• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[20.04.1972] Do not go gentle into that good night

[20.04.1972] Do not go gentle into that good night
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#1
31.03.2024, 05:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 12:03 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Badacz Tajemnic

- Ha, znowu wygrałam.

Oznajmiła, uśmiechając się do Millie wesolutko, kiedy ostatnia karta została położona przez nią na stole. Świat królował w tej pokrętnej wersji karcianki, do której wykorzystywała talię tarota, a której opracowała z Alexandrem jeszcze w Hogwarcie. I teraz, kiedy tylko mogła i miała partnera do przyjacielskiej gry, chętnie bawiła się w ten sposób. A dzisiejszego wieczora padło właśnie na kuzynkę, która teraz siedziała po przeciwnej stronie niskiego, kawowego stolika, do którego Rosie przysiadła rozsiadając się na ziemi i miękkich poduszkach.

Wolała obserwować świat z poziomu ziemi. Twarda podłoga jakoś przyjemnie uziemiała, a czasem sprawiała, że czuła się trochę jak złośliwy chochlik, który wyglądał zza lakowanej powierzchni stolika, teraz uśmiechając się mieszanką złośliwości i zadowolenia, kiedy zbierała talię ze stolika i tasowała ją gładkimi, pełnymi czułości ruchami. To mogła nie być jej najmilsza sercu talia, ale wciąż postępowała z nią delikatnie. Tak jakby była osobą; w końcu nie mogła postąpić inaczej, skoro jej sprzyjała.

- Było fajnie i miło, ale niestety moja intuicja podpowiada mi, że już nie gramy. Wybacz, wcale nie jest mi przykro, ale do trzech razy sztuka, rozumiesz. - postukała trzy razy zebraną talią w stolik, wyrównując karty w pliku i uśmiechnęła się do Moody wręcz obrzydliwie grzecznie. Gdyby grały o pieniądze, pewnie cieszyłaby się jeszcze bardziej, ale McKinnon nigdy specjalnie nie bawił ten dreszczyk emocji, który towarzyszył potencjalnej utracie galeonów. Zresztą... niezbyt umiała przegrywać.

- Przegrana - to ty - bierze wybuchającego mopsa cioteczki Daphne na trzy dni do siebie. Niech Matka ma cię w swojej opiece - uśmiechnęła się wesoło, nawet jeśli cioteczka Daphne leżała teraz z Mungu i to wcale nie był aż taki przyjemny temat. Jej mopsem natomiast, połowa Trelawneyów przerzucała się jak gorącym ziemniakiem, bo panowało ogólne przekonanie, że był on z rodzaju tych raczej wybuchowych. Oczywiście, nikt nie był pewny tego w stu procentach, bo psiak jeszcze żył sobie, ciesząc się każdym dniem, ale jak to z tego typu zwierzątkami bywało - nikt nie znał ani dnia, ani godziny.


she was a gentle
sort of horror
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#2
01.04.2024, 16:21  ✶  
– Wsadź se kurwa! – karty które pozostawały jej w ręku, z impetem upadły na blat. Czarnowłosa, blada jak śmierć kobieta miała twarz wykrzywioną w udawanym gniewie. Gdyby tak ją porządnie uczesać, umalować, pociągnąć usta czerwienią i zmusić do założenia sukienki, z pewnością nie mogłaby się opędzić od zalotników. Ach, niezbędnym jeszcze było zasznurowanie jej ust, lub odebranie głosu w jakikolwiek mniej inwazyjny sposób. Chociaż nie... zębami też mogłaby kąsać.

Przegrana sprawa.

– Pierdole te Twoje gry – to nie była do końca prawda, bo Mills za każdym razem gdy widziała się ze swoją słodką kuzynką Ambrozją, to sama wychodziła z inicjatywą tych rozgrywek każdorazowo domagając się jakiejś formy wygranej w razie wygranej. Zaskakujące, zważywszy na fakt jak często potem przegrywała. – Nie wierzę, że ktokolwiek jest w stanie z Tobą w to wygrać, skoro sama ułożyłaś te jebane zasady. Ha! Wiem! Następnym razem wezmę swoją talię, bo Twoja kurwa ściemnia i pewnie pod stołem zmieniasz ustawienia deku! – zupełnie bezpodstawne oskarżenia były elementem zakończenia rozgrywki. W końcu Mills wypuściła z siebie parę i opadła na blat waląc czołem w jego chłodną powierzchnię.

