• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[29.07] Deszcz jak siwe łodygi, szary szum

[29.07] Deszcz jak siwe łodygi, szary szum
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#11
24.04.2024, 21:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2024, 22:27 przez Anthony Shafiq.)  
Jeśli ktoś lubił tu kogoś torturować, to w obecnym rozrachunku zupełnie nieświadomie Erik przyjął na siebie ciężki los oprawcy. ...nie planowałem tej wizyty te słowa odbiły się w uszach Anthony'ego, a ukłucie w klatce piersiowej wzmogło gwałtownie. Resztką siły woli zmusił się do zachowania spokoju. Jego gość cierpiał, a jego obowiązkiem, jego najgłębiej zakorzenioną wolą było mu ulżyć w tym cierpieniu kosztem samego siebie. I nie, wbrew wcześniejszym słowom młodego wciąż detektywa, nie chciałby ubrać w swoje własne, absolutnie prywatne odzienie połowy magicznej socjety. Liczba osób, która realnie mogłaby liczyć na takie zaangażowanie ze strony Shafiqa mieściła się na palcach jednej dłoni, a siedzący obok niego, powoli trzeźwiejący mężczyzna, najwidoczniej był kompletnie tego nieświadomy.

Ale to i tak bolało, dlatego gdy po pierwszych słowach o "przesadzeniu tak w ogóle" Erik podniósł wzrok, to nie spotkał już stalowych oczu utkwionych w sobie, a w rozkołysanym czerwonym winie, w zwieńczeniu kieliszka na którym z wyczuciem złożonych było wszystkich pięć opuszków, zupełnie jakby to nie był kieliszek a chwycone soczyste winogrono.

– To nie jest rosół dla mnie, tylko dla Ciebie. Zamówiony pierwszy raz dzisiaj, na okoliczność Twojej kąpieli w moim ogrodzie. – przypomniał mu życzliwie, bo widać ziąb jeszcze skuwał umęczony mózg i Erik nie złapał, że zupa z powodu joggingu była tylko zabawną przykrywką, czymś co miało go rozbawić. Może to jednak nie był dobry pomysł, aby żartować. Może potrzebował w swoim stanie czegoś innego niż subtelnego humoru.– Pomyślałem, że nic tak dobrze Cię nie rozgrzeje jak znajome smaki, jak ten wasz cudny godrycki specyfik na wszelkie uroki angielskiej niepogody. Byłeś zziębnięty, nie chcę żebyś kolejny miesiąc przeleżał z zapaleniem płuc. – dodał, upijając wino, którego cierpkością chciał zmyć własną cierpkość w ustach. Był głodny, ale w sumie żołądek miał zaciśnięty coraz bardziej. Świadomość tego, że nogi Longbottoma zaprowadziły go tu przypadkiem nie dawała mu spokoju, jakkolwiek nie próbował ją głęboko zepchnąć w czeluści niemyślenia o tym akurat w tej chwili. Nie spodziewał się tylko, że za moment będzie jeszcze gorzej.

Słysząc kolejne słowa, ciche, zażenowane zwierzenia, zastygł ze szkłem przy ustach. List... jakieś było to tragiczne w swym poetyckim wymiarze, że ból, rozlewający się po ciele i duszy ból zawsze brał swój początek z nierozważnie wysłanych listów. On sam przecież zaprosił do swojego domu Erika właśnie listownie, znajdując w końcu wymówkę inną niż te, które przestały się sprawdzać, a których używał przez minione lata, by móc się z nim rzadko, ale wciąż regularnie widywać. Papier, kałamarz, pióro... takie niewinne, skreślić kilka słów, a potem patrzeć jak niespełnione oczekiwania rozsypują się niczym domek z kart.

Kochasz go? – zapiekło niewypowiedziane, osadzone na końcu gardła pytanie. Był ciekaw, w ten okrutny masochistyczny sposób, czy chodziło o Sewelyna. Był ciekaw, czy ten stary ćpun pozwolił sobie na "ostatni raz" zapomnienia, czy rzeczywiście się nawrócił i nie wykorzystał swojej nad nim władzy. Powiadali, że stara miłość nie rdzewieje, a Anthony mając za przyjaciela Morpheusa doskonale wiedział, jak cień minionej miłości potrafił rozlewać się na mniej lub bardziej autodestrukcyjne życiowe decyzje. Być może to zaważyło lata temu, gdy dowiedział się o zażyłości łączącej Larry'ego z Erikiem oraz (a może przede wszystkim) jak wyglądał jej finał, by nie próbować szukać tego drugiego w angielskiej rzeczywistości. Bardzo nie chciał mierzyć go miarą jego wuja, ale po pierwszej odmowie nie zamierzał się łudzić, że Longbottomowi zależało na stałej relacji, skoro tak mocno sparzył się na pierwszej. Że zależało mu na czymś więcej niż przygody i kolejne podboje.

Bardzo powoli odstawił kieliszek, zbierając rozedrgane myśli w jedno miejsce, skupiając się na tym co istotne, czyli na swoim cierpiącym gościu, a odsuwając to co nie było w tej chwili istotne, czyli swoje cierpiące ego. Głupie uczucia. Tylko przeszkadzały.

– Powiedz mi proszę...– zaczął, ale odchrząknął ukrywając na moment zaciśnięte usta za złożoną luźno pięścią, jakby w ostatnim geście chciał sam sobie obiecać, że nie wypowie tego, co nie powinno zostać w tym momencie wypowiedziane. Odetchnął, dał sobie przestrzeń, światło, jeszcze dwie chwile na to, by odzyskać pion. – Powiedz jak mogę Ci pomóc? Czego ode mnie oczekujesz Eriku? Porady? Większej ilości wina? Maści na oparzenia? – spróbował zażartować, spróbował się uśmiechnąć, choć smutek nie mógł opuścić jego oczu. Czuł to, czuł że maska nałożona przed laty pęka zdradziecko, ale po cichu liczył, że jego rozmówca złoży to na karb troski i empatii. Tak właśnie, empatii, ostatecznie przecież - był smutny jego smutkiem, czyż nie jest to empatia w swej najczystszej formie? Grecka emaptheia emocjonalny stan, bycie dosłownie wewnątrz emocji?

– Potrzebujesz pobyć w tym uczuciu, chcesz zmiany tematu, może zabawnej lektury, muzyki? A może... może potrzebujesz odpoczynku po długim, doskwierającym Ci dniu? – wskazał na łóżko zdając sobie sprawę, że szarżuje, nawet jeśli w skali innych osób, które znał Erik wcale nie powiedział tak wiele. Zagryzł wargi modląc się o jeszcze chwilę, o odrobinę spokoju, chłodu... Ogień w kominku piekł jednak, próżno było szukać przeciągu z zamkniętego okna. – Jeśli chcesz, wyjdę stąd oczywiście, nie będę Cię niepokoił. – dodał ciszej, chcąc dobitnie wskazać co miał na myśli proponując złożenie głowy na miękkie poduszki, mając wciąż w pamięci odgłos zamykanego zamka w drzwiach do łazienki, mając wciąż w pamięci ogrom napięcia, gdy podszedł doń, by przepasać go czarnym bawełnianym obi.


viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#12
25.04.2024, 02:04  ✶  
— Oh — wymsknęło mu się, gdy Anthony wyjaśnił mu, o co chodziło z rosołem.

Pierwsza myśl? Naprawdę powinien zastanowić się nad zamówieniem darmowego cateringu od Malwy, bo rosół faktycznie uchodził za bardzo pożywny i pozytywnie działał na zziębnięty po porannych ćwiczeniach organizm. Druga myśl? Rozczulenie. Trzecia? Wdzięczność. Zrozumienie. Zabrakło mu słów, gdy zdał sobie sprawę, jak dobrze rozumiał go Shafiq. Znał go. A przynajmniej znał jego rodzinę na tyle, aby wiedzieć, co mogło chociaż trochę ukoić nerwy Erika. Dom poza domem.

— ...Łopaty? — Uniósł lekko brew, uśmiechając się bez większej radości.

Morderstwo, z oczywistych względem nie wchodziło w grę. Longbottom nie skalałby sobie rąk takim czynem, a prawda była taka, że Selwyn po prostu nie zasługiwał na taki los. Z różnych względów. Nie zmieniało to jednak faktu, że myśl o tak prostym i szybkim rozwiązaniu problemu przyniosła Erikowi iskrę dziecięcej wręcz radości. Ta jednak zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Mimo to miło było chwilę pofantazjować o tym, jak łatwo byłoby pozbyć się w ten sposób paru kłopotów w życiu.

