09.12.2022, 04:31 ✶
Można było spokojnie powiedzieć, że do swojej pracy podchodził jak do większości rzeczy w swoim życiu - jeśli coś nie przynosiło mu bezpośrednich korzyści, to niekoniecznie chciał sobie tym zawracać głowę czy tracić na to energię. Lubił grać, a jeszcze bardziej lubił wygrywać i jeśli ktoś nie był w stanie dotrzymać mu kroku, to pozostawał tylko i wyłącznie znajomą twarzą w tłumie. Większość pracowników departamentu przestrzegania praw czarodziejów była sztywna i niereformowalna pod tym względem, nawet aurorzy, czego wspaniałym przykładem był Orion, a przynajmniej zdaniem Atreusa.
Nigdy by się też do tego nie przyznał, ale już Florence była według niego bardziej rozrywkowa.
- Na twoim miejscu bym to rozważył, bo zdobycie odpowiedniej partii może być jakąś bartą przetargową na szczeblach kariery, kto wie? - wzruszył ramionami, jednak jednocześnie uśmiechnął się do niej nonszalancko. Na pewno lubił w niej to, że wykazywała ambicje. Lubił też myśleć, że miała to po nim, nawet jeśli brzmiało to po prostu śmiesznie i bzdurnie, bo to ona w ich duecie była tą, która miała większy wpływ w kształtowaniu charakterów, nie na odwrót.
Miałą też rację, że na eliksir postanowiła machnąć różdżką, bo pomimo pozornego spokoju, tylko czekał na to kiedy mógłby z pokoju czmychnąć. Kiedy jednak podała mu buteleczkę, przyjął ją nawet bez kręcenia nosem.
- Na zdrowie - uniósł ją na moment, jak do toastu, by zaraz przechylić i wypić jej zawartość na raz. Skrzywił się nieco, beknął (przez resztkę przyzwoitości odwracając przy tym głowę), by wreszcie oddać jej fiolkę i z wyraźnie zadowolonym wyrazem twarzy przyjąć naklejkę. - Piękna. Dodam do kolekcji - tych wszystkich innych naklejek, które wyłudził od niej za każdym innym razem, kiedy akurat znalazł się w szpitalu i nie udało mu się przed nią uciec.
- Sklep z miotłami, powiadasz? Niech będzie, zajrzę tam chociaż jeśli jest jak mówisz, to pewnie już dawno stoi na wpół ogołocony - wzruszył ramionami, podnosząc się z kozetki i poprawiając mundur, by prezentować się lepiej jak gorzej. - Jak wyglądam? - zapytał, kiedy skończył, ale nawet nie pozwolił jej odpowiedzieć. - Świetnie, wiem. Geny ojca robią swoje. Dzięki wielkie, mam nadzieję, że już nigdy więcej nie trafisz na mnie w szpitalu - wyrzucił z siebie standardowe zapewnienie, którym raczył ją chyba za każdym razem w podobnej sytuacji. Odwrócił się też w kierunku drzwi, chcąc faktycznie jak najszybciej opuścić Munga i wrócić do pracy. Zatrzymał się jednak na moment, kiedy znalazł się przejściu - I też na siebie uważaj - rzucił jeszcze i ruszył przed siebie szybkim krokiem. Nawet jeśli znajdowała się w szpitalu, a nie na trasie marszu... cóż... różne rzeczy mogły się jeszcze wydarzyć.
Nigdy by się też do tego nie przyznał, ale już Florence była według niego bardziej rozrywkowa.
- Na twoim miejscu bym to rozważył, bo zdobycie odpowiedniej partii może być jakąś bartą przetargową na szczeblach kariery, kto wie? - wzruszył ramionami, jednak jednocześnie uśmiechnął się do niej nonszalancko. Na pewno lubił w niej to, że wykazywała ambicje. Lubił też myśleć, że miała to po nim, nawet jeśli brzmiało to po prostu śmiesznie i bzdurnie, bo to ona w ich duecie była tą, która miała większy wpływ w kształtowaniu charakterów, nie na odwrót.
Miałą też rację, że na eliksir postanowiła machnąć różdżką, bo pomimo pozornego spokoju, tylko czekał na to kiedy mógłby z pokoju czmychnąć. Kiedy jednak podała mu buteleczkę, przyjął ją nawet bez kręcenia nosem.
- Na zdrowie - uniósł ją na moment, jak do toastu, by zaraz przechylić i wypić jej zawartość na raz. Skrzywił się nieco, beknął (przez resztkę przyzwoitości odwracając przy tym głowę), by wreszcie oddać jej fiolkę i z wyraźnie zadowolonym wyrazem twarzy przyjąć naklejkę. - Piękna. Dodam do kolekcji - tych wszystkich innych naklejek, które wyłudził od niej za każdym innym razem, kiedy akurat znalazł się w szpitalu i nie udało mu się przed nią uciec.
- Sklep z miotłami, powiadasz? Niech będzie, zajrzę tam chociaż jeśli jest jak mówisz, to pewnie już dawno stoi na wpół ogołocony - wzruszył ramionami, podnosząc się z kozetki i poprawiając mundur, by prezentować się lepiej jak gorzej. - Jak wyglądam? - zapytał, kiedy skończył, ale nawet nie pozwolił jej odpowiedzieć. - Świetnie, wiem. Geny ojca robią swoje. Dzięki wielkie, mam nadzieję, że już nigdy więcej nie trafisz na mnie w szpitalu - wyrzucił z siebie standardowe zapewnienie, którym raczył ją chyba za każdym razem w podobnej sytuacji. Odwrócił się też w kierunku drzwi, chcąc faktycznie jak najszybciej opuścić Munga i wrócić do pracy. Zatrzymał się jednak na moment, kiedy znalazł się przejściu - I też na siebie uważaj - rzucił jeszcze i ruszył przed siebie szybkim krokiem. Nawet jeśli znajdowała się w szpitalu, a nie na trasie marszu... cóż... różne rzeczy mogły się jeszcze wydarzyć.
Koniec sesji