– Dobra, no zajmę się tym pierdolonym pierdzącym dropsami wszarzem. – westchnęła ciężko i pewnie jej oczy odwiedziły drugą stronę czaszki rolując się wewnątrz oczodołów. – Dobrze, że to nie jest na Beltane bo mam robotę przy kwiatowych waginach nadziewanych na twarde pale... – Wielka Impreza Płodności, na której nie można było pić. Bez sensu. Dźwignęła się i położyła podbródek na drobnej dłoni, osadziwszy ponownie znudzone samą wizją obstawiania sabatu złociste oczy w swojej rozmówczyni. – Wybierasz się w ogóle do Kniei? Z tym swoim... kimś? – w sumie nie pamiętała czy kuzynka kogoś miała. Była jednak olśniewająco piękna, na pewno ktoś wokół niej się kręcił. Albo kilka ktosiów...
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#3
01.04.2024, 22:06  ✶  
Zachichotała, ale już nie złośliwie, a zwyczajnie rozbawiona tyradą, jaką wystosowała jej panna przegrana. Było dla blondynki coś niezwykle urokliwego w tym, jak dużo kuzynka przeklinała, bo kiedy tak się nad tym wszystkim zastanawiała, to chyba ciężko było jej wskazać osobę, która z podobną manierą rzucała kurwami, pierdoleniem i jebaniem na prawo i lewo z takim zacięciem i prostotą.

- Wyobraź sobie co by było, jakbym miała trzecie oko - rzuciła wciąż się podśmiechując, ale też z odrobinę kwaśniejszą miną niż jeszcze przed paroma uderzeniami serca, bo właśnie mówiła o przypadkach z własnego doświadczenia. Nawet jeśli jej partner do rozgrywek, z którym w ogóle te gry opracowywała, zarzekał się że to swoje trzecie oko zamykał, to ona wiedziała swoje i absolutnie mu nie wierzyła. Tym bardziej, ze tak jak z Millie, z Alexandrem też chętnie się zakładała, a on bardzo lubił wygrywać od niej konkretne rzeczy.

Ponad wszystko jednak Mulciber uwielbiał mieć rację, a wygrana była kolejną formą podbicia własnego ego.

- Lubi mnie, co ja ci na to poradzę - wzruszyła ramionami z cwaniackim uśmiechem, ani nie zaprzeczając tym oskrażeniom, ani też ich nie potwierdzając. - Pamiętaj, żeby go nadmiernie nie stresować. Może powinnaś sobie na ten czas zrobić przerwę od szafowanie rynsztokową łaciną? Negatywne słownictwo podobno działa u nich na niekorzyść. - zacmokała, niby to zatroskana całą tę sytuacją, leniwie znowu przekładając karty. - A co, aż tak się rwiesz do brania udziału w obchodach? Może uda ci się załapać jakąś krótką przerwę? Tylko uważaj, żeby ci mrówki do dupy nie nawchodziły. A co do tego mojego kogoś... - Rosie uniosła delikatnie brwi, wspominając o rzeczonym jegomościu, ale Millie wcale nie potrzebowała być wybitna w obchodzeniu się z ludźmi, żeby wyłapać nutę niechęci w głosie blondynki. Cokolwiek ten ktoś zrobił, była na niego właśnie śmiertelnie obrażona. - Jestem pewna że absolutnie świetnie będzie się bawił nadziewając na pal kwiatową waginę jakiejś całkowicie przypadkowej panny, na zdrowie mu, niech go kurwa mać, pies to jebał...! - pełen napięcia ton, dyktujący głoski z sadystyczną dokładnością przełamał się w pewnym momencie, kiedy karty zaczepiły się o palce w mało poręczny sposób, wypluwając na dzielący kobiety stolik Piątkę Pucharów. I zaraz po tym, jak ilustracja objawiła się w pełnej krasie, McKinnon uderzyła w kartę pięścią, jakby chciała ją za tą niesubordynację ukarać. - Nie idę. I gdyby nie to, że powiedziałaś że pracujesz, tobie też bym radziła to samo, moje ty Najdroższe Utrapienie... - jej głos stawał się coraz miększy, z każdym kolejnym słowem, dochodząc wreszcie do wręcz troskliwej łagodności.

Bo Ambrosia mogła być w tym momencie śmiertelnie obrażona na Alexandra, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kiedy robił rzeczy z troski, a nie dlatego by poczuć się panem sytuacji. I kiedy nie tak dawno czytała wysłany do niej list, ostrzegający ją przed poczynaniami Beltane, z pewną niechęcią przyznała przed samą sobą, że może warto było go posłuchać. Nawet jeśli absolutnie nie miała zamiaru informować go o swojej decyzji.

A Millie, cóż, zapytała i ta delikatna strona McKinnon nie pozwalała jej tak zwyczajnie powiedzieć kuzynce, żeby się dobrze bawiła, bo na pewno będzie miała pełne ręce roboty. Nie wiedziała może co takiego miało się stać, ale intuicja zwyczajnie podpowiadała jej, że było to coś co zdecydowanie mogło ją przerastać.


she was a gentle
sort of horror
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#4
05.04.2024, 13:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2024, 13:57 przez Millie Moody.)  
– Pff, kumasz to? Grać na hajs z jasnowidzem? Nie wiem kto normalny siada z nimi do gry, a Morfina mówił mi, że to wcale nie takie rzadkie. Ale zczai to, takie granie jak jasnowidz z jasnowidzem. Jak jakaś pieprzona partia szachów nic nie robią tylko świecą oczami grając wszystko w swoich głowach... – prychnęła rozbawiona, ładując sobie palce między czarne włosy i gwałtownie czochrając się w uspokajającym geście. Jej matka była jasnowidzką, ona też powinna nim być, ale wyszło jak wyszło, nieudany eksperyment genetyczny. To nie było warte roztrząsania teraz, ale myśl przychodziła falą. Dobrze też, że mogła sobie pójść w diabły.