Nawet nie zerknął w kierunku łóżka, kręcąc gwałtownie głową. Nie chciał trwać w tym uczuciu. Nie chciał go przepracowywać. Nie chciał racjonalizować swoich działań. Nie chciał szukać wytłumaczeń dla decyzji, które zostały podjęte lata temu, a których konsekwencje już dawno wybrzmiały, zmieniając tok życia zarówno Erika, jak i Laurence'a. Żałował, że spróbował zakończyć to na własnych warunkach. Mógł pozwolić, aby to Selwyn miał ostatnio słowo, nawet jeśli wówczas było ono porzuceniem. Ale i tak spróbował. Z nadziei. Nie wziął pod uwagę, tylko jednego czynnika. Siebie.

— Nie powinienem zostawać sam — wyrzucił z siebie niespodziewanie.

Dopiero po chwili zdając sobie sprawę jak żałośnie i dramatycznie to brzmiało. Jak ostrzeżenie, że mógłby zrobić coś głupiego, gdyby został osierocony w tych czterech ścianach. Wzdrygnął się na samą myśl, że Anthony mógłby pomyśleć, że było to jego wołanie o pomoc, o koło ratunkowe, które mogłoby mu pomóc dobić do brzegu. Zacisnął mocno palce na widelcu i nożu, po czym odrzucił sztućce na talerz z głośnym brzdękiem.

Wdech. Wydech.

Poprawił się na fotelu, aby zaraz przywrzeć plecami do jego oparcia. Popełnił błąd te lata temu, gdy Laurence zdecydował o dosyć jednoznacznym zakończeniu ich znajomości. Zatrzymał kilka pamiątek. Ochronił przed zapomnieniem wspomnienia, które dla podatnego na wpływy chłopaka z Doliny Godryka były wówczas całym światem. Nigdy nie powinien był tego robić. Trzeba było, to wszystko spalić już na samym początku. Oczyścić się tak, jak tylko płomień mógł to zrobić.

Zamiast tego schował ten ciężki bagaż doświadczeń w wielkim kufrze i zamknął go na cztery spusty, łudząc się, że ten zniknie, jak za dotknięciem (hehe) czarodziejskiej różdżki. A przecież dobrze wiedział, że problemy nie znikają ot, tak. Powinno się rozwiązywać je od razu, bo inaczej wrócą, aby wbić człowiekowi szpilę w najmniej spodziewanym momencie. Cóż, ta chwila nadeszła, jednak zamiast szpilki Erik oberwał nożem z trucizną, która teraz będzie krążyć leniwie po jego ciele, doprowadzając go do szaleństwa.

Nie dość, że młody, to jeszcze głupi, wypomniał sobie, czując, jak mięśnie twarzy zmieniają ułożenie, zmieniając jego minę na dużo bardziej zaciętą na samą myśl o Selwynie. To nie był sen, z którego mógł się wybudzić, zapominając o nim o kilku minutach. To był cholerny koszmar, który na dodatek wydarzył się na jawie i z którego nie otrząśnie się tak szybko. Jakby miał za mało problemów w życiu, to teraz jeszcze Laurence podniósł łeb. Nie, żeby sam go do tego nie zachęcił tym durnym listem.

Wdech. Wydech.

— Poprawka — rzucił głucho, dalej nie potrafiąc spojrzeć Shafiqowi w twarz. — Nie chcę być sam. Ale nie chce też widzieć nikogo. Nie chcę widzieć dzisiaj siostry, nie chce dzisiaj widzieć swojej najlepszej przyjaciółki. Nie mogę być ciężarem. I nie upadłem tak nisko, żeby przez jedną osobę tak rozpaczać i... zniżyć się do tego stopnia. Nie jestem zdesperowany. I nie jestem słaby.

Wstał z siedziska, nie potrafiąc usiedzieć na miejscu, po czym automatycznie wzruszył w stronę najbliższego okna. Bez pytania o pozwolenie rozchylił zasłony, aby zająć czymś ręce. Dalej padało, jednak widok i odgłos kropel rozbijających się o szyby, dach i zewnętrzny parapety posiadłości na moment rozproszył jego uwagę. Jak biały szum, który zagłuszał wszystko, co kłębiło się w głowie człowieka, pozwalając mu na moment skosztować niebytu. Erik oparł ręce o wewnętrzny parapet, wydychając głośno powietrze z płuc.

Czy powinien się sobą w tym momencie brzydzić? Miał wrażenie, że spotkanie z Selwynem przeżył gorzej niż Beltane, a przecież to wydarzenie wiązało się z tym, że Brenna prawie została pogrzebana żywcem, a Derwin stracił życie. Laurence w tym wszystkim wydawał się tak nieadekwatny, że prawie było mu wstyd za to, jak zareagował na spotkanie z nim. I jeszcze na domiar złego wciągnął w to wszystko Anthony'ego. Nie chciał być ciężarem, a jednak wylądował w sypialni kogoś, kto powinien być wolny od takich trosk.

Może to jednak nie była przypadkowa wizyta? Może mimowolnie rozpoznał pociąg do Little Hangleton na King's Cross, ale nie pozwolił tej myśli zagnieździć się w głowie. Może tak naprawdę ciągnęło go do Anthony'ego. Może wiedział, że to bezpieczna przystań. Przymknął na moment oczy, jednak poczuł tylko natłok różnorakich myśli napierających na niego ze wszystkich stron.

— Chcę, żebyś został — odezwał się powolnym, acz nieco chrapliwym głosem. Rozchylił powieki. — Chciałbym, żebyś rozpalił kominek, przygasił światła i opowiedział mi o swoim dniu. Swoim tygodniu. Swoim miesiącu. Minionym roku. — Odwrócił się, opierając się tyłem o parapet. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Anthony znalazł się dużo bliżej. Praktycznie na wyciągnięcie ręki. — Ufam ci.

Dopiero wtedy zebrał w sobie odwagę, aby spojrzeć mu prosto w oczy.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#13
25.04.2024, 11:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2024, 12:06 przez Anthony Shafiq.)  
Czy prośba o łopatę była dobrym pomysłem dla kogoś, kto chwilę wcześniej na schodach deklarował, że zna metody na tych, którzy poniewierają jego przyjaciółmi? W szarym spojrzeniu Anthony'ego zalśniło ostrze vendetty, które momentalnie zniknęło, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to tylko żart. Tak... zdecydowanie atmosfera była zbyt bolesna, zbyt drażliwa, aby żartować, zbyt łatwo było potraktować rzeczy dosłownie. Erik, zgodnie z przypuszczeniami, które kłębiły się w głowie Shafiqa, był nieświadomy tego, że prosząc o łopatę, mógł ją w tym miejscu dostać sekundy później.

Podobna czujność i skupienie w obserwacji, w skoncentrowaniu się na rozmówcy, powróciła, gdy jego gość zaczął otwierać się coraz bardziej. Anthony nie pomyślałby o tym, ażeby upodlony detektyw myślał w ogóle o samobójstwie. Pozwolił sobie jednak na szczyptę zaciekawienia, gdy obserwował zmieniający się układ napięć na twarzy Erika, jego odbijające się w mimice smutek i rozżalenie, przechodzące w gniew, to znów rozluźniające się w niemej żałobie. Umiał czytać z ludzi jak z książek, nie byłby dobrym graczem nie wiedząc na co patrzeć podczas długich, wyniszczających negocjacji, zobaczyć słaby punkt, by w odpowiednim momencie w niego uderzyć, subtelnie lub brutalnie w zależności od konstrukcji psychicznej przeciwnika. I widział teraz wszystkie te punkty jak na dłoni, jątrzące się rany. Zapomniał żeby oddychać. Zdał sobie nagle sprawę, że w istocie rzeczy jest to ich pierwszy raz, kolejny pierwszy raz odsłonięcia wrażliwych tkanek, tym razem jednak nie tych możliwych do dotknięcia, ale duchowych, o wiele trudniejszych do uchwycenia ale jakże prostszych do rozszarpania, gdy już miało się do nich dostęp.

Anthony śledził jego ruch i kolejne kroki, gdy roztrzęsiony Erik wyminął fortepian i stanął w jedynym oknie jaki miał ten pokój, oknie wychodzącym na ogród, parterowy pawilon i okalający go gęsto las. Gdzieś dalej za linią drzew mógł dostrzec posępną wieżę jakiegoś opuszczonego niewielkiego zameczku, którego kamienne ściany i wąskie, pozbawione okien dziury straszyły w świetle okazjonalnych piorunów. Gospodarz zaś wsłuchiwał się w jego prośby, spijał je tak jak spijał czarne w swoim postrzeganiu wytrawne wino.

