08.03.2024, 04:01 ✶
Ta kuchnia wymagała remontu. Wymagała go jeszcze długo przed tym jak ich pies urwał drzwiczki jednej z dolnych szafek a na dwóch nogach od stołu pozostawił ślady zębów. Wymagała go także przed tym, jak ich pies zrobił dziurę w dywaniku. I wymagała go również wtedy, gdy Ulysses wreszcie przeniósł do tego domu wszystkie swoje rzeczy. I wcale nie chodziło o to, że czuł się w niej nieswojo i dostawał apopleksji, gdy ich pies, w przypływie wilczego głodu pożerał karmę z miski z takim apetytem, że przy wtórze mlasków i pomruków, metal głośno uderzał o ceramiczne kafelki i uszkadzał je coraz bardziej.
Wymagała remontu, bo była ciemna, ponura, jakby wycięta z minionej epoki, a na pewno nie przystawała do realiów, w których mieli z niej korzystać dwaj dorośli mężczyźni, jeden żywiołowy pies i ani jedna kobieta. Zielona falbanka w węże nad piecykiem musiała zniknąć. Wiekowe, żeliwne garnki także. I ta przeklęta cerata w kwiatki, którą pani Shafiq musiała zakupić w przypływie szaleństwa. I zasłonki w złote węże. I kolekcja gipsowych królików.
- Brąz, zieleń i biel – powiedział Ulysses. Chciał, by jego głos nie brzmiał krytycznie, ale nie był w stanie nie patrzeć z rozczarowaniem w oczach na ich psa, który obgryzał właśnie ulubiony patyk, przy okazji rozrzucając dookoła siebie (i znowu na tym nieszczęsnym dywaniku) ślinę i kawałki połamanego drewna.
Stał obok Cathala w kuchni i trzymał w dłoniach filiżankę z jeszcze parującą od ciepła czarną herbatą. Ubrany był jak na siebie bardzo… nietypowo, bo tym razem nie miał na sobie garnituru, ale jasną koszulkę polo i tweedowe spodnie. Wyglądał raczej jak człowiek, który za chwilę pójdzie grać w golfa ze swoimi bogatymi znajomymi, niż jak ktoś rozmawiający na poważnie o remoncie kuchni.
Ale Ulysses był w tym momencie śmiertelnie poważny.
- Chyba, że wolisz inne kolory – dodał, gdy ich pies z głośnym chrupnięciem przełamał swoją ulubioną gałąź na pół. Zamrugał, z trudem odwracając wzrok od zadowolonego z siebie zwierzęcia. – Czy czujesz się bardzo przywiązany do kolekcji gipsowych królików?
Było jeszcze stosunkowo wcześnie. Na stole stała taca ze świeżymi croissantami i imbryk z tylko co zaparzoną herbatą. Ich pies był już po porannym spacerze z wciąż mokrymi łapami, które drażniły pedantyczny umysł Rookwooda.
Wymagała remontu, bo była ciemna, ponura, jakby wycięta z minionej epoki, a na pewno nie przystawała do realiów, w których mieli z niej korzystać dwaj dorośli mężczyźni, jeden żywiołowy pies i ani jedna kobieta. Zielona falbanka w węże nad piecykiem musiała zniknąć. Wiekowe, żeliwne garnki także. I ta przeklęta cerata w kwiatki, którą pani Shafiq musiała zakupić w przypływie szaleństwa. I zasłonki w złote węże. I kolekcja gipsowych królików.
- Brąz, zieleń i biel – powiedział Ulysses. Chciał, by jego głos nie brzmiał krytycznie, ale nie był w stanie nie patrzeć z rozczarowaniem w oczach na ich psa, który obgryzał właśnie ulubiony patyk, przy okazji rozrzucając dookoła siebie (i znowu na tym nieszczęsnym dywaniku) ślinę i kawałki połamanego drewna.
Stał obok Cathala w kuchni i trzymał w dłoniach filiżankę z jeszcze parującą od ciepła czarną herbatą. Ubrany był jak na siebie bardzo… nietypowo, bo tym razem nie miał na sobie garnituru, ale jasną koszulkę polo i tweedowe spodnie. Wyglądał raczej jak człowiek, który za chwilę pójdzie grać w golfa ze swoimi bogatymi znajomymi, niż jak ktoś rozmawiający na poważnie o remoncie kuchni.
Ale Ulysses był w tym momencie śmiertelnie poważny.
- Chyba, że wolisz inne kolory – dodał, gdy ich pies z głośnym chrupnięciem przełamał swoją ulubioną gałąź na pół. Zamrugał, z trudem odwracając wzrok od zadowolonego z siebie zwierzęcia. – Czy czujesz się bardzo przywiązany do kolekcji gipsowych królików?
Było jeszcze stosunkowo wcześnie. Na stole stała taca ze świeżymi croissantami i imbryk z tylko co zaparzoną herbatą. Ich pies był już po porannym spacerze z wciąż mokrymi łapami, które drażniły pedantyczny umysł Rookwooda.