– Pierdolą mnie te Twoje porady tak, że zaraz walnę Ci tu wielokrotnym orgazmem na stole. Spacyfikuje go żarciem, będzie spał jak bobas i chuja mu będzie do tego jaki mam gustowny język nasrany staroangielskim i nowoangielskim kwieciem – sypnęła lekko ale potem drastycznie spoważniała, gdy temat płynnie przesunął się na Mulcibera. Znali się od lat, powiedzieć, że Mills go nie lubiła to jak nie powiedzieć nic. Ale też jako osoba, która wielokrotnie miała suszoną głowę na wiele różnych sposobów, której próbowano wybić z tej głowy wiele różnych głupot i która ostatecznie i tak ukorzeniały się bardziej. Wiele rzeczy, których Alastor nawet nie był w stanie z niej wyplenić.

Mills z rezygnacją wyciągnęła swoją talię kart, którą Ambrosia mogła rozpoznać bez większych problemów. To była jej pierwsza talia, do bólu standardowy A.E. Weita, który dostała lata temu od Morpheusa, wytarty latami użytkowania. BUmowczyni (bumerka?) nie obchodziła się ze swoimi kartami z nabożnym szacunkiem, w dupie miała obmywanie ich księżycowym blaskiem i pierdami jednorożca. Ale przemawiał przez nią sentyment. Zwykła mawiać, że karty to chuje, ale to były jej karty. Jej chuje.

– No dobra, to zobaczymy co Ci poradzą na tego małego kutasika, który wciąż nie może ogarnąć, że mu przy Tobie byłoby najlepiej. – mruknęła rozpoczynając tas i coś w złocistych oczach, w zaciętej minie wskazywało, że decyzja została już podjęta i żadne argumenty nie trafią do panny Moody, żeby przerwać wróżbę. Z resztą... przerywanie wróżby przynosiło pecha.

– Czyli tak... porada ogólna jak spacyfikować debila, co by znów po stopach Cię lizał czy co tam lubicie robić. – Morpheus zawsze przerabiał pytanie okraszając je poetyckim pierdololo, wybierał patrona wróżby modlił się do dawno zdechłych bogów. Lubiła go w jakiś dziwny, niezrozumiały dla siebie sposób, ale kurwa bez przesady.

Między kobietami całkiem szybko pojawił się krzyż i jego słup, który Milded zawsze układała piorunowym zygzakiem. W jej przypadku rzadko kiedy cokolwiek było proste, w kartach znajdowało się tego odbicie.

[Obrazek: IwwMsi2.jpeg]

Gdy wszystkie karty już znalazły swoje miejsce gwizdnęła przeciągle patrząc to na stół to na pozostałą talie w ręku.
– Same za siebie nie możecie szmaty, więcej mieczy się nie dało? – burknęła zdecydowanie kierując swoje słowa do kart, a następnie zwróciła się do blondynki, łapiąc za ostatnią kartę z uśmiechniętą Cesarzową.

– Dobra widzisz, dobrze się to wszystko skończy. Zachwycony na kolanach Twoją władczą kobiecością, przyjdzie na kolanach Ci wylizać... stopy ofc– paskudny uśmiech rozjechał się po bladej twarzy, jakby chciała dodać: a potem mi wszystko opowiesz z detalami bejbe.
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#5
06.04.2024, 02:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 02:59 przez Ambrosia McKinnon.)  
Nie zamierzała się nawet przyznawać do tego, że sama była winna podobnych rzeczy, bo aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że tego typu akcje to była zwyczajna głupota. Szczególnie, kiedy było się świadomym tego, że przeciwnik otwierał nie dwoje oczu, a trójkę i patrzył na coś, czego ona sama nie była w stanie pochwycić, a jedynie zdawała sobie z tego sprawę. Ale mimo tego, czasem wygrywała. Nie była pewna czy Alex jej na to pozwalał - znaczy, czasem na pewno, bo wtedy było to po nim widać - czy może robił to wtedy kiedy ślepł tymczasowo na to twoje trzecie oko. Nie przeszkadzało jej to jednak zbytnio, bo chodziło o samą wygraną, a nie jak do tego doszło.

Uśmiechnęła się do Millie krótko, a w kącikach ust czaiło się przemądrzałe jeszcze zobaczymy. Nie życzyła kuzynce, żeby jej ten mops prosto w twarz się uzewnętrznił, ale nie narzekałaby, gdyby okazało się że miała rację. Puknęła jeszcze oskarżycielko palcem w wyciągniętą przed chwilą kartę, ostatni raz w myślach powtarzając jej, żeby się łaskawie zamknęła i nie wychylała, a potem schowała ją do talii.

