16.04.2024, 01:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2024, 17:04 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic V
—13/08/1972—
Miejscu kultu kowenu, Wyspy Brytyjskie
Sebastian Macmillan & Brenna Longbottom
Poddajesz mnie coraz bardziej wymyślnym próbom, Matko, pomyślał z przekąsem Sebastian, siedząc w jednej z przednich ławek w kapliczce, wpatrując się w płonący na przodzie ogień. Zasięgniecie rady u panny Longbottom, miało być ostatecznością, a zamiast tego przekształciło się w podstawę jego planu. Nie podobało mu się to. Nie lubił się dzielić szczątkowymi wynikami badań, a teraz był zmuszony to zrobić.
Kaplica była pogrążona w ciemności. Odnowione okiennice zasłaniały nieliczne okna rozsiane po bokach głównej komnaty, nie wpuszczając do środka ostrych promieni światła słonecznego z zewnątrz. Gęsty mrok rozpraszało jedynie płonące złotym ogniem palenisku w miejscu, gdzie w mugolskich kaplicach znajdował się ołtarz oraz kilka świeczek unoszących się w powietrzu, jakieś dwa metry ponad głowami potencjalnych odwiedzających. Co jakiś czas świeczki podlatywały na przód, aby oświetlić obrazy z wizerunkiem Pani Księżyca przedstawionej w kilku stadiach.
Macmillan siedział w drugiej ławce od przodu, wsłuchując się we własny oddech i ciche odgłosy uśpionego budynku, funkcjonującego poniekąd w zupełnym oderwaniu od świata na zewnątrz. Głosy ludzi nie rozbrzmiewały w tym miejscu od miesięcy, a miejsce kultu przyjęło nowy język w formie skrzypienia drewna, zgrzytów kamieni i syku płomieni. Co jakiś czas egzorcysta wyłapywał gdzieś z tyłu szmery i popiskiwania; zapewne jakieś myszy zadomowiły się w tym miejscu.
Cóż, nawet one były dziełem Stworzycielki, kim więc był, aby pozbawiać je schronienia, biorąc pod uwagę, że jesień zbliżała się wielkimi krokami, a niewykluczone, że i zima nadejdzie wyjątkowo wcześnie w tym roku? Sebastian poczuł dreszcze na plecach na tę myśl; jeśli nie znajdzie jakiegoś rozwiązania na problem trapiący Zimnych, to ci mogą w ogóle nie mieć szansy świętować Yule, nie mówiąc o przyszłej wiośnie. Naprawdę powinien się spieszyć, jeśli chciał pomóc.
Nie licząc wizyty w Windermere, większość swojego wolnego czasu przeznaczył na studiowanie wszystkich dostępnych publicznie wiadomości na temat Beltane i pokłosia ataku Śmierciożerców oraz zestawiając te informacje z tymi, jakie zdołał uzyskać od Patricka w ramach ich rozmów w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Wydawało mu się, że zaczynał mieć całkiem jasny obraz sytuacji, jednak dalej brakowało mu kluczowych elementów tej układanki.
Przede wszystkim jak do tej pory wydarzenia z festynu poznał przede wszystkim z perspektywy Zimnego, a więc nie wiedział, jak to wyglądało od strony kogoś, kto brał aktywny udział w walce ze Śmierciożercami. Pozostawała też kwestia kamieni Shafiqów, jakie zostały im skradzione przed obchodami Beltane i jakimś cudem wylądowały w rękach Śmierciożerców. Zmarszczył brwi, zatrzymując się na dłużej przy tej myśli. Akurat w tym nic dziwnego nie było. Czarnoksiężnicy sami maczali palce w kradzieży czy zostało to zlecone czarodziejskiemu półświatkowi z Nokturna?
Potrzebował informacji z pierwszej ręki. Rozważał odezwanie się do Zimnych, jednak wątpił, czy wszyscy byliby chętni do rozmowy z nim. Patrick raczej nie byłby w stanie powiedzieć mu zbyt wiele, skoro sporą część ataku spędził w Limbo. Z Mavelle i Victorią nie znał się na tyle dobrze, a z Atreusem współpracował właściwie tylko raz w ostatnim czasie. Po zestawieniu ze sobą sylwetek bohaterów z Polany Ognisk wybór stał się oczywisty: Brenna Longbottom była w sercu tego wszystkiego, a przede wszystkim była aż nazbyt aktywną pracownicą Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. A to oznaczało, że wiedziała, co w trawie piszczy.
Sebastian wzdrygnął się, gdy ciężkie drzwi frontowe uchyliły się z głośnym trzaskiem, wpuszczając do środka światło dnia. Wstał z ławki i wyszedł na spotkanie zbłąkanej duszyczce. No może nie takiej do końca zbląkanej, pomyślał przelotnie, mrużąc oczy z kwaśną miną. Spędził już w środku trochę czasu, a więc jego oczy przyzwyczaiły się do panującej w budynku ciemności. Uniósł rękę na wysokość czoło, próbując zidentyfikować przybyszkę.
— Cieszę się, że jesteś — rzucił słabym głosem, mijając kolejne rzędy ławek. Jak to już miał w zwyczaju na spotkanie obrał się w czerń, narzucając na ciemną koszulę szaro-burą kamizelką, uparcie twierdząc, że robiło się z każdym dniem coraz chłodniej. — Nie sądziłem, że tak po prostu się zgodzisz. Wprawdzie wiem, że to dla ciebie sprawa istotną, jednak brak pytań, czy żądania, żebym się wytłumaczył w liście... Zaskoczyłaś mnie.
Tylko jeszcze nie wiem, czy pozytywnie, dokończył bezgłośnie. Brenna miała tendencje do tego, że oczekiwała często natychmiastowych wyników. Przynajmniej tak postrzegał to Sebastian, przyzwyczajony poniekąd do tego, że Longbottom nie miała w zwyczaju rezerwować wizyt w jego kanciapie z odpowiednim wyprzedzeniem. Jednak może teraz właśnie potrzebował kogoś, kto będzie siedział mu nad głową. Bądź co bądź, obecny projekt to była zupełnie inna półka niż ich dotychczasowe współprace. To było coś znacznie większego od egzorcyzmów, kolekcji nieodprawionych duchów czy kryształowej czaszki z bagien.
Kaplica była pogrążona w ciemności. Odnowione okiennice zasłaniały nieliczne okna rozsiane po bokach głównej komnaty, nie wpuszczając do środka ostrych promieni światła słonecznego z zewnątrz. Gęsty mrok rozpraszało jedynie płonące złotym ogniem palenisku w miejscu, gdzie w mugolskich kaplicach znajdował się ołtarz oraz kilka świeczek unoszących się w powietrzu, jakieś dwa metry ponad głowami potencjalnych odwiedzających. Co jakiś czas świeczki podlatywały na przód, aby oświetlić obrazy z wizerunkiem Pani Księżyca przedstawionej w kilku stadiach.
Macmillan siedział w drugiej ławce od przodu, wsłuchując się we własny oddech i ciche odgłosy uśpionego budynku, funkcjonującego poniekąd w zupełnym oderwaniu od świata na zewnątrz. Głosy ludzi nie rozbrzmiewały w tym miejscu od miesięcy, a miejsce kultu przyjęło nowy język w formie skrzypienia drewna, zgrzytów kamieni i syku płomieni. Co jakiś czas egzorcysta wyłapywał gdzieś z tyłu szmery i popiskiwania; zapewne jakieś myszy zadomowiły się w tym miejscu.
Cóż, nawet one były dziełem Stworzycielki, kim więc był, aby pozbawiać je schronienia, biorąc pod uwagę, że jesień zbliżała się wielkimi krokami, a niewykluczone, że i zima nadejdzie wyjątkowo wcześnie w tym roku? Sebastian poczuł dreszcze na plecach na tę myśl; jeśli nie znajdzie jakiegoś rozwiązania na problem trapiący Zimnych, to ci mogą w ogóle nie mieć szansy świętować Yule, nie mówiąc o przyszłej wiośnie. Naprawdę powinien się spieszyć, jeśli chciał pomóc.
Nie licząc wizyty w Windermere, większość swojego wolnego czasu przeznaczył na studiowanie wszystkich dostępnych publicznie wiadomości na temat Beltane i pokłosia ataku Śmierciożerców oraz zestawiając te informacje z tymi, jakie zdołał uzyskać od Patricka w ramach ich rozmów w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Wydawało mu się, że zaczynał mieć całkiem jasny obraz sytuacji, jednak dalej brakowało mu kluczowych elementów tej układanki.
Przede wszystkim jak do tej pory wydarzenia z festynu poznał przede wszystkim z perspektywy Zimnego, a więc nie wiedział, jak to wyglądało od strony kogoś, kto brał aktywny udział w walce ze Śmierciożercami. Pozostawała też kwestia kamieni Shafiqów, jakie zostały im skradzione przed obchodami Beltane i jakimś cudem wylądowały w rękach Śmierciożerców. Zmarszczył brwi, zatrzymując się na dłużej przy tej myśli. Akurat w tym nic dziwnego nie było. Czarnoksiężnicy sami maczali palce w kradzieży czy zostało to zlecone czarodziejskiemu półświatkowi z Nokturna?
Potrzebował informacji z pierwszej ręki. Rozważał odezwanie się do Zimnych, jednak wątpił, czy wszyscy byliby chętni do rozmowy z nim. Patrick raczej nie byłby w stanie powiedzieć mu zbyt wiele, skoro sporą część ataku spędził w Limbo. Z Mavelle i Victorią nie znał się na tyle dobrze, a z Atreusem współpracował właściwie tylko raz w ostatnim czasie. Po zestawieniu ze sobą sylwetek bohaterów z Polany Ognisk wybór stał się oczywisty: Brenna Longbottom była w sercu tego wszystkiego, a przede wszystkim była aż nazbyt aktywną pracownicą Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. A to oznaczało, że wiedziała, co w trawie piszczy.
Sebastian wzdrygnął się, gdy ciężkie drzwi frontowe uchyliły się z głośnym trzaskiem, wpuszczając do środka światło dnia. Wstał z ławki i wyszedł na spotkanie zbłąkanej duszyczce. No może nie takiej do końca zbląkanej, pomyślał przelotnie, mrużąc oczy z kwaśną miną. Spędził już w środku trochę czasu, a więc jego oczy przyzwyczaiły się do panującej w budynku ciemności. Uniósł rękę na wysokość czoło, próbując zidentyfikować przybyszkę.
— Cieszę się, że jesteś — rzucił słabym głosem, mijając kolejne rzędy ławek. Jak to już miał w zwyczaju na spotkanie obrał się w czerń, narzucając na ciemną koszulę szaro-burą kamizelką, uparcie twierdząc, że robiło się z każdym dniem coraz chłodniej. — Nie sądziłem, że tak po prostu się zgodzisz. Wprawdzie wiem, że to dla ciebie sprawa istotną, jednak brak pytań, czy żądania, żebym się wytłumaczył w liście... Zaskoczyłaś mnie.
Tylko jeszcze nie wiem, czy pozytywnie, dokończył bezgłośnie. Brenna miała tendencje do tego, że oczekiwała często natychmiastowych wyników. Przynajmniej tak postrzegał to Sebastian, przyzwyczajony poniekąd do tego, że Longbottom nie miała w zwyczaju rezerwować wizyt w jego kanciapie z odpowiednim wyprzedzeniem. Jednak może teraz właśnie potrzebował kogoś, kto będzie siedział mu nad głową. Bądź co bądź, obecny projekt to była zupełnie inna półka niż ich dotychczasowe współprace. To było coś znacznie większego od egzorcyzmów, kolekcji nieodprawionych duchów czy kryształowej czaszki z bagien.