Ból miał dwie fazy w życiu człowieka - mogłeś z nim walczyć, męczyć się, zmieniać go w cierpienie, kiedy próbowałeś prostować ramiona, ale mogłeś też mu ulec. I kiedy ulegałeś to okazywało się, że był o wiele prostszy do przyswojenia. Laurent nie wiedział, co złego zrobił światu, że wplątał go w tę relację. Że teraz targał zaklęciem Fleamonta Bella (żeby szedł za jego różdżką, oh well...) i w końcu złapał go też pod ramię, bo niby szedł prosto, niby aż nader tanecznie, ale miał to złe wrażenie, że jedno przechylenie w tą a nie inną i... no właśnie. Padnie tutaj w piasek, a tego bardzo nie chciał. Wyglądał na takiego, który gotów był paść, że jego ciało nie uniesienie tego wszystkiego, mózg nie dowiezie zaklęcia do miejsca. Laurent tylko cichutko prosił w niespokojnym sercu, żeby udało im się przedrzeć przez tą ścieżkę między wydmami i byle tam do drogi, gdzie stał Michael z powozem. Gdzie czekał na niego wierny rumak, który dowiezie ich do... gdziekolwiek. Gdziekolwiek, byle tutaj nie zostawali. Oni. Nie powinien pytać świata, co złego zrobił, tylko siebie samego, dlaczego trudniejszą decyzją było zostawienie tego człowieka niż męczenie się z nim. Niepotrzebne. Przecież, że niepotrzebne, bo... bo co? Bo takie ofermy sobie poradzą? Szczury, jak ich nazywali? Bo nikt nie będzie za nim płakać, bo ten pijak na pewno nie ma dokąd wracać? Laurentowi to nawet nie przyszło do głowy. Wręcz przeciwnie. Będą za nim płakać - miał co do tego pewność. Będą się przejmować, nawet jeśli to miałaby być jedna malutka Elaine - ona by płakała. Miał dokąd wracać. Czekał na niego jego malutki, przenośny domek z łóżkiem, w którym spał z osobą, która go kochała. Kurwa, w tym zbyt łatwym do romantyzowania i wyolbrzymiania mózgu Laurenta to już to, że miał łóżko dzielone z kimś na co dzień było pieczęcią podbijającą powody, dla których powinien wrócić. Wrócić doo... cyrku. Tam go powinien odstawić, ale prawdę mówiąc wcale nie chciał tam zaglądać. Nie powinno być to jego interesem już jak się nim zajmą i nie myślał o tym, że źle, ale jakoś... miał wrażenie, że chyba by mogli go pogonić pochodniami. Więc - oto byli. Na piasku. Przedzierając się z nieznośną ciężkością (z perspektywy Prewetta) przez to złociutkie morze.
- Wyglądałbym. - Potwierdził, zjeżdżając formą żeńską na męską... zjechał już wcześniej? Nie był nawet pewien. W tych dziwnych emocjach, w zamieszaniu, w paskudnym charakterze podbijających teksty Flynna... Nie ważne. Teraz dopiero jakoś zwrócił na to uwagę. I może nawet mógł sobie darować zajmowanie się tym. Machnął mentalnie ręką - nie ważne. Skoro i tak płynnie stało się tu jasne, kto jest kim, a maskarada i tak straciła dla niego smak, chociaż była takim fantastycznym przeżyciem dzisiejszego dnia, to mógł wrócić na "stare śmieci". - Prawda? Coś nas łączy... - Brak możliwości przypomnienia sobie, CZEMU w ogóle kładzie na to jakiegokolwiek faka. Czemu nie może się odciąć, czemu... ach. Nie miało to znaczenia, bo Flyna przechyliło, zwymiotował, a że Laurent go trzymał - zwymiotował na niego.
Naprawdę miewał lepsze dni.
Podróż minęła spokojnie. Spokojnie tylko dlatego, że Fleamont się zamknął, przestał marudzić, obrażać, próbować flirtować (bo chyba próbował to robić) i rzygać. Laurent siedział w tym wozie i trzymał go przy sobie, głaszcząc jego głowę, jakby to cokolwiek zmieniało. Na przykład komfort tej podróży, spłakanie się po rzyganiu, albo... cokolwiek innego. Ufał Michaelowi - nie czuł potrzeby kierowania rumakiem, skoro dobrze wiedział, dokąd zmierzali. Przebudził czarnowłosego tylko na moment, żeby dowlec się z nim do sieci fiuu i potem - do łóżka. Ułożył go, podał zioła, przyłożył chłodny okład, a kiedy uspokajająco przesuwał dłonią po jego ręce - cicho śpiewał piosenkę.
Only for love
And when you say my name
Like white horses on the waves
I think it feels the same
As an ocean in my veins
And you'll be diving in
Like nothing is out of place
And we exist for love
Only for love.
To nie był jeden z tych łatwiejszych poranków. Nie nawet dlatego, że się nie wyspał, bo był do tego przyzwyczajony. Nie nawet dlatego, że było mu smutno z powodu tej cholernej sukienki, którą bardzo chciał zachować na pamiątkę. Nawet nie dlatego, że jego ciało wróciło do normy, kiedy siedział w koszuli nocnej, delikatnej, jedwabnej, z koronką, na krześle przy stole z kubkiem kawy. Nogi ogrzewał mu wielki jarczuk, który spał tej nocy chyba najlepiej z tej męskiej czwórki, bo samodzielny powrót Michaela do domu też opatrzony był tym, że pewnie rumak musiał odespać swoje.
Cisza.
Panowała niemal całkowita cisza. Pojedyncze, malutkie fale wpełzały na brzeg, nad którym wstawało słońce. Wschód, zachód - obojętnie, która była to pora dnia, zawsze ten widok był tak samo nostalgiczny, czarujący i romantyczny. Kiepska pogoda postanowiła gładko wejść na karby zadowalającej. Morze wyszumiało się, Matka Woda opowiedziała o swojej furii i swoich bolączkach tak samo intensywnie jak ten zasraniec śpiący w jego łóżku. To było naprawdę szokujące, jak głupie wizje potrafi wyrzeźbić mózg człowieka w świecie snów, a jak prezentowała się rzeczywistość. Gdyby miał w sobie więcej energii to pewnie do samego siebie pokręciłby głową, ale właściwie już nie było na co kręcić. Słońce pięło się w górę, a kiedy znów przyłożył kubek do ust odkrył z rozżaleniem, że był już pusty.