Pierwsza talia, to było to, co dziewczyny ze sobą łączyło, bo matka Rosie też podarowała jej właśnie tę najbardziej standardową, w ramach wstępu do sztuki tarota. Ale nawet, jeśli Rosie darzyła swoją talię głębokim uczuciem, to na przestrzeni tych wszystkich lat, chyba mniej jak jedna trzecia należała do oryginału. Część pogubiła, część została zastąpiona egzemplarzami z innych talii, niektóre z nich ledwo dało się już rozczytać, a inne nosiły ślady zabrudzeń, naddarcia czy inne wymyślne znamiona. Niektórych w ogóle brakowało, a ich miejsce zastępowały tymczasowo karty z innej talii, które powtarzały egzemplarze z jej talii. Na przykład, na ten moment nie była w stanie wyciągnąć trójki, siódemki, ósemki i dziesiątki mieczy. Należało do tego dołączyć ósemkę pucharów, wieżę i diabła, bo te karty od paru tygodni znajdowały się u Alexandra.

Jedną z nielicznych rzeczy, jaką Mulciber akurat umiał robić, było użalanie się nad sobą i przyjmowanie winy, którą go obarczała, a przez to nawet nie próbował odsyłać jej kart, którymi wyliczała mu wszystkie winy. Wysłał jej zamiast tego Głupca i McKinnon prawie zwymiotowała, kiedy zalała się łzami z wściekłości, czytając jego kulfony głoszące Odwrócony dla mnie, prosty dla Ciebie. Ale nie odpisała mu wtedy nic, bo była zbyt dumna. Zbyt oburzona i zbyt zraniona, uznając też trochę, że jedne ze słów którymi pożegnała go tamtej wtorkowej nocy były wystarczające.

Do trzech razy sztuka, prawda Alexandrze?

Nawet jeśli był już koniec kwietnia, ona wciąż nie mogła przeboleć tego, jak okropnie złamał jej serce 14 marca. W jej cholerne urodziny i chyba ten właśnie element bolał ją w tym wszystkim najbardziej. Pożal się boże prezent, dowiedzieć się że mężczyzna twojego życia znalazł sobie zasraną żonę. Kobietę, z którą miał spędzić resztę swojego życia, a która nie była nią. Wiła się więc w sobie, tym bardziej że nie mogła tego nikomu powiedzieć, bo ich związek, Loretty i Alexandra, był jakąś głupią tajemnicą. A ona, nawet jeśli jej serce krwawiło niemal tak mocno jak siedem lat temu, wciąż była wobec niego lojalna.

Skręcała się w sobie bardziej i bardziej, w miarę jak Millie wykładała na stolik kolejne karty rozkładu. Krzywo, chciała powiedzieć złośliwie, ale wyłożona Arcykapłanka i Pustelnik skutecznie ścierali jej cwaniacki uśmieszek z twarzy, zastępując go jakimś ponurym cieniem zniesmaczenia.

To były ich karty. Ich ładne, wyidealizowane wersje siebie, które pokazywali sobie chcąc przemówić drugiemu do rozsądku i pokazać, czym pięknym mogli się stać gdyby nad sobą popracowali. A fakt, że znajdowały się w takich miejscach w krzywym rozkładzie, który wyłożyła jej kuzynka? Rosie uśmiechnęła się do niej lekko, w dziwny, niepokojący sposób po którym było widać, że nie wie czy się zaśmiać, czy może coś rozpierdolić.

- Weź te swoje karty i wywal je przez okno, albo spal je w ogóle, bo chyba za mądre są dla ciebie - rzuciła sucho, pochylając się i opierając czołem o blat lakowanego stolika, chociaż prawdę powiedziawszy to miała ochotę teraz pierdolnąć w niego głową z całej siły. Potem natomiast już nie wytrzymała i zaśmiała się histerycznie, zaraz ten śmiech próbując stłumić dłonią, ale nie była pewna że to pomoże, bo czuła że ją tu zaraz popierdoli.
- Pojebie mnie zaraz przysięgam Mills. NA KOLANACH, KURWA MAĆ - szarpnęła głową, uderzając nią w stolik, ale tylko raz i nie jakoś mocno, chcąc wyrzucić z głowy te wszystkie obrazy, które właśnie zaszczepiła w jej głowie Moody. Potem znowu ni to zaśmiała się, ni to załkała spazmatycznie, będąc na granicy samej nie wiedzieć czego. Chyba faktycznie utraty zmysłów i wszystkiego co trzymało ją zdrową na umyśle. Bo akurat nie wątpiła w to, że w odpowiednich okolicznościach Mulciber przyczołgałby się do niej na tych klęczkach i to bardzo chętnie nawet.