I rzeczywiście, kiedy Erik się obrócił, mężczyzna był na wyciągnięcie ręki, właśnie do niego podchodził, wsuwając do kieszeni różdżkę, którą przygasił niemal zupełnie poblask kryształowych kwietnych kinkietów. Ogień w kominku płonął wciąż, dominując teraz jako źródło ciepłego, kojącego światła tańczącego cieniami na czarnych ścianach smoczej pieczary.
– Powiedziałeś mi kiedyś, że trudno jest zaakceptować czyjąś pomoc. Że bez wsparcia łatwo się zgubić, zapędzić w ślepą uliczkę. Że potrzebna jest sieć, potrzebne jest zaufanie, aby nie upaść. – Jak często wracał do swoich pamiętników z tamtej nocy? Jak często wczytywał się w słowa, które między nimi wtedy padły, a które starał się po powrocie skrupulatnie odtworzyć, głównie po to, by gnębić siebie w takie samotne noce jak ta? Chociaż nie, ta noc choć miała być samotna, to zdecydowanie nie zostanie zakatalogowana pośród pozostałych wielu jednakowych nocy. Nastąpiła zmienna, która wywracała znajomy porządek rzeczy w sposób absolutny i nieodwracalny.

Prosił o opowieści. O ostatnie dni, miesiące, rok, znów nieświadom prosił o to by Anthony opowiadał mu o swojej dojmującej tęsknocie, rozpaczy, o desperackich próbach podjęcia z nim kontaktu i obezwładniającej słabości, która paraliżowała jego działania przez ostatni czas. O słodka ironio, nie sposób nie było się uśmiechnąć do tej myśli, nie sposób nie było pogładzić szorstkiej zarostem twarzy, dotknąć ukochanego oblicza przygaszonego słońca.

– Dźwigasz na swoich barkach tak wiele... Jesteś odpowiedzialny, zdyscyplinowany, jesteś obrońcą z Doliny, dbasz o tak wielu. Eriku... nie jesteś słaby. Jesteś poraniony i wycieńczony nieustanną walką. I jak Ty dźwigasz wszystkich, tak w ufności, ja mogę podźwignąć Ciebie. Wiemy co prawda obaj, jak wątłe wydają się być moje ramiona,– kącik ust zadrgał mu ku górze, eksponując dołeczek w zapadniętym policzku, a stal spojrzenia bezpowrotnie wyparta przez miękki puch troskliwości dostała nikłego poblasku obśmiania własnych słabości– ale wciąż mogę Cię opatrzeć, mogę zadbać o Twój odpoczynek i regenerację. Mogę być Twoją siecią, jeśli mi pozwolisz. Ja...– zawahał się zabierając dłoń, poważniejąc ponownie w tym jakże wrażliwym momencie. Zupełnie jakby przed laty otworzyli się na pragnienia ciał, ale dopiero teraz w cichej aurze, w deszczowym poszumie, mogli pozwolić sobie na otworzenie się pragnień osamotnionych dusz. – ...ja chcę tu być. Dla Ciebie.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#14
29.04.2024, 00:58  ✶  
Nawet mu przez myśl nie przeszło, że Anthony faktycznie mógłby spędzić jego prośbę. Łączyła ich wspólna przeszłość i zapewne obydwoje byliby w stanie wiele dla siebie zrobić, jednak Erik chyba nie pozwoliłby sobie na zrobienie komuś krzywdy i zaangażowanie w to Shafiqa, nawet jeśli wizja ostatecznego i jednoznacznego zamknięcia raz na zawsze kwestii Selwyna była z pozoru nad wyraz kusząca. Mimo to Erik nie wykorzystałby teraz łopaty w sposób, jaki Shafiq by tego oczekiwał. W tym stanie mógł co najwyżej użyć jej jako laski, żeby mieć na czym się podeprzeć, gdy przemierzał wnętrze sypialni.

Nie przejmował się tym, że nie kontrolował własnych odruchów, a każdy ruch mięśni jego twarzy zdradzał kolejne tajemnice na temat tego, co go spotkało w dobiegającym powoli do końca dniu. Gdyby był teraz w Warowni, to uciekłby do pokoju, wpuszczając do środka tylko Ponuraka, a potem spędziłby resztę nocy na doprowadzaniu się do porządku, żeby rano nie dać po sobie poznać, że cokolwiek się stało. Jutro pewnie i tak będzie mnie to czekać, pomyślał, krzywiąc się na samą myśl o tym, że jutro miał się na powrót znaleźć w biurze Brygady Uderzeniowej. Do tego czasu pozostało jednak sporo obrotów wskazówek zegarek. Teraz był tylko on. On i Anthony.

Uśmiechnął się minimalnie, gdy zauważył, że jego gospodarz faktycznie spełnił jego prośbę i przygasił światła. Tak jak gest sprawił, że twarz mu się rozświetliła, tak słowa sprawiły, że uśmiech przerodził się w konsternację, gdy zalano go jego własnymi mądrościami. Nie był do tego przyzwyczajony. Większość osób nie pamiętała jego uwag. Pamiętała przekaz, ale nie słowa. Obrzucił Shafiqa zdziwionym spojrzeniem. Cóż, powinien był się tego po nim spodziewać. On zawsze był przygotowany. Efekt wielu lat pracy z dyplomatami i wyjazdów zagranicznych, gdzie przepadłby bezpowrotnie, gdyby nie dobre notatki i regularnie odrabiana praca domowa.

— Naprawdę? — Uniósł pytająco brew. — Ja coś takiego powiedziałem? Musiałem wówczas doznać jakiegoś błogosławieństwa bystrego umysłu, bo brzmi to naprawdę dobrze.

Nawet gdyby chciał, to nie za bardzo miał pole do tego, aby kłócić się z Anthonym. To faktycznie brzmiało, jak coś, co mógłby powiedzieć, zwłaszcza komuś, kto potrzebował wsparcia. A jednak poczuł się nieco nieswojo z tym że ktoś wykorzystywał jego ''nauki'' przeciwko niemu. Z jednej strony było to jak subtelny prztyczek w nos, dający mu znać, że nie stosuje się w stu procentach do własnych zasad, a z drugiej... Pokazywało, że ktoś faktycznie go słuchał. I nawet teraz, pomimo upływu lat, robiła na nim wrażenie to, że Anthony zdołał zapamiętać rzucone niby przypadkiem wskazówki.

— Nie szukam pochwał — rzucił gorzko, spuszczając wzrok na klatkę piersiową mężczyzny, gdy ten próbował go pocieszyć. — Każdy nosi jakiś ciężar. Taki przypadł mi, ale niestety należy on do tych, jakich nie pozbędę się w najbliższym czasie. — Nie z Czarnym Panem i jego Śmierciożercami buszującymi w kraju. — Doceniam propozycję, ale nie musisz być moim opiekunem. Nie musisz mnie leczyć. Potrzebuję... Chcę cię takim, jakim jesteś.

Autentyczność. Jakże prosta, a zarazem trudna koncepcja. Każdy miał jakieś tajemnice, maski, które przywdziewał na co dzień, aby chronić się przed atakami z zewnątrz. Niektórzy nosili zbroje, a ich skóra nabierała twardości, co pomagało uodpornić się na docinki, jednak maski... Maski pozwalały na to, aby wniknąć w grono tych, którzy mogli zadać ból lub sprawić przykrość. Jednak każdy potrzebował przestrzeni, aby odłożyć maskę na bok, a pancerz zawiesić na manekinie. Może nie będą w stanie powiedzieć sobie wszystkiego, jednak mogli się odsłonić. Minimalnie. Kawałek po kawałku.

Erik zmniejszył dzielący ich dystans, po czym objął Anthony'ego, błądząc powoli dłońmi po jego plecach i mimowolnie zaciągając się zapachem jego perfum. Po chwili oderwał się od niego i ujął twarz mężczyzny w dłonie, uśmiechając się nieco szerzej i dużo bardziej szczerze. Gdzieś z tyłu głowy zaświtało mu wspomnienie sprzed lat, gdy wybrali się na jakieś przedstawienie we Włoszech, a Shafiq chwycił go za rękę i przez długi czas nie puścił, prowadząc przez labirynt obcego miasta. To było prawdziwe. To było autentyczne.

— Zjemy i... — zerknął niepewnie w bok, jednak zaraz wrócił do niego wzrokiem. — I opowiesz mi o tym, co porabiałeś, dobrze? Pewnie i tak nie słuchałem za dobrze podczas naszego ostatniego treningu.

