17.04.2024, 09:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 11:48 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Bajarz VI
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Piszę, więc jestem
12.12.1965
Little Hangelton
Little Hangelton
Stała pod wielką, rozchodzącą się ku niebu, koszmarną, czarną, mroczną, przejmującą gałęzią. Przetartą w jednym miejscu, tak mniej więcej przed łokciem, jeżeli drzewa mogłyby mieć łokcie.
Zima była piękną porą roku, brak zieleni odsłaniał prawdę o świecie, który pozbawiony skrupułów był tylko areną kolejnych walk i mordów. Zabijaj. Jedz. Rozmnażaj się. Konkuruj.
Próżno było szukać w Mildred Julowego nastroju. Nie kiedy była sama. Nie kiedy była na terenie Little Hangleton.
Zdawało jej się, że na tym drzewie nie ma wyrwy po linie, że jest ona wypełniona suchym, trzeszczącym pod ciężarem powrozem. Że patrzy na nią wisielec, ale nie taki, jakby się go kogokolwiek spodziewał, powieszony jak bogowie przykazali za głowę. Nie. Sprawiedliwość usadziła Wisielca, skazując go na wieczne dyndanie głową w dół, a więc przywiązany był za kostkę.
Ta kostka musiała go nakurwiać srogo, czemu więc szczerzył ryj?
W przeciwieństwie do ikonografii, jej wizja nie przedstawiała ślicznych, wysuszonych młodzieńców, podobnych do jej całego stadka kuzynów po kądzieli. Mężczyźni Trelawney byli tak słodcy, jak długa, czarna laska lukrecji. Ale nie, to nie ich uśmiech osładzał Mildred powrót do domu. Przyćpany, lekko zdezorientowany Morpheus wisiał tak i szydził z niej.
Co robisz ze swoim życiem dzieciaku?
Mówił, mając usta zupełnie zamknięte. A potem zaczął uśmiechać się coraz szerzej i szerzej, potem jego twarz zamazała się i Moody postąpiła krok do tyłu, przerażona. Ale to tylko głupie drzewo, to tylko głupia czarna gałąź na tle równie głupiego obszczanego czyściuchowymi pudelkami śniegu.
Wyciągneła srebrną papierosnicę zdobioną w poruszający się sztorm, stalowe niebo nad falującym oceanem z malutkim dwumasztowym brygiem gdzieś między jednym a drugim żywiołem. Niebo tej papierośnicy przecinał grom. Mildred wzdrygnęła się i zaciągnęłamocno, po czym poprawiła pelerynę brygadzistki i ruszyła droga przed siebie. Mogła od razu przeskoczyć, ale po tym jebanym zwidzie wolała rozchodzić to trochę, może w tej dziurze mieli sklep, kupi miotłe, przeleci się i jej przejdzie. Bo znajomych raczej tu nie uświadczysz, ewentualnie jakiś pojebanych byłych, którzy nie wyjebali jej w oczy rodowodem, nie na pierwszej randce, ale z pewnością już na trzeciej. Nie chciała jednak skakać. Miała złe przeczucie, dzisiaj dzień był czarniejszy.
Sesja w ramach realizacji tematu tej SUM-y