she was a gentle
sort of horror
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#6
10.04.2024, 13:56  ✶  
Potrzebowała dać sobie chwilę, żeby oddzielić ziarna rzeczywistości od plew wyboraźni nadającej scenie zdecydowanie bardziej krwawy charakter. Ambrosia, słodka Ambrosia uderzająca czołem w blat w tej wersji zrobiła to och, zdecydowanie mocniej, zdecydowanie agresywniej, zdecydowanie krwawiej. I kiedy stróżka czerwonej posoki spływała żłobiąc koryto zrodzonej rzeki, czyż nie byłoby absolutnie zwyczajnym pochylić się ku niej i ciepłym językiem zlizać tą krew, w geście troski i miłości, w geście współodczuwania bólu zdradzonej kochanki.

To było tylko proste uderzenie, o wiele słabsze niż te, które Mildred praktykowała w ciszy swojej sypialni, nie mogąc znieść siebie i otaczającego świata, rzeczywistości w której była uwięziona, rzeczywistości zaciskającej metalowe pęta na nadgarstkach i szyi. Potrzebowała więc chwili, nim podjęła, nieco spokojniej, nieco poważniej...

– Słuchaj no to jest jedyne pocieszenie w tym jak masz teraz ostro przejebane. Chuja robisz w tym związku, oboje to wiemy. Nie uczysz się na błędach, nie akceptujesz żadnych zmian, tkwisz w miejscu i koło fortuny się nie rusza. Ja wiem, że to jest przerażające i wiem że to Cie przeraża... – palec brunetki wskazał najpierw osadzone w centrum odwrócone Koło Fortuny, symbol tego kim Ambrosia była wobec omawianego problemu i przeszedł nad kartami ku Ósemce Mieczy osadzonej samotności i bezradności na miejscu największych Lęków w tej sprawie. Karty wzmagały swoje znaczenie. I jeszcze ten smutny Eremita na samej górze...
– ... ale kurwa nic nie robisz. Nie wiem czy to jakoś Cie pocieszy, ale osią są problemy tego dupka w robocie. Tak tak, jego kumple suszą mu o coś głowę a ten kretyn nie umie oddzielić pracy od miłości. – tu wskazała z precyzją wahadła odwróconą Trójkę Mieczy, kilkukrotnie uderzając w nią oskarżycielsko wskazującym palcem. – Kiedyś waszym zmartwieniem było to, że żadne z Was nie umie odpuścić, napierdalacie się jak koguty w szopie, jara Was rzucanie sobie wyzwań. Ale teraz to co innego, teraz chodzi o przeszłość, której nie można porzucić, emocjonalnego bagażu który ciągnie na samo dno. – Rycerz Mieczy groził ostrzem ciętego języka, ale odchodził już w przeszłość, jego wpływy miały być coraz mniejsze. Odwrócona Szóstka Mieczy, karta niemocy, karta tulenia do piersi przeszłych traum, miała teraz przejąć ster. Ta łódka musiała utonąć, przewalona w morzu łez i nieporozumień.
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#7
24.04.2024, 03:50  ✶  
Ambrosia była mistrzynią uderzania głową w ścianę, zarówno w sensie metaforycznym, jak i dosłownym, ale zwykła nie praktykować tego drugiego aspektu w obecności innych ludzi. Szczególnie nie tych, których kochała całym sercem, a Millie z pewnością się do takich osób zaliczała.

Nigdy nie potrafiła przyznać się do tego typu słabości, bo była to ta z rodzaju rozdzierających trzewia i przenikającego bólu, którego źródła nie dało się w stanie wskazać w fizycznym sensie. Nienawidziła tego odcienia rozpaczy, który splatał się ciasno, w jakiejś pokrętnej bliskości kochanków z absolutną pustką. W takich momentach, kiedy nie dało się znaleźć źródła beznadziejności, najłatwiej było samemu go stworzyć i zdarzało jej się poddać tej pokusie, kiedy wydawało jej się że niżej nie może upaść.

Wiedziała, że Millie wie. Że siedem lat temu rozpadła się na kawałki, stając się bardziej cieniem samej siebie i nigdy potem już nie była taka sama. Ból nigdy nie zniknął, a nawet jeśli teraz był nieodczuwalny na co dzień, to gdyby tylko poświęciła odrobinę czasu i rozejrzała się po swoim wnętrzu, Rosie zobaczyłaby tam rozwieszone po kątach jego pajęczyny.

Gdyby Millie znała arkana przeglądania przeszłości, kuzynka mogłaby posądzić ją o doświadczenie jakiejś wizji, nakładającej się niczym filtr na aktualną sytuację. Mogłaby z przekąsem uznać, że żółte oczy patrzą na nią przez chwilę oczami jej matki, która kiedy stróżka czerwonej posoki kreśliła jej twarz, ujęła jej policzki w dłonie, by w opiekuńczym geście ująć jej bólu zdradzonej kochanki.

