05.03.2024, 02:28 ✶
Patrick zaczerpnął głęboko powietrza, gdy wyszedł razem z Sebastianem ze stodoły. W środku, za sprawą magii, wszystko wyglądało imponująco, ale było także głośno, hałaśliwie i… tłumnie. A sierpniowy wieczór na dworze pozostawał przyjemnie cichy i rześki. Steward przystanął i rozejrzał się po podwórku, dopiero jakby w tym momencie, z należytą uwagą doceniając zwykłą trawę, drzewa a wreszcie i znajdującą się kilkanaście metrów dalej ławeczkę, o której wspominał Sebastian.
To miejsce rzeczywiście wydawało się dobre na rozmowę. Tu na skraju Doliny Godryka, może łatwiej będzie mówić o śmierci? O tym jak bardzo wydawała się w tym momencie nierealna.
- Mam nadzieję, że nie żałujesz – powiedział. Mimo, że teraz mówił ciszej, przez panujący na dworze spokój, wydawało mu się, że jest wprost odwrotnie. Głos niósł się głośniej i Patrickowi zaczęło się wydawać, że dało się w nim wyczytać drżące z niepokoju nuty. A przecież już rozmawiał wcześniej z Sebastianem na dużo poważniejszy temat niż ten, który chciał poruszyć teraz. Wtedy losy rozgrywały się o jego własne życie. Teraz myślał o Clare. O tym, czym się stała i o tym, czy w ogóle powinna istnieć na tym świecie. Kiedyś dałby się pokroić za jeszcze jedną chwilę w jej obecności. Teraz… teraz zyskał taką szansę. – Mam nadzieję, że nie żałujesz, że tu dzisiaj ze mną przyszedłeś – powtórzył, tym razem wypowiadając całe zdanie, które krążyło mu po głowie.
Wbrew wszystkiemu, wydawało mu się, że naprawdę rozumiał z jak poważnym i kłopotliwym talentem zmagał się Sebastian. Podszedł do kamiennej ławki. Machnął ręką, trochę jakby pokazywał McMillanowi, że może się na niej wygodnie rozsiąść. Mógł się nawet położyć, Steward wtedy usiadłby na trawie, uznając, że pewnie informacje warte były drobnych niewygód.
- Zabawne. Właśnie sobie uzmysłowiłem, że niepotrzebnie brałem dla siebie lód do whisky. – Ciągle był Zimny. I teraz, gdy podeszli do ławki, a do niego dotarło jak wiele minut upłynęło od chwili, gdy dostał alkohol od niepokornego barmana, do tego momentu, przypomniał sobie o swojej odmienności. Parę miesięcy wcześniej myślał o niej niemal bezustannie. – No to teraz już zobaczyłeś jak się bawią Longbottomowie. To była ta mniej oficjalna część. Czasami jeszcze wyprawiają bale charytatywne – i wystawiają krewniaków na aukcje, ostatnią część zdania dodał w myślach. Trochę z lojalności do Brenny, a trochę przez to, żeby nie gorszyć Sebastiana.
Chwilowo uciekł od tematu Clare, ale ta wciąż krążyła w jego myślach. Kiedyś pozostawała ulotna jak zjawa, teraz stała się namacalnie prawdziwa, realna. Chyba już podjął decyzję co powinien zrobić, ale z jakiegoś powodu chciał jeszcze usłyszeć to, co mógłby mu powiedzieć McMillan.
- Opowiadałem ci o tym, co spotkało mnie podczas niedawnego pobytu we Włoszech?
To miejsce rzeczywiście wydawało się dobre na rozmowę. Tu na skraju Doliny Godryka, może łatwiej będzie mówić o śmierci? O tym jak bardzo wydawała się w tym momencie nierealna.
- Mam nadzieję, że nie żałujesz – powiedział. Mimo, że teraz mówił ciszej, przez panujący na dworze spokój, wydawało mu się, że jest wprost odwrotnie. Głos niósł się głośniej i Patrickowi zaczęło się wydawać, że dało się w nim wyczytać drżące z niepokoju nuty. A przecież już rozmawiał wcześniej z Sebastianem na dużo poważniejszy temat niż ten, który chciał poruszyć teraz. Wtedy losy rozgrywały się o jego własne życie. Teraz myślał o Clare. O tym, czym się stała i o tym, czy w ogóle powinna istnieć na tym świecie. Kiedyś dałby się pokroić za jeszcze jedną chwilę w jej obecności. Teraz… teraz zyskał taką szansę. – Mam nadzieję, że nie żałujesz, że tu dzisiaj ze mną przyszedłeś – powtórzył, tym razem wypowiadając całe zdanie, które krążyło mu po głowie.
Wbrew wszystkiemu, wydawało mu się, że naprawdę rozumiał z jak poważnym i kłopotliwym talentem zmagał się Sebastian. Podszedł do kamiennej ławki. Machnął ręką, trochę jakby pokazywał McMillanowi, że może się na niej wygodnie rozsiąść. Mógł się nawet położyć, Steward wtedy usiadłby na trawie, uznając, że pewnie informacje warte były drobnych niewygód.
- Zabawne. Właśnie sobie uzmysłowiłem, że niepotrzebnie brałem dla siebie lód do whisky. – Ciągle był Zimny. I teraz, gdy podeszli do ławki, a do niego dotarło jak wiele minut upłynęło od chwili, gdy dostał alkohol od niepokornego barmana, do tego momentu, przypomniał sobie o swojej odmienności. Parę miesięcy wcześniej myślał o niej niemal bezustannie. – No to teraz już zobaczyłeś jak się bawią Longbottomowie. To była ta mniej oficjalna część. Czasami jeszcze wyprawiają bale charytatywne – i wystawiają krewniaków na aukcje, ostatnią część zdania dodał w myślach. Trochę z lojalności do Brenny, a trochę przez to, żeby nie gorszyć Sebastiana.
Chwilowo uciekł od tematu Clare, ale ta wciąż krążyła w jego myślach. Kiedyś pozostawała ulotna jak zjawa, teraz stała się namacalnie prawdziwa, realna. Chyba już podjął decyzję co powinien zrobić, ale z jakiegoś powodu chciał jeszcze usłyszeć to, co mógłby mu powiedzieć McMillan.
- Opowiadałem ci o tym, co spotkało mnie podczas niedawnego pobytu we Włoszech?