Ale Mavelle tutaj nie było. Od paru dni szukała odpowiedzi za granicą, u jednej z ciotek ze strony ojca, i Zakon przynajmniej na razie stracił jedną ze swoich bojowniczek, Brenna nie miała już pod ręką jej nosa i umiejętności zastraszania, a poza tym martwiła się o kuzynkę szaleńczo. Ale to było oczywiste, że musieli chwytać się każdego tropu, a Brenna mogła wyrwać się do Afryki na parę dni, ale już nie na trzy miesiące do Nowego Orleanu.
– Ogłuszyłbyś mnie, wujku i zaciągnął tam siłą? – zapytała z pewnym rozbawieniem, chociaż z „nie mam czasu” przeszła całkiem płynnie do „może mają tam nekromantów?”. W końcu nie mogli liczyć tylko na to, że Bones uda się coś uzyskać. Nie upierała się więc, że nie, absolutnie, wcale. – Dlaczego właśnie Kambodża? Nawet nie jestem pewna, gdzie ona leży – przyznała, nim cofnęła się, by zacząć tkać swoją magię.
Sukces!
Sukces!
Więcej ognia z magii kształtowania - i wlanie w niego i innego rodzaju magii, przeciwnego mu właściwie, takiego, który magię niszczy, rozproszenia. Szkatułka, obłożona przecież zaklęciem zabezpieczającym, stopiła się, i pośród płomieni przez moment widzieli rękojeść...
A potem ogień zabarwił się na czarno i czerń prysnęła na boki, zderzając się z tarczami, które wyczarował Morpheus.
Kolejny ruch różdżki, więcej magii: wlanie światła w płomienie, bo skoro broń żywiła się ciemnością, ogień musiał być nie tylko gorący i niszczący, ale także dawać blask, by nie było cienia, w którym schroni się ciemność tej broni.
Slaby sukces...
Sukces!
Tarcze rozprysły się, ale nie były już potrzebne. Ogień znów był tylko ogniem, tak gorącym, że płonącym na niebiesko, a rękojeść częściowo się stopiła.
- Nie wiem - odparła Brenna cicho, dopiero teraz, gdy nie musiała się już skupić na magii, choć śledziła topiącą się broń podejrzliwym spojrzeniem. - Ale mam wrażenie, że on w jakiś sposób działał na nas bardziej niż na innych. Zwłaszcza na ciebie. Może ten, dla którego pierwotnie go wykonano, też był jasnowidzem.