Stuknięcie w stolik było wystarczające by zogniskować jej rozlatane myśli i ująć trochę poczuciu zagubienia. To dawało więcej miejsca na coś o wiele bardziej znajomego; na irytację, na złość, na uśmiechnięcie się z przekąsem. Przekręciła głowę, przytulając policzek do powierzchni stolika, przyjemnie chłodnej i kojącej, a zielone spojrzenie utkwiła w twarzy brunetki.

Przez moment przyglądała jej się w posępnej ciszy, ale jej twarz mówiła wszystko - absolutnie jej się to nie podobało. Traktowała wróżbiarstwo jako swoją pasję, ale miała wrażenie, że do kart podchodzi dość specyficznie - wymagała od nich konkretnych rzeczy i pewnego posłuchu. Lubiła, kiedy karmiły jej złudzenia, pokazując to co chciała zobaczyć. Nie lubiła przegrywać, ale nie tylko w głupich gierkach czy życiowych sytuacjach, ale także w rozmowach z talią, z którą nawet nie miała się jak kłócić. Wtasowana karta wyskakiwała ponownie, jak przeklęta, kłócąc się z nią co i rusz. W takich sytuacjach często stosowała system karnej talii, co sprowadzało się do tego, ze wyjmowała gagatka z aktualnie używanego stosiku i wrzucała go do innego, żeby jej nie przeszkadzał.

Ale to teraz na stole to nie były jej karty i nie rozmawiała na osobności. To był rozkład Mills, który kół ją w oczy, podsumowywał w nieprzyjemny sposób i w ogóle był absolutnie bezczelny, kiedy ona tutaj miała złamane serce. Niby nic nowego od siedmiu lat, ale na Matkę - po co tak bezpośrednio.

- Dobra kurwa, nie - wyprostowała się jak struna w pewnym momencie. - Taki chuj - zawyrokowała, wyciągając ręce i cały ten rozkład burząc paroma prostymi ruchami rąk. Nie chciała na te karty patrzeć w tym rozkładzie, ale szczerze, to to jej wystarczyło. Millie mogła nawet dokończyć jej tę całą tyradę, ale przynajmniej nie patrzyły na nią już oczy Arcykapłanki i Pustelnika. A jak nie zapamiętała to cóż - trudno się mówi. Uśmiechnęła się, całkiem z siebie już zadowolona.


she was a gentle
sort of horror
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#8
25.04.2024, 22:30  ✶  
– No co Ty kurwa Rózia! – wyciągnęła ręce przed siebie, ze szczerym śmiechem próbując uratować karty przed ich nędznym losem bycia... zwykłą talią kart. Wyglądały jak słodka Alicja, która nie dała się zastraszyć królowej Mab, która była twardsza i miała niezły reality check, skoro się skumała, że po prostu ostro przyćpała i to wszystko, ten cały sąd i ten cały wyrok to jakieś tylko jebane haluny.

– Popierdoliło Cię do reszty wariatko! – słodziła jej dalej, zbierając jednak swoje cenne kartoniki, pierwszą talię, tę którą dostała od Morfiny, z którą zagrała każdy jeden jebaniutki meczyk Quidditcha. Na szczęście. Bo wiadomo że karty to suki, ale szczęście jej przynosiły za każdym razem. – Wiesz przecież co jest w tych kartach, wiesz jak te kurwy nas kochają i jak uwielbiają nam dopierdalać. Ale mam teraz doskonały pomysł. Teraz Ty mi postawisz. Wódkę i układ. Na to co zwykle, na sprawy sercowe, zobaczysz co to znaczy mieć chujowy rozkład, a nie...

Na tym etapie nie było już tak źle. Alastor szczęśliwie rozstał się z Mav (jakby kogokolwiek poza Mildred to obchodziło) i był znów singlem przygodnie ruchającym jakieś cizie na imprezach. Cizie jednorazowe nie przyprawiały Miles o migrenę. Dwurazowe już zbliżały się niebezpiecznie do redalarmu, a trzyrazowe... takich na szczęście było niewiele. Panna Moody bardzo dbała o to, wszystkimi dostępnymi środkami.

– Anyway, ja do sercowego bez wódki nie podchodzę, jak masz jakąś popite to też chętnie, może być kurwa winiacz.– wyszczerzyła się jak zawsze paskudnie. – Na tym Beltane będą te wianki, ja i moje metr pięćdziesiąt w obcasach to za chuja nie dostane się na górę, z resztą z kim? Z Erikiem może, przecież wszyscy wiedzą, że marzy mu się taka fantastyczna żona jak ja. –cmoknęła radośnie w samozachwycie, a może samozaoraniu. Dla niej te dwie wartości leżały stanowczo zbyt blisko siebie.
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#9
26.04.2024, 01:10  ✶  
Nic jej nie było w stanie powstrzymać. No dobra, gdyby się Millie postarała, to z łatwością by ją od tej dewastacji rozkładu odwiodła, ale może był to ten element zaskoczenia, który zastosowała blondynka. Wariatko, to też bardzo dobrze powiedziane, bo Ambrosia nie czuła się w tym momencie ani odrobinę poczytalna. Ale prawda była taka, że nie czuła się taka już od czternastego marca, daty swoich cudownych urodzin, które wyznaczały pierwszy dzień wtrącenia jej do jakiegoś osobistego piekła. Gorzej, do jej własnego Limbo, które nie chciało tak zwyczajnie odejść, jak te pospolite wizje których doświadczał każdy Trelawney.

