07.03.2024, 10:32 ✶
Nokturn latem nie stawał się ani trochę przyjemniejszym miejscem niż Nokturn wiosną czy jesienią – przynajmniej nie zdaniem Marilli, dla której w ciemnościach podziemnych ścieżek pory roku rzadko miały większe znaczenie. Było po prostu bardziej gorąco, a do charakterystycznego swędu dołączała cała masa innych woni, nieprzyjemnych nawet dla kogoś, kto wychowywał się tutaj od dziecka. Żebracy cuchnęli bardziej i jakby ich przybywało. Z rzadko opróżnianych kontenerów na śmieci cuchnęło podwójnie.
Wcale nie chciało się jej wychodzić z własnej pracowni w palarni. Zwłaszcza gdy po pokonaniu schodów wiodących na Nokturn z podziemnych ścieżek Changówna odkryła, że jest szczególnie gorąco i parno: powietrze zdawało się wręcz ciężkie, i Marilla miała wrażenie, że to lepi się do ciała, osiada w płucach. Budynki tutaj stały ciasno, blisko siebie, nie trudno było więc o cień, ale ten nie przynosił ulgi i kobieta momentalnie zatęskniła za swoim pokojem, w którym regularnie odnawiała chłodzące zaklęcie.
Niestety, nawet ktoś taki jak Marilla, nieco zagubiony jeżeli nie w przestrzeni, to przynajmniej w czasie, musiał zorientować się, że coś jest nie tak, kiedy jej mała informatorka nie pojawiła się na dwóch kolejnych spotkaniach. Za pierwszym razem nawet tego nie zauważyła – środę pomyliła z poniedziałkiem – za drugim jednak zaczęła liczyć… i z tych wyliczeń wychodziło, że młodziutkiej Lizzie Turpin albo stała się jakaś krzywda (przykre, ale to był Nokturn), albo dziewczynka nie chciała już przynosić informacji z jednej z kamienic Nokturnu za parę knutów i cukierki.
Z pewną irytacją Marilla wychynęła więc ze swojej nory na podziemnych ścieżkach. Musiała wiedzieć, co się stało, bo chciała mieć na oku sąsiadów Turpinów.
Mimo lipca, ona była blada, nienaturalną bladością kogoś, kto nie tylko ma jasną karnację, ale też nie wychodzi na słońce, a w dodatku całe dnie spędza nad kociołkami pełnymi eliksirów. Na Nokturnie wyróżniała się i azjatycką urodą, i strojem, bo choć na pewno nie była odziana elegancko, to już i nie oberwana – ale szła ulicą pewnie, jakby czuła się jej właścicielką. Póki przebywała na terytoriach w pobliżu palarni Marilla Chang nie bała się nikogo ani niczego, wierząc w ochronę, jaką dawał strach przed Madelaine Chang. Może trochę naiwnie, bo ta miała swoich wrogów, ale co oni robiliby na terenie Changów?
– Lizzie! – zawołała ostrym tonem, gdy dostrzegła ciemnowłosą dziewczynkę dokładnie tam, gdzie niekiedy zbierały się miejscowe dzieciaki i gdzie spodziewała się znaleźć dziesięcioletnią Turpinównę. Wyciągnęła dłoń, gotowa złapać ją za kołnierz, bardzo zirytowana, że najwyraźniej dzieciakowi nic się nie stało, a ośmielił się po prostu naruszyć warunki ich umowy.
Na Nokturnie umowy były ważne.
Przynajmniej umowy z Changami.
Dziesięciolatki też powinny o tym wiedzieć.
Wcale nie chciało się jej wychodzić z własnej pracowni w palarni. Zwłaszcza gdy po pokonaniu schodów wiodących na Nokturn z podziemnych ścieżek Changówna odkryła, że jest szczególnie gorąco i parno: powietrze zdawało się wręcz ciężkie, i Marilla miała wrażenie, że to lepi się do ciała, osiada w płucach. Budynki tutaj stały ciasno, blisko siebie, nie trudno było więc o cień, ale ten nie przynosił ulgi i kobieta momentalnie zatęskniła za swoim pokojem, w którym regularnie odnawiała chłodzące zaklęcie.
Niestety, nawet ktoś taki jak Marilla, nieco zagubiony jeżeli nie w przestrzeni, to przynajmniej w czasie, musiał zorientować się, że coś jest nie tak, kiedy jej mała informatorka nie pojawiła się na dwóch kolejnych spotkaniach. Za pierwszym razem nawet tego nie zauważyła – środę pomyliła z poniedziałkiem – za drugim jednak zaczęła liczyć… i z tych wyliczeń wychodziło, że młodziutkiej Lizzie Turpin albo stała się jakaś krzywda (przykre, ale to był Nokturn), albo dziewczynka nie chciała już przynosić informacji z jednej z kamienic Nokturnu za parę knutów i cukierki.
Z pewną irytacją Marilla wychynęła więc ze swojej nory na podziemnych ścieżkach. Musiała wiedzieć, co się stało, bo chciała mieć na oku sąsiadów Turpinów.
Mimo lipca, ona była blada, nienaturalną bladością kogoś, kto nie tylko ma jasną karnację, ale też nie wychodzi na słońce, a w dodatku całe dnie spędza nad kociołkami pełnymi eliksirów. Na Nokturnie wyróżniała się i azjatycką urodą, i strojem, bo choć na pewno nie była odziana elegancko, to już i nie oberwana – ale szła ulicą pewnie, jakby czuła się jej właścicielką. Póki przebywała na terytoriach w pobliżu palarni Marilla Chang nie bała się nikogo ani niczego, wierząc w ochronę, jaką dawał strach przed Madelaine Chang. Może trochę naiwnie, bo ta miała swoich wrogów, ale co oni robiliby na terenie Changów?
– Lizzie! – zawołała ostrym tonem, gdy dostrzegła ciemnowłosą dziewczynkę dokładnie tam, gdzie niekiedy zbierały się miejscowe dzieciaki i gdzie spodziewała się znaleźć dziesięcioletnią Turpinównę. Wyciągnęła dłoń, gotowa złapać ją za kołnierz, bardzo zirytowana, że najwyraźniej dzieciakowi nic się nie stało, a ośmielił się po prostu naruszyć warunki ich umowy.
Na Nokturnie umowy były ważne.
Przynajmniej umowy z Changami.
Dziesięciolatki też powinny o tym wiedzieć.