30 lipca 1972r.
Aleja Horyzontalna | Mieszkanie Nicholasa
W ostatnim dniu, większość popołudnia przebywał zaproszony u Laurenta Prewetta. Spotkanie rewanżowe. Przyjemnie spędzone, choć nieco inaczej. Mimo bliskości, nie doszło do niczego więcej. Przy okazji, Nicholas dowiedział się czegoś, czego co prawda nie spodziewał. O ataku jakiegoś śmierciożercy na stadninę Abraksanów Prewetta, które zakończyło się niepowodzeniem. Trudno stwierdzić, czy przeprowadzony atak miał tylko formę zastraszania czy faktycznej chęci zrobienia komuś krzywdy. Pytanie jeszcze, kto tak właściwie miał być tego celem? Abraksany, czy Laurent Prewett?
To spotkanie uzmysłowiło Nicholasowi, że powinien bardziej uważać. Dlatego już po takich informacjach, stał się czujniejszy, nie dając się uległości proponowanym metodom uprzyjemnienia spędzania czasu z Prewettem. Choćby ta kąpiel. Przesiedział tam dłużej, ze względu na zepsucie pogody. Silna ulewa uniemożliwiała szybki powrót do siebie. Współlokator oczywiście został uprzedzonym tym, że Travers miał spotkanie i sam z nie wie, o której wróci. A wrócił, wieczorem późnym. Być może po spotkaniu z Laurentem, potrzebował chwili dla siebie. Udając na jeden długi spacer Londyńskimi ulicami. Aby zebrać myśli. Dwa listy planował napisać. Czuł że choć poinformować powinien dwie osoby, o usłyszanej sytuacji, dotyczącej ich organizacji.
Wróciwszy do mieszkania, nie był jakoś chętny do rozmów. Nie miał nawet jakoś specjalnie ochoty cokolwiek zjeść. Zmęczenie? Być może. Od razu poszedł spać. Z kolei budząc rano, nie czuł się jakoś zbyt dobrze. Jakby życie wypruło go z energii. Był nieco bledszy, osłabiony. Podnosząc się do siadu, opuszczając nogi na posadzkę, nawet nie sprawdzał, czy Rodolphus spał obok. Czy może wstał i gdzieś krzątał się po mieszkaniu.
Nicholas przetarł dłonią twarz, po czym złapał się za czoło prawą dłonią, podpierając łokciem o udo. ”Akurat teraz…” – rzekł w myślach, niezadowolony z tego, że najprawdopodobniej choroba zaczęła dawać się mu we znaki. Objawy zaczęły być dokuczliwe. Dużym plusem było to, że mieli niedzielę. Nie musieli iść dzisiaj do pracy. Nie musiał brać przymusowego wolnego.
Wstał z łóżka dość ostrożnie i skierował się do salonu a dalej zmierzając do kuchennej części. Na sobie nie miał górnej odzieży, ale za to dolną owszem, piżamową, czarną. W kuchni nie zastał Rodolphusa, więc może wyszedł, albo spał dalej. Cokolwiek robił innego, Travers liczył, że zdąży wziąć eliksir i szybko dojdzie do siebie. Musiał tylko dotrzeć do szafki z eliksirami. Tam znajdował się jego lek na problemy sercowe. Zdążył dojść do części jadalnej, aby podeprzeć się krzesła. Poczuł uścisk w klatce piersiowej. Skrzywił się. Pozwolił sobie na chwilę odpoczynku, jakby liczył że to zaraz przejdzie. Na moment. Na tyle aby dotrzeć do tej cholernej szafki i wyjąć eliksir.