- Ale nie muszę na nie patrzeć - zgromiła kuzynkę spojrzeniem, jakby udawała głupszą niż jest w rzeczywistości. Zaśmiała się zaraz przy tym, może odrobinę obłąkańczo, ale była w tym już o wiele większa swoboda. Rozluźniła się nieco, trochę zachęcona do tego śmiechem, którym obdarzyła ją Millie.

- Dobra, niech ci będzie. Wolę już tak niż być psychoseksualnie analizowana przez te zasrane kartoniki. Wódki nie mam, ale mam bimber, kochana - zakomunikowała. Biber i to najwyższej klasy, bo się Stanley postarał, dając go jej w prezencie. Brakowało tylko ogórków, ale na te liczyła w sezonie letnim.

Nie wstała jednak od razu. Coś w dalszych słowach kobiety sprawiło, że skrzywiła się na moment, przez moment zastanawiając, zanim nie uniosła się gwałtownie, żeby chwycić Mildred za rękę i spojrzeć jej uważnie w żółte oczy.
- To Beltane to nic dobrego - jej głos był chropowaty, dziwnie różny od zwyczajowego szczebiotania lub zezłoszczonego utyskiwania, w które często popadała. Nauczyła się go, oczywiście, bo zdążyła się nasłuchać przez lata jasnowidzów, którzy w podobny sposób wypowiadali swoje przepowiednie. Było w nim coś metalicznego i odległego, w co uderzała podświadomie, im większe niepewności ją nachodziły odnośnie sabatu. - Możesz wdrapywać się na pal dla kogo tylko chcesz, ale nie zostawaj sama. Bo cokolwiek przyniesie święto, stanie się krzywda - palce zaciskały się na nadgarstku Moody mocniej i mocniej, a Ambrosia kiedy skończyła mówić, przez moment jeszcze spoglądała na nią badawczo. W końcu jednak rozluźniła uścisk, cofając się i wstając zaraz, jak gdyby nigdy nic.

W Ministerstwie już panowało swojego rodzaju poruszenie z powodu sabatu. Postarano się o zwiększenie patroli, jakby ktoś u góry przewidywał większe problemy w tym roku. Zakon z resztą też robił swoje, podążając za rozrzuconymi tropami, za sprawą kamienia runicznego i starając się odpowiednio zabezpieczyć przed wielką niewiadomą, jaką było to co właściwie szykował Czarny Pan. Ambrosia co prawda nie wiedziała o żadnej z tych rzeczy, ale miała Alexandra. I nawet, jeśli była na niego obrażona to wiedziała, że nie bez powodu by ją ostrzegał, by nie iść na tegoroczny sabat. Z resztą, miała inne rzeczy do roboty, bo cieniejąca zasłona między życiem a śmiercią pozwalała odesłać bezpiecznie duchy na druga stronę i głównie to czekało na nią podczas Beltane.

Ruszyła do kuchni, zostawiając Moody na chwilę samą, żeby zrobiła porządek z tymi swoimi rozpizgniętymi kartami i przetrawiła to, co usłyszała. Wróciła dość szybko, klekocząc butelkami. Bimber raz, winiacz raz - nawet nie gimnastykowała się specjalnie, żeby przynieść coś wyższych lotów, bo czuła że im szybciej ją ten koktajl sponiewiera, tym lepiej i dla niej i dla jej szanownego gościa.

Machnęła różdżką, nią przywołując z pobliskiego kredensu szklanki. Ładne, z rzniętego kryształu, które sama już nie wiedziała skąd miała. Ustawiwszy je na boku stolika, pozwoliła Millie dysponować piciem, bo sama złapała za swoją talię i zaczęła ją tasować.
- Sercowe, tak? Na to co zwykle, niech będzie. Mam nadzieję że nie oszukujesz i faktycznie mi się aż humor poprawi, jak na nie spojrzę - uśmiechnęła się złośliwie do Mills i zaczęła wykładać na blat kolejne karty.