Longbottom zabrał ręce, jednak jego dłoń powędrowała do ręki Shafiqa. Był gotów poprowadzić go z powrotem do stolika, aby zjedli do końca niedokończony posiłek.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#15
29.04.2024, 11:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2024, 00:12 przez Anthony Shafiq.)  
Ów wieczór coraz bardziej wypełniał się ironią, czystą złośliwością losu, odwracaniem znaczeń tarotowych kart, zupełnie jakby w całym układzie wszystkie figury zostały ustawione głową w dół. Oto Erik o świcie w najlepszym swoim wydaniu, ruszył ku przeszłości, spodziewając się od drugiej strony zachwytu i żalu za straconym wspólnym czasem. Wychodząc z pozycji siły, utracił ją. Oto Erik o zmierzchu w najgorszym swoim wydaniu, trafił na inny okruch przeszłości, spodziewając się prędzej od drugiej strony przygany i niechęci. Wychodząc z pozycji słabości, cóż... kto wie, może znajdzie z niej wyjście?

Anthony słuchał go z uwagą i obserwował, patrzył na jego przygaszenie, na zaćmienie, które spowijało wspaniałe oblicze solarnego herosa. Chciałbym, żebyś mógł zobaczyć siebie moimi oczami... – przyszło mu na myśl, takie trywialne, oklepane, ale jakże teraz prawdziwe. Nie powiedział tego jednak, bo na moment zapomniał jak się mówi. On, zawsze przygotowany, pewny siebie, z lekceważeniem spoglądający na przeciwności losu. On, trzy kroki przed interlokutorem, w głowie mający opracowane ścieżki rozmowy i bez jasnowidzenia. On, do bólu teraz niepewny, pozbawiony swego oręża, przyłapany w chwili własnej kruchości. Duszno mu było od napięcia, drżał w nieprzyjemnym posmaku utraty kontroli, zwłaszcza teraz, stojąc nagi u progu odrzucenia.

Problem z autentycznością polegał bowiem na tym, że Anthony właśnie taki był, ale może zbyt rzadko dawał to odczuć Erikowi. Sztuka przez dekady była jedyną przestrzenią, gdzie mógł myśleć o własnej sferze uczuciowej. Budował swój wewnętrzny słownik pojęć na dramatycznych figurach retorycznych, pieśniach i sonetach, bezpiecznym miejscu, gdzie można było przeżywać i nie być poddany surowej ocenie środowiska, nie odsłaniać się na potencjalny cios. Z drugiej strony choć to słowo, przynajmniej w normalnych okolicznościach, było pozornie jego najmocniejszą stroną i formą wyrazu, gdy przychodziło do prozy życia to właśnie w czynach upatrywał wyrażanie swojego oddania, okazywanie komuś, jak bardzo mu zależy. W roli opiekuna właśnie, pod płaszczykiem domowego rosołu, ulubionego wina, ekskluzywnych wyjazdów czy przerobienia zarastającej brudem rudery w pałac strachów, był Anthony który kochał bez oczekiwania odpowiedzi. A teraz zdawało się, że Erik nie chce ani piękna jego słów, ani jego troski, lśniących podarków ze smoczego skarbca.

Nie, nie to powiedział – perspektywa obserwatora przyszła do niego w ostatniej chwili, gdy był już zatopiony w łagodnym uścisku, na granicy absolutnego roztrzaskania się o ostrą grań odmowy, gotów kłaść kwiaty na grobie i tak dawno pogrzebanych marzeń. Powiedział tylko tyle, że nie chce niańki. – dodał życzliwy glos, który zapewne gdzieś wewnątrz niego popijał stoicko herbatkę, trzymając filiżankę z najmniejszym paluszkiem ewidentnie i absolutnie snobistycznie wyprostowanym.

Gdy się przytulili, a tęsknota zacisnęła mu gardło, chłonął w ciszy jego ciepło. Po chwili wahania i on położył dłonie na szerokich barkach, symetrycznie rozmasowując je od kręgosłupa, przez łopatki po ramiona, w niemym zaskoczeniu, że brak Erikowi osadzonych w tym miejscu anielskich skrzydeł. Oddychał coraz spokojniej inhalując się ich wzajemnym ciepłem, znajomą, od lat kojącą wonią czerwonego olejku ze smoczego drzewa, którego teraz żywiczna słodycz splatała się z naturalnym zapachem jego gościa. Wróciło do niego to co znajome, to co zachowane w najcenniejszych wspomnieniach, te ciche intymne chwile w hotelowych pokojach, gdy już czyści leżeli w białej pościeli, zmęczeni w końcu własną intensywnością, szukający dla odmiany łagodnego kołysania, dotyku, który nie dawał dreszczy i bólu, a kojącą bezpieczną toń. Oddychał coraz spokojniej, twarz ukrywając w załomie jego szyi, czując pod ustami miarowy puls, czując rozchodzące się rozluźnienie, rozpraszające szarpiące go w ostatnim czasie osamotnienie.

– Tęskniłem za Tobą. – przyznał cicho, destylując wcześniejsze deklaracje do najprostszych słów, jakie udało mu się odnaleźć w okrojonym wzruszeniem i strachem słowniku. Po chwili jednak odsunął się od niego na odległość ramion i zmusił twarz oraz struny głosowe do lekkiego pokpiwania – Przypomnieć Ci co jadłeś na obiad i jaki los spotkał Twój prawy but? Jesteś pewien, że nie potrzebujesz opiekunki? Nie mam aż tak wysokiej godzinowej stawki – dorzucił uszczypliwości dla przełamania niewygodnych dla obu podniosłych tonów, w oczywisty sposób żartując i dając poprowadzić się do stolika gdzie stygł ich posiłek.

Z wózeczka barowego zabrał przy okazji swój talerz z drugą porcją jagnięciny i zgodnie z prośbą zaczął opowiadać. Unikał przy tym tematów związanych z nieoficjalną wojną domową, z problemami, z którymi sam borykał się w związku z rozbuchaną działalnością popleczników Czarnego Pana. Wojna działała dobrze na ekonomię tylko wtedy, gdy trzeba było produkować amunicję i to w dużej ilości. Teraz niestabilność, dodatkowo wzmożona przez okazjonalne ataki na mugolackich zagranicznych emisariuszy, były nader niesprzyjające. Co więcej, Anthony liczył się z tym, że pewnego dnia pojawi się ktoś z jego czystokrwistych przyjaciół składając mu propozycję nie do odrzucenia z której jakoś trzeba będzie wybrnąć. Och, tej rozmowy spodziewał się zdecydowanie bardziej niż znalezienia pewnego wieczoru Erika w swoim ogrodzie. Ale to nie był temat na dziś...

Opowieść więc bardzo szybko zogniskowała się na oderwanej od angielskiej rzeczywistości Kambodży, na osobie tajemniczej księżniczki, która bynajmniej nie pojawiła się z końcówką czerwca na ich spotkaniu, ale ewidentnie odgrywała ważną obecnie w życiu Anthony'ego pozycję mentorską. Shafiq wspomniał też z iskrami w oczach o planowanej za miesiąc wyprawie.

– ...Jestem szalenie ciekaw tego miejsca, nigdy wcześniej nie miałem okazji tam być. Arcymag obiecał mi dostęp do wykopalisk w kompleksie świątynnym, powoli dopinamy listę eliksirów i maści, na które otworzą się nasze rynki zbytu, liczę też na dobry układ jeśli chodzi o kadzidła, choć tu spodziewam się oporu lokalnych producentów – podsumowywał nad talerzem, na którym pozostawały już tylko dwie samotne kostki po combrze. Teraz pozostawały w karcie wino i ciasteczka, choć akurat na te ostatnie miał bardzo ekstrawagancko ochotę w łóżku. Nim jednak się tam przenieśli, dopił swój kieliszek i zapatrzył się na moment w tańczący w kominku płomień.

– To jest takie niesamowite, nie planowałem tego szczerze. Po prostu jak wracałem z pogrzebu brata, zatrzymałem się we Francji, w winnicy. Ostatnio byłem tam – umilkł na moment, jak ryba, która odkryła żyłkę zaczepioną o własną wargę i próbowała właśnie się wyswobodzić, nieświadoma jeszcze, że już podbierana jest siecią ku górze. Westchnął.– ... ostatnio byłem tam z Tobą. Pomyślałem, że kiedy przejdę się trasą naszego spaceru, to poczuje się trochę lepiej. – Ostatnia wspólna delegacja, lipiec dwa lata temu. Nie starczyło mu odwagi wtedy, brakło mu jej i teraz. Nieistotne.

Podniósł się do sekretarzyka, by wyciągnąć drugą butelkę. Nawet jeśli nie dla Erika, to dla siebie. Nie upijał się na smutno, choć wielu tak właśnie zaklasyfikowałoby melancholię. – Spotkałem tam syna arcymaga– wymusił ponownie lżejszy ton, by sprostać oczekiwaniom koktajlowej opowieści, – który właśnie skończył edukację w Beauxbatons. Od słowa do słowa, przyszedł pomysł wspólnego przedsięwzięcia, z łatwością zachwycił mnie cudami tej orientalnej magii i świata, z resztą wiesz, że zawsze lubiłem Azję. To zabawne, cała umowa została tak na prawdę spisana wtedy, w maju, tu na miejscu szlifowane są tylko detale, tłumaczone nazwy, wietnamski jest bardzo niewdzięcznym dla nas językiem. Arcymagowi zależało tylko na tym, by jego córka mogła zobaczyć Wyspy przed oficjalnym podpisaniem porozumienia. Mi zaś zależało na tym, by choć trochę uszczknąć jej wiedzy i umiejętności. Układ doskonały. – Korek wysunął się z głośnym "pop", a mężczyzna odłożył minimalistyczny zestaw do otwierania butelek na powrót na miejsce. Tym razem butelka była inna, nie nosiła znajomej etykiety z trójgłowym smokiem. Jej lak też nie był niebieski, a czerwony.

– Nie wiem, masz ochotę na jeszcze jeden kieliszek? Tym razem hiszpańskie, nowe miejsce, zastanawiam się nad kupnem, ale to dopiero hm.. jako premia po zakończeniu obecnego projektu, na razie i tak nie mogę się zdecydować, mam kilka miejsc na oku, a to jest moja faworytka.– uściślił.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#16
03.05.2024, 21:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.05.2024, 21:43 przez Erik Longbottom.)  
Tęskniłem za tobą, powtórzył w myślach Erik, poruszając przy tym bezgłośnie ustami, aby poznać smak tych słów na własnym języku. Powinien bać się tych słów, które mogły smagnąć go niczym bicz, jednak... Tym razem były jak włącznik, który pozwolił mu zatopić się we własnych wspomnieniach. Chciał wypowiedzieć te słowa na głos już podczas ich poprzedniego spotkania, jednak wówczas pogrzebał w sobie te chęci. Nie chciał problemów. Nie chciał wracać do przeszłości, a teraz to właśnie jego własna przeszłość go skrzywdziła. Jednak jego obecny wybawca również wyłonił się z meandrów przeszłości.

Dłoń Erika prześlizgnęła się po plecach starszego czarodzieja ku górze, muskając po drodze jego szyję, aby w końcu spocząć pośród jego włosów. Nie szarpał ani nie ciągnął; zamiast tego podtrzymywał delikatnie tył głowy Shafiqa, gładząc delikatnie jego skalp i obracając między palcami końcówki brązowych włosów. Gest, który zapewniał im obu bliskość, balansował na niebezpiecznej granicy między troską a czymś więcej. Och, jakże łatwo byłoby wpaść do tryby dawnego schematu. Wymowne spojrzenie, ruch warg, zawoalowana propozycja: mógł zrobić każdą z tych rzeczy, a jednak się powstrzymał. Z troski o ich obu. Z obawy o to, że pośpiech mógłby doprowadzić ich do ruiny.

— Byłbyś w stanie rzucić pracę w Ministerstwie Magii, żeby się mną zaopiekować? Urocze — odparł cicho, uśmiechając się przewrotnie. — Chociaż z twoimi zapędami co do wyjazdów zagranicznych, obawiam się, że szybko zaczęłoby ci brakować środków. Obawiam się, że nie stać mnie, żeby zatrudnić cię po stawkach, jakie oferuje ci departament.

Gdy przeszli do stolika, czuł się nieco spokojniej, jakby ktoś zdjął z jego pleców spory ciężar. Czy była to tylko chwila wolności od tego, co sobie ściągnął na głowę? A może skrzętne podsumowanie tego, że pewien ciąg problemów dobiegł nareszcie końca i mógł sobie pozwolić na odpoczynek? Nie miał pojęcia, jednak wolał nie wybiegać za daleko w przyszłość. W tej chwili, w tej minucie było lepiej. I to też się liczyło, nawet jeśli rano zaliczy zderzenie ze smutną szarą rzeczywistością. Westchnął cicho i wziął się za swój posiłek, słuchając z coraz większym zaangażowaniem historii Shafiqa.

— Nasi wytwórcy mają pełne ręce roboty — skomentował na wzmiankę o planach ekonomicznych Anthony'ego, co do nowego rynku. — Po... maju wzrósł popyt na zapasy składników do eliksirów. Podobno pojawiło się też paru większych klientów na zasoby pozyskane z dzikich bestii. — Nie zdziwiłoby go, gdyby okazało się, że Yaxleyowie musieli zaangażować w swoją działalność paru dalszych kuzynów, aby wyrobić z listą zamówień na najbliższe tygodnie czy miesiące. Wprawdzie lokalnie szło pewnie znaleźć sporo zamienników, jednak niektórzy celowali w egzotyczne oryginały, a to wymagało jednak dłuższej wyprawy poza granice państwa. — Może rodzimy rynek nieco się ustabilizuje. Przynajmniej do czasu, aż nie wdrożysz swoich planów w życie.

Longbottom był nieco innego zdania w kwestii tego, jak toczący się na terenach Wielkiej Brytanii konflikt wpływał na przemysł i sektor usługowy w społeczności czarodziejów. Każda strona sporu potrzebowała środków i zasobów. Ministerstwo Magii z uwagi na swą zalegalizowaną działalność mogła z łatwością pozyskać to, czego potrzebowały poszczególne departamenty, jednak Śmierciożercy czy raczkujący Zakon Feniksa? Usługi wykwalifikowanych magów i zasoby rzemieślnicze nie brały się znikąd, a Longbottom wiedział o tym, aż nazbyt dobrze. W końcu to właśnie to popchnęło go ku temu, aby zasięgnąć pomocy Geraldine Yaxley i upewnić się, że ta będzie w stanie dostarczyć mu w razie czego parę składników pochodzenia zwierzęcego, gdyby sytuacja na rynku stała się nadzwyczaj krucha.

Chociaż przywykł do tego, że Anthony potrafił z nadzwyczajną pasją opowiadać o ustaleniach handlowych i planowanych blokadach czy przerzutach pewnych towarów z jednego kraju do drugiego, tak teraz osoba księżniczki, jak i samej Kambodży wydawała się w nim wygrywać. Czyżby znalazł sobie nową pasję?, zachodził w głowę Erik, mając w pamięci wymienione przez nich listy. Nauka magii bezróżdżkowej zdecydowanie zaczynała się wybijać coraz wyżej i wyżej na liście priorytetów starszego czarodzieja. Uśmiechnął się pod nosem, zajadając się dalej kolacją i kiwając co jakiś czas głową w ramach potwierdzenia, że dalej słucha.

— Miło wspominam Francję — stwierdził z wahaniem, obawiając się tego, jaką reakcję mogą wywołać jego słowa. — Czasami, gdy patrzę z balkonu na sady w Dolinie, przypomina mi się, jak mnie oprowadzałeś po wzgórzach przy winiarniach. Myślałem, że rozciągają się po horyzont. — Twarz Erika rozjaśniła się na samo wspomnienie, chociaż on sam wydawał się skupiony na tym, aby nie zerkać niepotrzebnie w stronę Anthony'ego. — Ekhm... Na pewno kwitły ładniej niż jabłonie w tym roku.

Ściągnął brwi, gdy Anthony rozgadał się na temat księżniczki, arcymaga i wizyty jego latorośli na Wyspach Brytyjskich. Faktycznie: wszystko układało się zaskakująco fortunnie. Dobrze, że chociaż on ma szczęście, pomyślał, zazdroszcząc poniekąd starszemu czarodziejowi, że udało mu się załatwić taki układ. Z drugiej zaś strony cieszył się, że pomimo tego, jak blisko Ministerstwa Magii wybuchł ostatni pożar związany z działalnością Śmierciożerców, to Anthony zdawał się skupiony na czymś innym. Całkiem niezły wyznacznik tego, że kraj nie chylił się jeszcze ku kompletnemu upadkowi.

— A Kambodża przypadkiem nie leży w Afryce? — Przekrzywił głowę w stronę Shafiqa, jakby właśnie znalazł dziurę w jego znajomości geografii współczesnego świata. — To chyba nie po drodze do Azji.

Drgnął niespodziewanie, gdy usłyszał odgłos odkorkowywanego wina.

— Wystarczy mi łyczek od ciebie — poinformował, poprawiając się na swoim siedzeniu. — Mówimy o kupnie nowej winnicy czy nowej butelki wina?


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#17
04.05.2024, 18:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.05.2024, 19:53 przez Anthony Shafiq.)  
Jego dłonie paliły, ale nic dziwnego skoro był najjaśniejszą ze wszystkich gwiazd. Ἥλιος, tu Anthony konsekwentnie pozostałby przy grece, bo jednak Sol brzmiało tak biednie, mało dumnie wobec energii bijącej z piersi słonecznego woźnicy. Jego dłonie paliły tym bardziej, że przez te ponad dwadzieścia miesięcy, a w ostatnim w szczególności, Anthony zdążył pogodzić się ze stratą, z faktem, że najprawdopodobniej już nigdy jego skóra nie zostanie przypalona w ten sposób, nie ogniem, a czułością gestu. Dla niego Erik przekraczał granicę, którą chciał strzec, przekraczał ją nieco bezmyślnie, arkadyjsko, w ogóle nie zauważając nic niewłaściwego w momencie, w którym dłoń znajduje się na cudzym karku, na cudzej twarzy. Z jednej strony takie gesty były dla nich codziennością kiedyś, intymnością zbudowaną, choć tylko w ściśle określonych warunkach, z dala od domu. Jak sen, bajka, opowieść do której zagląda się tylko wtedy, gdy chce się zapomnieć. Tym razem byli w Anglii, w prywatnej, a nie hotelowej sypialni, ale czyż wzorzec nie był ten sam? Czyż Erik nie chciał po prostu zapomnieć o tym, co było jego rzeczywistością? Shafiq zepchnął to niewygodne pytanie, jak wiele innych, które gnębiły go przy okazji tego spotkania i jego przebiegu, na rzecz pasywnego przyjmowania i dawania tego co zostanie mu wprost wyartykułowane. Zdawało się to po prostu bezpieczną strategią.

Czy byłby w stanie rzucić pracę w Ministerstwie? Czy Erik był gotowy usłyszeć, w imię autentyczności, prawdziwą odpowiedź na to pytanie? Twarz Anthony'ego przybrała lekceważący wyraz niedowierzania i drwiny.
– Chyba przeceniasz srogo ministerialny budżet przewidziany na skromnego szefa jednego z mniej istotnych wydziałów, równie mało istotnego departamentu. – Nie nosił szat Niewymownego, nie trzymał w ręce sądów i prawa, nie zarządzał całym budżetem magicznej Anglii. Och nie, on tylko decydował co może, a co nie może wjechać do kraju. Jakie są tego standardy, miary, cła... Nic istotnego, nic wzbudzającego sensację. Za to coś bardzo sprzyjające kreatywnej księgowości. Zagadki, które sprawiały przyjemność, choć na dłuższą metę, po 10 latach i uzyskaniu bardzo stabilnej pozycji potrafiące zwyczajnie nudzić. – Przyznaj się, nie mógłbyś znieść moich lekcji etyki oraz ustawicznego przypominaniu Ci o posiłku i wieczornej lekturze. No i język Erik, mam nadzieję, że w końcu opanowałeś chociaż podstawy francuskiego? – Pompował ten żart do zbliżającej się linii absurdu, obsadzając się w roli już nie tylko niańki ale i guwernera, tylko po to, by zapomnieć jak bardzo piekł go kark i muśnięte wcześniej policzki.

Rozmowa o gospodarce z oczywistych względów również pomagała:
– No tak, nic dziwnego skoro puszcza jest w całości wyłączona. – Pokiwał głową ze zrozumieniem. Próżno było szukać w regionie tak napchanego magią lasu. – ...i mówisz, że jest popyt na odzwierzęce składniki. Czyżby to była świeża informacja uzyskana wprost od panny Yaxley? Podejrzewam, że jej rodzina obecnie w takim razie nie narzeka na jakikolwiek brak zajęcia? – Był do granic obojętny w głosie, ot ploteczki na temat rynku w wykonaniu pary gentelmanów. Gdzieś drugą linią biegnącą bezgłośnie w umyśle, rozważał nad możliwościami importu zamienników tychże składników od nowego partnera gospodarczego. Tańszych zamienników. Czy był zazdrosny, nawet dzieląc na pół artykuł z plotkarskiej rubryki? Bardziej niż prawdopodobne. Czy miałby odsłonić się z tym przed swoim rozmówcą? Dobre sobie...

Ów iskry wietrzały jednak momentalnie, gdy temat zszedł na Francję, w której na prawdę nie wydarzyło się absolutnie nic wyjątkowego, ponad fakt, że był to ich ostatni wyjazd. Mieli już swoją mała rutynę, znali się na tyle, by nie błądzić, a trafiać do celu własnych potrzeb, wyczuwać się, cieszyć wspólnym czasem, nawet jeśli żaden konsekwentnie nie zapytał o to, kiedy spotkają się po powrocie. Nic wyjątkowego, choć Anthony wspominając tamto popołudnie, z perspektywy czasu widział mnóstwo symboli, zwiastunów rozstania. Powtarzał sobie potem, że to dało się wyczuć, choć może w ten sposób chciał złagodzić sobie zawód, odzyskać poczucie kontroli. Tak jak racjonalizował od pierwszych chwil ich relację, znał zasady tego typu relacji.
– Ale wiesz, że jest to kwestia godziny przelotu karocą nad kanałem La Manche? Mam dokumenty dyplomaty otwierające granice, zajrzenie do Domu Smoka jest... jest na wyciągnięcie ręki. Spontanicznie. Kiedy tylko chcesz Eriku. Wiesz o tym, prawda? – zapytał, nie wiedząc jak się czuje z faktem, że Erik zarówno myślał i wspominał ich wyjazd wielokrotnie, ale też w związku z tym, ani mu się z tą informacją nigdy wcześniej nie zdradził, ani nie patrzył na niego, mówiąc mu o tym teraz.

Tym bardziej druga butelka wina zdawała się być zasadnym wyborem na domknięcie wieczoru.

– Afryka? Stanowczo zbyt wiele osób mnie o to pyta. Myślę, że prócz lekcji języka, będę mógł do oferty dorzucić cotygodniowe seminaria z geografii paniczu. Za małą dopłatą, obiecuję, Warownia nie zbiednieje na poszerzaniu Twoich horyzontów. – skomentował kolejne pytanie. Byłby nawet zafascynowany tym, dlaczego w świadomości Anglików Kambodża tak bardzo zdawała się być afrykańskim krajem, być może była to kwestia tego, że zajmowali ją onegdaj Francuzi, a nie Imperium Brytyjskie, niemniej jednak to nie było tak istotne jak kwestia trunku, który wlewał do nowego kieliszka o dużym pąku na długiej nóżce, którą oplatały szklane zielone liście. Pytanie o to co konkretnie chce kupić skwitował tylko rozbawionym uśmiechem.
– La Rioja z piękną rzeką Ebro. Spodobałoby Ci się tam. Północny region, ale nadal bardzo ciepły, łagodne wzgórza, stare zamki, dźwięki ichniejszych dud. Taka odmiana Szkocji pozbawiona wszechobecnej mgły. – stanął tuż przy siedzącym mężczyźnie z kieliszkiem trzymanym nie za stópkę, ale za czarę właśnie, opuszkami palców, czekającymi na to, by przekazać kryształ, umożliwić degustację. – Jest bardzo... esencjonalne. Wytrawne i gęste. Niesie czerwień wiśni i dym wędzonej śliwki. Ale zamknięcie... hmmm, zamknięcie zwłaszcza z tyłu podniebienia, ofiarowuje łagodność wanilii i głębię kakao. Bardzo subtelnie, łatwo to przeoczyć, gdy przytłacza Cię początkowa cierpkość i ciężar tego bukietu. – Jak zawsze gdy mówił mu o winie, gdy stawiał przed nim kolejny kieliszek, gdy motywował nienawykłe kubeczki smakowe do przyjęcia czegoś więcej niż słodkie, gorzkie, dobre, nie dobre, jak zawsze wtedy jego głos miękł przyprószony ciekawością nie tylko z tego ile drugi mężczyzna rzeczywiście wyczuje z tych wszystkich smaków, ale też, a może przede wszystkim jak o nich opowie.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#18
05.05.2024, 20:24  ✶  
— Zabawne. Nic z tego, co powiedziałeś, nie jest prawdą — mruknął z przekorą w głosie. — Nie przeceniam ministerialnego budżetu, bo aż nazbyt dobrze wiem, ile trzeba się napocić, żeby załatwić cokolwiek nowego dla departamentu, co ma związek z pieniędzmi. Po drugie nie jesteś skromny. — Podniósł znacząco wzrok na Anthony'ego, jakby swoim ociężałym spojrzeniem chciał powstrzymać go przed zaprzeczeniem. — A po trzecie twój departament wcale nie jest tak mało istotny. Ktoś mógłby powiedzieć, że pod wpływem ostatnich wydarzeń wręcz nabrał na znaczeniu, jeśli ktoś faktycznie orientuje się w tym, jak Ministerstwo potrafi rozgrywać swoje gierki.

Konflikt Ministerstwa Magii i siłami Czarnego Pana nabierał nie tylko na sile, ale także i rozmachu. Jeszcze półtora roku temu działalność czarnoksiężnika ograniczała się do fali porwań i ataków na lokalne biznesy czy czarodziejów pochodzenia mugolskiego. Po wydarzeniach na Beltane raczej nikt nie miał złudzeń, że ambicje Voldemorta przysłoniły mu zdolność logicznego myślenia, skoro poniekąd obrał sobie za cel swoich potencjalnych sojuszników, czyli czarodziejów czystej krwi, którzy w całkiem sporej liczbie bawili się w maju na Polanie Ognisk. Erik nie wiedział, czy był pierwszym głosem, który obwołał Śmierciożerców terrorystami, jednak nie potrafił znaleźć innych słów na określenie ich działalności.

Może ekstremiści? To już było trochę za mało, skoro rozdzierali bariery między światem żywych i umarłych, aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Chociaż do tej pory konflikt zdawał się być ograniczony do Wysp Brytyjskich, tak Longbottom był poniekąd ciekawy, czy europejskie Ministerstwa Magii, czy Międzynarodowa Konfederacja Czarodziejów wypowiedzą się w jakiś sposób na temat Śmierciożerców i samego Voldemorta. Czy przyjdzie taki moment, gdy problem na Wyspach osiągnie masę krytyczną i inne kraje z obawy o własne bezpieczeństwo będą chciały wkroczyć, chociaż brytyjskie Ministerstwo Magii będzie twierdziło, że wszystko ma pod kontrolą? Wówczas Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów z pewnością będzie miał pełne ręce roboty.

— Emm... Oui, monsieur Shafiq — odparł z nieco głupkowatą miną. — A z etyką radzę sobie całkiem nieźle. Jeśli już musisz wiedzieć, to wręcz bryluje w towarzystwie. Nie słyszałeś? Najdroższy Czarodziej Wielkiej Brytanii, drugi Najbardziej Pożądany Kawaler Wielkiej Brytanii. To na pewno moje maniery olśniewają naszą ukochaną socjetę. — Sarknął, nie wierząc, że te słowa wyszły z jego ust. — Chociaż faktycznie przydałby się ktoś, kto przypominałby mi o czytaniu przed snem. A ty potrafiłeś być bardzo przekonywujący.

Poczuł ostrzegawcze ukłucie w sercu, gdy zdał sobie sprawę, że mimowolnie flirtował z Anthonym. Nie dziwiło go to: to była ich pierwsza normalna rozmowa od dawna. Odkąd odmówił mu ostatniego wyjazdu przez sytuację w kraju, w gruncie rzeczy nie mieli okazji na spokojnie porozmawiać, a wcześniej byli ze sobą w bardzo bliskich stosunkach. Naturalnie wracał do dawnych przyzwyczajeń w jego towarzystwie, chociaż walczył z tym, jak mógł, aby nie pójść o krok dalej. Nie mógł dać się ponieść emocjom. Nie w tym stanie. Nie tego dnia, gdy spędził większość dnia, topiąc smutki po Selwynie. Nie chciał mieszać ze sobą tych dwóch osób i sprawić, aby pozytywne wspomnienia zostały skalane przez frustrację, smutek i wściekłość. Każdego innego dnia - bez chwili namysłu. Ale nie dzisiaj.

— Tak ona. Nie znam za bardzo innych łowców. — Wzruszył lekko ramionami. — Znam Geraldine od czasów szkolnych. Jest sprawdzona i wykwalifikowana, a przede wszystkim zaufana. Zna się na swojej robocie, więc nie mam powodu, aby jej nie wierzyć — odpowiedział swobodnie Erik, nie kwestionując nawet tego, że powiązał go z panną Yaxley. — Ale nie chodzi tylko o ograniczenie wstępu do lokalnej puszczy. To strach. Ludzie chcą być przygotowani na wypadek, gdyby... Doszło do kolejnego ataku. Podobno wolontariusze i medycy ściągali lekarstwa z Londynu i aptek w Dolinie, bo nie mieli czym leczyć rannych, dopóki nie ustanowiono pewnego łańcucha dostaw na Polanę.

Na wspomnienia o Beltane przetarł lekko swoje oko, przypominając sobie o własnych obrażeniach. Po tamtej nocy wyglądał parszywie, ale przynajmniej żył. I cudem uniknął gorszych obrażeń. Nie wplątał się w bagno związane z Limbo, nie zaginął w lesie i nawet nie zakopał się żywcem. Skrzywił się z ciężkim westchnieniem. To był pierwszy tak duży wybryk ze strony Śmierciożerców, więc nie był zdziwiony tym, że wywołał gwałtowną reakcję. Ludzie nie wiedzieli czego się spodziewać i chociaż na razie nie zapowiadało się na powtórkę, tak wiele rodzin czy biznesów zapewne wolało się ubezpieczyć i uzyskać zapasy na czarną godzinę.

— Jak to było? ''Skromny dyplomata''? ''Nic nieznaczący departament''? — Pokręcił z rozbawieniem głową. — Niezły z ciebie skromniś, skoro sięgasz po służbowe dojścia tytlko po to, żeby zaciągnąć mnie na swoje włości. — Przeklął się mimowolnie za dobór swoich słów. — Ale tak wiem. Prawdę mówiąc, od tamtego czasu nie miałem zbytnio okazji do tego, aby wyjechać na dłużej za granicę. Miałem... Sporo zobowiązań na miejscu.

Na czole Erika pojawiła się pojedyncza zmarszczka, bo wypowiedź starszego czarodzieja świadczyła, że Kambodża wcale nie znajdowała się na kontynencie, który niegdyś przezywano Czarnym Lądem. Przekrzywił lekko głowę w charakterystycznym dla siebie geście, jakby w ten sposób mógł zachęcić swego towarzysza, aby zdradził mu więcej na temat tego, gdzie właściwie znajduje się ta mityczna kraina, do której Shafiq tak bardzo chciał zawitać.

— Owszem, Warownia nie zbiedniałaby jakoś znacząco — potwierdził słowa Anthony'ego. Możliwe, że takie lekcje przydałyby się wszystkim członkom rodziny. Może z wyjątkiem Godryka, który być może uznałby za afront to, że ktoś próbuje go edukować w tak zaawansowanym wieku. Niewykluczone, że nawet spróbowałby wyzwać Shafiqa na pojedynek szermierczy, aby udowodnić swoje racje. Erik uśmiechnął się na tę myśl. — Powiedziałbym wręcz, że uświetniłbyś ją swoją regularną obecnością. Na pewno znalazłby się jakiś pokój, który można by było zmienić w salę lekcyjną dla pana profesora.

Odebrał bez większego wahania kieliszek wina od Anthony'ego, obracając przez chwilę kryształ w dłoni, obserwując, jak ciemny napój oblewa ścianki naczynia, w którym został zamknięty. Z cichym westchnieniem Erik upił łyczek, smakując trunek, aby dopiero chwilę później wziąć większy haust. Oblizał usta w zamyśleniu, odstawiając naczynie na stolik.

