14.04.2024, 11:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 14:54 przez Mirabella Plunkett.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Piszę więc jestem
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
—29/07/1972—
Anglia, Little Hangleton
Erik Longbottom & Anthony Shafiq
![[Obrazek: 2pL1sOp.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2pL1sOp.png)
Deszcz jak siwe łodygi, szary szum,
a u okien smutek i konanie.
Taki deszcz kocham, taki szelest strun,
deszcz - życiu zmiłowanie.
Dalekie pociągi jeszcze jadą dalej
bez ciebie. Cóż? Bez ciebie. Cóż?
w ogrody wód, w jeziora żalu,
w liście, w aleje szklanych róż.
I czekasz jeszcze? Jeszcze czekasz?
![[Obrazek: 2pL1sOp.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2pL1sOp.png)
Deszcz jak siwe łodygi, szary szum,
a u okien smutek i konanie.
Taki deszcz kocham, taki szelest strun,
deszcz - życiu zmiłowanie.
Dalekie pociągi jeszcze jadą dalej
bez ciebie. Cóż? Bez ciebie. Cóż?
w ogrody wód, w jeziora żalu,
w liście, w aleje szklanych róż.
I czekasz jeszcze? Jeszcze czekasz?
Była ciemna deszczowa noc.
Spiekotę lipcowego dnia koił chłodny okład nieprzerwanych kropel płaczących nad dziennym znojem płodnej ziemi. Ukojenie spływało po liściach, obmywało korę wisielczych drzew niewielkiej miejscowości Little Hangleton, znanej z rozległych posiadłości bardzo specyficznych ludzi. Przez niebo co jakiś czas przetaczał się grom, choć nie rozświetlał dróg lepiej od kilku poustawianych żeliwnych lamp wskazujących kluczowe punkty do pieszej wędrówki.
Któż przemieszczałby się po Little Hangleton pieszo, skoro służba niewidzialną drogą załatwiała swoje sprawunki, a właściciele domów i ich goście z kaprysu odczuwania drogi prędzej wybraliby karocę, aniżeli własne nogi...
Jedna z posiadłości osadzona raczej na uboczu, odznaczała się prostotą stylu, nawiązującą do pomysłów architektonicznych starożytnego rzymu. Daleko jej było do wiktoriańskich zameczków, wymyślnych pałacyków otoczonych angielskimi ogrodami. Gospodarz dość ekscentrycznie kilka lat temu przebudował całość podług własnego kaprysu, ignorując kwestie związane z pogodą, której bardzo daleko było do śródziemnomorskich standardów. Wszechobecne kolumny, rzeźby, symetryczne ogrody w dwóch rozległych atriach oblewane teraz obficie płaczem niebios.
Pomimo jasnych, błyszczących nawet nocą ścian elewacji i rozległego podjazdu przed głównym, dwudrzwiowym wejściem, pomimo sobotniego wieczoru zachęcającego do zabaw i śmiechu, wewnątrz pomieszczenia panował mrok. Tylko na piętrze jedno z okien było otwarte na oścież i choć kotary przysłaniały w większości widok do wnętrza pomieszczenia, nie były wstanie powstrzymać wydobywającego się z wnętrza dźwięku.
Ckliwa melancholią melodia rozpływała się przy akompaniamencie pojedynczej nuty, uporczywie wbijającej się w umysł jak krople opadającego deszczu. Muzyka fortepianu zlewała się z poszumem zaistniałej w rzeczywistości letniej burzy, barwne arabeski ozdobników kreśliły fantazyjne linie niczym krople wyznaczające swoje ścieżki po perfekcyjnych twarzach ustawionych w ogrodach rzeźb. Nie wiadomo kiedy w melodię wkradł się też i mrok. Ostinatowy ton pozostał, niczym upływające sekundy bezwzględnie wyznaczające czas prowadzący ku żałobnej procesji. Napięcie wzmagało, ciężkie dłonie kaleczyły łagodność pieśni wobec wzmagającego smutku, próżnego sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości. Opadającym ciężkim oktawom musiała przyjść w końcu żałosna konstatacja, pogodzenie się z losem, wymuszone rozgrzeszenie, przepełnione żalem odpuszczenie win. Łagodna melodia wróciła w zapętleniu, fałszywie lecząca, uciszająca gniew. Pętla, niekończąca się pętla... grający za nic miał dobrostan swoich sąsiadów, nie zamykał muzycznej myśli lecz grał i grał ją w koło nie dając sobie i wisielczym drzewom chwili oddechu.