[+]Spoiler
rzuty na rozkład i tu obrazek se linkuję żeby pamiętać w jakiej to kolejności
1-prosta, 2-odwrócona

Rzut Tarot 1d78 - 9
Rydwan
Rzut 1d2 - 2

Rzut Tarot 1d78 - 74
Szóstka Pucharów
Rzut 1d2 - 1

Rzut Tarot 1d78 - 30
Czwórka Pucharów
Rzut 1d2 - 2

Rzut Tarot 1d78 - 46
Król Pucharów
Rzut 1d2 - 2

Rzut Tarot 1d78 - 46
Król Pucharów
Rzut 1d2 - 2

Rzut Tarot 1d78 - 71
Szóstka Buław
Rzut 1d2 - 2

Rzut Tarot 1d78 - 19
Gwiazda
Rzut 1d2 - 1

Rzut Tarot 1d78 - 43
Król Buław
Rzut 1d2 - 1

Rzut Tarot 1d78 - 5
Cesarz
Rzut 1d2 - 1

Rzut Tarot 1d78 - 71
Szóstka Buław
Rzut 1d2 - 1


she was a gentle
sort of horror
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#10
27.04.2024, 09:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2024, 09:43 przez Millie Moody.)  
Najprawdopodobniej problemem była norma. Coś co jest normalne dla jednej osoby, mogło być totalnie odbiegające od normy dla drugiej, a w przypadku Mildred ów norma drastycznie odbiegała od standardów nawet tych przyjętych przez magiczną społeczność. Czy Ambrosia zachowywała się dziwnie? Owszem. Czy za dzieciaka tak właśnie złożona chorobą matka Miles mówiła jej niemalże w formie wróżby, że ma uważać wychodząc po mleko? Również. Patologiczna nadopiekuńczość matki hipochondryczki i wiecznie nieobecny ojciec, to złożyło się na dziewczynę, która szybko nauczyła się, że może mieć w dupie takie krypne informowanie jej o zagrożeniu. Wiedziała, że coś się święci, w Zakonie buczało jak w ulu, z resztą w Brygadzie Uderzeniowej również. Konfrontacja wisiała w powietrzu, ale Mildred Karaluch Moody, była przekonana, że może w nią jebnąć atomówka i i tak nic się nie zadzieje. Być może, gdyby obejrzał to jakiś magipsychiatra, stwierdziłby uszkodzenie części mózgu odpowiedzialną za strach. Cóż, później gdy rzeczywiście oglądali ją Ci specjaliści, były już inne problemy, niż patologiczna brawura i skłonności do autodestrukcji.

– Przynieś przynieś, ja swój cały wyżłopałam, ale następnym razem przyniosę swoją karmelówkę. – alkohol pędzony na strychu w niedoszłej pracowni malarskiej był zawsze koloru Miles'owych oczu. Zupelnie jakby chciała by ludzie pili ją, by paliła im przełyki i upajała zawrotami głowy i otumanioną szczęśliwością na ryju. Albo łzami nienawiści do siebie. Albo oboma na raz.

Wypiła razem z nią i od razu nalała sobie drugi kieliszek, bo układy na sprawy sercowe nigdy nie były proste. Oczywiście korzystała z bycia młodą i powiedzmy całkiem ładną jak spojrzeć pod odpowiednim kątem, korzystała z tego, że nie brakło jej temperamentu, który o dziwo intrygował wielu, bez względu na pozycję zajmowaną w czarodziejskim świecie. Od ścieku po sam szczyt, Mildred nie wybrzydzała, gdy ktoś porządnie wgniótł ją w ścianę, nie wybrzydzała, gdy mogła pozostawić cudze ciało całe w siniakach a właściciel tegoż ciała jej jeszcze za to dziękował. Ale serce... to dawno opuściło jej klatkę piersiową, czuła się pusta i przytępiona, rozgrzewana do czerwoności tylko przez swoją patologiczną zazdrość.

Odwrócony rydwan. Tak, zaczyna się...

Szóstka kielichów. Para dzieci trzymające w niewinności uczucia wzajemnego zaufania i troski. Kielich, który teraz był dla niej trucizną jątrzącą jej życie w bezsenne noce czekania, aż on powróci do domu.

Nienawidziła talii Ambrosi i nie raz mówiła jej jaka to jest pojebana abominacja, że karty dublują się. Tak nie powinno być, to w jej odczuciu zaburzało ogląd na sprawę. Tylko że... Po trzykroć och po trzykroć para, rodzeństwo, jej największe błogosławieństwo i przekleństwo w jednym. Mogłaby tu siedzieć naga przed swoją kuzynka, mogłaby leżeć rozkraczona na tym jebanym stole i nie czułaby się tak wyeksponowana jak przez te kurwy. Ostatni raz.

Wysunęła ku górze podbródek, zmrużyła oczy wyzywająco, wiedząc, że ona wie, że nie ma już odwrotu. Mogłaby wyrżnąć stolikiem, mogłaby rozpętać tutaj piekło kołtunem, który rozsadzał jej osierocone żebra. Mogłaby. Bimber palił, a ciało Miles drżało w płyciźnie jej dogasającego oddechu.
– Wiem jak działają gumki Ambrosia, jak mi zaraz jebniesz, że po Beltane będę mieć sześciokurwaraczki, to Ci pizgnę.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambrosia McKinnon (3288), Millie Moody (2523)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa