cierpliwości, niż ktokolwiek inny na tym świecie.
(...)
W Złotych Łukach zjawił się chwilę przed 7 wieczorem. To Abbott go zaprosiła, lecz przeczuwał, że nie będzie to lokal, który wymagał rezerwacji. Miał rację. Gdy wszedł do środka, z trudem opanował skrzywienie się. To nie było miejsce, do których był przyzwyczajony. Nie odpowiadało mu tu wszystko: od zapachu, przez wystrój aż po klientelę. Domyślał się jednak, że dla ludzi pokroju Marie to mogła być całkiem dobra restauracja, która nie zrujnuje jej budżetu. Szkoda, że nie zostawiła wyboru miejsca jemu, ale nie ośmielił się tego proponować. W tej kwestii to Marie musiała czuć, że ma nad wszystkim kontrolę. Zajął więc miejsce, kelnera poinformował że czeka na Marie Abbott i wsparł łokieć na blacie stolika. Jego oczy wodziły po wystroju, dziwnie szarym i smutnym miast czerwono-złotym, którego się spodziewał. Były tu nawet elementy naturalnego, ciepłego drewna, przywodzące na myśl uniwersalny wystrój ze Skandynawii. Ciekawe połączenie, chociaż zupełnie nie w jego stylu. Jakby na siłę starano się sprawić, by to miejsce było dla każdego. A jak jest dla każdego, to jest dla nikogo.