Spiekotę lipcowego dnia koił chłodny okład nieprzerwanych kropel płaczących nad dziennym znojem płodnej ziemi. Ukojenie spływało po liściach, obmywało korę wisielczych drzew niewielkiej miejscowości Little Hangleton, znanej z rozległych posiadłości bardzo specyficznych ludzi. Przez niebo co jakiś czas przetaczał się grom, choć nie rozświetlał dróg lepiej od kilku poustawianych żeliwnych lamp wskazujących kluczowe punkty do pieszej wędrówki.
Któż przemieszczałby się po Little Hangleton pieszo, skoro służba niewidzialną drogą załatwiała swoje sprawunki, a właściciele domów i ich goście z kaprysu odczuwania drogi prędzej wybraliby karocę, aniżeli własne nogi...
Jedna z posiadłości osadzona raczej na uboczu, odznaczała się prostotą stylu, nawiązującą do pomysłów architektonicznych starożytnego rzymu. Daleko jej było do wiktoriańskich zameczków, wymyślnych pałacyków otoczonych angielskimi ogrodami. Gospodarz dość ekscentrycznie kilka lat temu przebudował całość podług własnego kaprysu, ignorując kwestie związane z pogodą, której bardzo daleko było do śródziemnomorskich standardów. Wszechobecne kolumny, rzeźby, symetryczne ogrody w dwóch rozległych atriach oblewane teraz obficie płaczem niebios.
Pomimo jasnych, błyszczących nawet nocą ścian elewacji i rozległego podjazdu przed głównym, dwudrzwiowym wejściem, pomimo sobotniego wieczoru zachęcającego do zabaw i śmiechu, wewnątrz pomieszczenia panował mrok. Tylko na piętrze jedno z okien było otwarte na oścież i choć kotary przysłaniały w większości widok do wnętrza pomieszczenia, nie były wstanie powstrzymać wydobywającego się z wnętrza dźwięku.
Ckliwa melancholią melodia rozpływała się przy akompaniamencie pojedynczej nuty, uporczywie wbijającej się w umysł jak krople opadającego deszczu. Muzyka fortepianu zlewała się z poszumem zaistniałej w rzeczywistości letniej burzy, barwne arabeski ozdobników kreśliły fantazyjne linie niczym krople wyznaczające swoje ścieżki po perfekcyjnych twarzach ustawionych w ogrodach rzeźb. Nie wiadomo kiedy w melodię wkradł się też i mrok. Ostinatowy ton pozostał, niczym upływające sekundy bezwzględnie wyznaczające czas prowadzący ku żałobnej procesji. Napięcie wzmagało, ciężkie dłonie kaleczyły łagodność pieśni wobec wzmagającego smutku, próżnego sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości. Opadającym ciężkim oktawom musiała przyjść w końcu żałosna konstatacja, pogodzenie się z losem, wymuszone rozgrzeszenie, przepełnione żalem odpuszczenie win. Łagodna melodia wróciła w zapętleniu, fałszywie lecząca, uciszająca gniew. Pętla, niekończąca się pętla... grający za nic miał dobrostan swoich sąsiadów, nie zamykał muzycznej myśli lecz grał i grał ją w koło nie dając sobie i wisielczym drzewom chwili oddechu.
Kamienny blok ociosany w kształt postaci, być może pozłocony i wyłożony drogimi kamieniami. W oczach wyznawców ożywa i dysponuje realną mocą. W jego kształtach widzą to, co chcą zobaczyć – boga – lecz w istocie to tylko bryła kamienia. Bóg żyje w ich wyobraźni. Dzicy oddają cześć idolom z drewna i kamienia; ludzie cywilizowani – idolom z krwi i kości.
Cóż ma ze sobą zrobić posąg, który nigdy nim nie był i nie chce być dłużej tak patrzony? Czy wystarczy zejść z postumenta, odłożyć złoto i szmaragdy do ofiarnej misy i odejść? Czy nie żal będzie, jeśli wpatrzone dotąd w idole oczy nie odwrócą się za nim choćby po to, by pożegnać się należycie? Cóż jeśli domaga się od Ciebie głos autentyzmu, lecz gdy tylko stracisz blichtr, to samo gardło wyśpiewa z siebie pieśń pochwalną ku ciału przyobleczonemu diamentami, niepomne własnej prośby, własnego żądania?
Popełniłem błąd, gnany nostalgią i tęsknotą za rozkoszą bezmyślności, za słodkim nektarem skrytym pośród gałęzi. A te odsuwają się ode mnie, gdy ku nim sięgam. Dni upływają w roztargnieniu, w moim własnym prywatnym Tartarze, a wszystko czego tkną się moje ręce, obraca się w niwecz. Paroksyzmy dawnego afektu upośledzają jakiekolwiek działania, wspomnienia atakują mnie teraz ze zdwojoną bezładną siłą. Lękam się kłaść głowę na poduszkę. Jak nie śniłem kiedyś, tak teraz zdaje się, że sny skoro nie mogą dopaść mnie nocą, atakują na jawie. Ni hartowanie ciała, ni małe sztuczki bez posiłkowania się cisową witką, które udaje mi się powoli opanowywać dzięki wzmożonym wysiłkom mej mistrzyni, ni nawet opieka nad umiłowanym przyjacielem... Nic nie pozwala mi zapomnieć. Ukojenie znajduję tylko w dźwiękach zakurzonego fortepianu, który teraz znosić musi moje odwykłe od gry palce.
Dziś nie widać księżyca, przynosi to wątpliwą ulgę. W każdej chwili jego garb może wyłonić się zza ołowianych chmur. W każdej chwili jego blask może wpaść między zasłony i znów, znów nękać koszmarem tkanym nokturnem zapomnienia.
Cóż ma ze sobą zrobić posąg, który nigdy nim nie był i nie chce być dłużej tak patrzony? Czy wystarczy zejść z postumenta, odłożyć złoto i szmaragdy do ofiarnej misy i odejść? Czy nie żal będzie, jeśli wpatrzone dotąd w idole oczy nie odwrócą się za nim choćby po to, by pożegnać się należycie? Cóż jeśli domaga się od Ciebie głos autentyzmu, lecz gdy tylko stracisz blichtr, to samo gardło wyśpiewa z siebie pieśń pochwalną ku ciału przyobleczonemu diamentami, niepomne własnej prośby, własnego żądania?
Popełniłem błąd, gnany nostalgią i tęsknotą za rozkoszą bezmyślności, za słodkim nektarem skrytym pośród gałęzi. A te odsuwają się ode mnie, gdy ku nim sięgam. Dni upływają w roztargnieniu, w moim własnym prywatnym Tartarze, a wszystko czego tkną się moje ręce, obraca się w niwecz. Paroksyzmy dawnego afektu upośledzają jakiekolwiek działania, wspomnienia atakują mnie teraz ze zdwojoną bezładną siłą. Lękam się kłaść głowę na poduszkę. Jak nie śniłem kiedyś, tak teraz zdaje się, że sny skoro nie mogą dopaść mnie nocą, atakują na jawie. Ni hartowanie ciała, ni małe sztuczki bez posiłkowania się cisową witką, które udaje mi się powoli opanowywać dzięki wzmożonym wysiłkom mej mistrzyni, ni nawet opieka nad umiłowanym przyjacielem... Nic nie pozwala mi zapomnieć. Ukojenie znajduję tylko w dźwiękach zakurzonego fortepianu, który teraz znosić musi moje odwykłe od gry palce.
Dziś nie widać księżyca, przynosi to wątpliwą ulgę. W każdej chwili jego garb może wyłonić się zza ołowianych chmur. W każdej chwili jego blask może wpaść między zasłony i znów, znów nękać koszmarem tkanym nokturnem zapomnienia.
Realizuję prompt letni: Burzowe chmury