— Jest... Adekwatne, biorąc pod uwagę, że zbliżamy się do jesieni — stwierdził powoli, dzieląc się swoimi odczuciami. — Faktycznie, zapach owoców uderza na początku, ale przywodzi też na myśl letnie zbiory, kiedy owoce są najbardziej soczyste. A ta nutka wanilii i kakao na końcu... To jak zapowiedź nadchodzących chłodów: daje znać, że w zimne wieczory trzeba będzie napić się czegoś ciepłego. — Wzruszył sztywno ramionami. — Idealne biorąc pod uwagę, że jesteśmy rzut beretem od września, więc zaraz zmieni się pora roku.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#19
05.05.2024, 23:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2024, 00:06 przez Anthony Shafiq.)  
Rozmowa z Erikiem tego wieczoru, przypominała Anthony'emu podróż w głąb malinowego chruśniaku. Z jednej strony soczyste czarne owoce kusiły słodyczą. Dociążały smukłe, ciemnobrunatne witki krzewu, pyszniły się pośród liści dających okrycie nie dla jednej, a dwóch osób, pragnących schować się, ale i spędzić czas przyjemnie. Wszelkie delikatne gesty, słowa współdzielonej tęsknoty, wzajemnej atencji, która kto wie, może nie zagasła w popiołach minionych lat, to wszystko rozgniatane w dłoni ściekało sokiem wzdłuż linii nadgarstka, zapraszało rozchylenia warg, do pochylenia się pośród krzewów... Krzewów kolczastych, krzewów potrafiących się bronić rozsianymi twardymi igłami, które wchodziły między włosy, szarpały ubrania. Ostrożność była wskazana, ale co rusz skórę dotkliwie ranił kolejny cierń, nie pozwalając czerpać przyjemności takiej, jaką powinna być.

Jedną z ostatnich rzeczy, którą o Anthonym można było powiedzieć, to to, że był skromny, nie wszedł więc z polemikę z Erikiem, nie było to przecież kłamstwo, a ledwie kpina mająca poprawić mu humor. Figura retoryczna wodząca za nos, odsuwająca myśli od tego co ciemne i nieprzejednane. Bardzo prawdopodobnym było, że w omawianiu bieżącego konfliktu mówiłby więcej o lokalnych zmartwieniach, które stawały się coraz bardziej realnym zagrożeniem dla kruchej równowagi łagodnej i wygodnej ignorancji ogółu. Ale mężczyzna prosił o rozrywkę, nie zaś polityczno-ekonomiczne wynurzenia, czy – być może równie potrzebne – rzeczowe opracowanie możliwości i wspólnych zaradczych strategii. Dlatego też Shafiq nie dziwił się przywołaniu przez Longbottoma dwóch śmiesznych tytułów, które uzyskał w ostatnim czasie. Nie zdążył jednak skomentować kryteriów, którymi według niego kierowali się głosujący czarodzieje (a może przede wszystkim czarodziejki), ani chociaż wypomnieć mu że między etyką a etykietą jest jednak sporą różnica, kiedy padły słowa o wieczornym motywowaniu do lektury. O tym że był skuteczny w przekonywaniu. Cóż, czas przeszły jak najsłuszniej użyty, czas przeszły dokonany. Mógłby robić mu wyrzuty, mógłby składać żałosne w wydźwięku propozycje. Powinien zadrwić z tego. Powinien zażartować ze słabego wzroku i sugerować, że teraz Erik miałby podwójną motywację, by sięgać gdzieś w okolicy po książkę. W okolicy pięciu kroków. Czterech. Trzech... Zamiast tego milczał, skupiony na jedzeniu, dając wybrzmieć ciszy, która nastała po erikowych słowach. Dając po chwili popłynąć rozmowie dalej, w inne rejony, z nadzieją, że będą mniej bolesne, mniej cierniste.

Chruśniak jednak zagęszczał się i stawał z każdym krokiem coraz większą plątaniną możliwych pułapek dla kogoś, kto chciał po prostu być, po prostu pomóc. Osoba Geraldine Yaxley trafiła na czarną listę Anthony'ego, na pół świadomie, choć wiedział, że kierowały nim w tamtej chwili absolutnie niskie pobudki. Przyszła do niego refleksja, że w obecnym wieku Erika był już wdowcem i zastanawiał się za jaki czas rodzina Longbottomów zacznie naciskać. Naciskać bardziej. Zacznie podsuwać mu potencjalne towarzyszki, może w mniej apodyktyczny sposób, ale wciąż... Warownia wymagała nowej krwi, ciągłości pokoleń, a pan Najdroższy Czarodziej Wielkiej Brytanii, drugi Najbardziej Pożądany Kawaler tylko czekał na wykonanie politycznego ruchu. Panna Yaxley zdawała się być całkiem dobrym typem. Znali się od dawna. Przyjaciółka, której mógł ufać, która mogłaby zrozumieć szeroki wachlarz zainteresowań i potrzeb swojego przyszłego męża. Anthony powinien, jako wdowiec, być ostatnim, który poddawałby ten proceder surowej ocenie, a jednak kilka chwil wcześniej w teatrze, widok roześmianej pary tak blisko, tak bezpośrednio ku sobie się skłaniającej, sprawił, że absolutnie nie mógł skupić się na sztuce. Tym bardziej później, gdy próżno szukał znajomego głosu pośród tłumu słuchaczy, znajomej głowy górującej nad innymi.

To wszystko zdawało się głupie i niedorzeczne, gdy Erik powrócił myślą i poniekąd swoją opowieścią o ludziach szukających leków i ochrony do Beltane, do trudów i odpowiedzialności, którą brał każdego dnia na siebie. Anthony dostrzegał w jego mimice geny własnego przyjaciela i te same niepokojące objawy. Przemęczenie, przeciążenie, martyrologię tych co przetrwali, tych którzy nie doświadczyli losu martwych i pogruchotanych i obwiniali się o to, że przeżyli. Dostrzegał skazaną na porażkę próbę odwrócenia się od tego faktu, własnych emocji, myśli, które uciekały do i z miejsca kaźni, krążąc i cierpiąc, próbując rozpaczliwie przepracować to, co się zadziało, a jednocześnie wypierając ból, unikając go, szukając tematów zastępczych, emocji zastępczych. Chciał do niego sięgnąć, chciał powrócić do miękkiego uścisku, ochronić w ramionach głowę i szeptać w nią zaklęcia spokojnego snu, w końcu pozbawionego koszmarów, a pełnego regeneracyjnej siły. Nucić pieśni o poległych ale też, a może przede wszystkim o bohaterstwie tych, którzy przeżyli, którzy co dnia odnajdują siłę, by iść przed siebie. Choć Anthony unikał jak mógł bezpośredniego udziału w konflikcie, unikał jakiegokolwiek zaangażowania, czy opowiadania się po którejkolwiek ze stron, to podziwiał ze wszechmiar postawę Erika, wojownika, który się nie poddawał mimo tego, że barki coraz mocniej ciążyły mu do ziemi. Chciał pomóc, chciał ulżyć, chciał zaciągnąć go na swoje włości... Mimo wszystkich sił zebranych, aby nie pokazywać więcej, niż było to konieczne, aby zachować lekki ton salonowej konwersacji, Anthony poruszył się niespokojnie na krześle i momentalnie uciekł wzrokiem w swój talerz, nie wiedząc nawet jak ma ukryć fakt, że słowami da się go tak łatwo skrzywdzić. Ale może to nie była kwestia doboru słów. Może to była kwestia tego, kto je wypowiadał.
– Tak... zobowiązania na miejscu. Pisałeś mi przecież. – powiedział tylko, ledwie panując nad swoim głosem. Znał przecież jego temperament. Nie powinien był go oceniać, od początku wiedział jakie są zasady tej gry. Od początku wiedział, że jakiś wyjazd będzie tym ostatnim.

Więc wino, a in vino veritas, gdzież mogłaby być większa prawda o jego minionym roku niż w tym dojmująco ciężkim, wytrawnym winie?

– Żeby lekcje miały sens, ktoś musiałby się na nich pojawiać. Nawet najmądrzejszy profesor jest tylko szaleńcem gadającym do siebie, bez pary zasłuchanych cudzych uszu. Z resztą... jesteś pewien, że Warownia przyjęłaby w swe mury kogokolwiek, kto nie potrafi poprawnie utrzymać gardy, że o jakimkolwiek skutecznym trafianiu nie wspomnieć? – Chwila oddechu, przy sekretarzyku, wycofanie się o kilka kroków, by nabrać dystansu, perspektywy. Sięgnął po tacę z małymi kruchymi ciasteczkami, ozdobionymi finezyjnie kremem, oprószonymi równo ściętymi, pozbawionymi gorzkiej skórki bakaliami. Usłyszawszy opowieść o nadchodzącej jesieni uśmiechnął się tylko lekko i skinął głową na znak, że przyjmuje jego odpowiedź, tak adekwatną wobec deszczu stukającego o dach i drew trzaskających w kominku. Jesień i zima, czas kiedy potrzeba było słodyczy, by nie lękać się demonów ukrytych w ciemnych kątach własnego umysłu.

Przeszedł dwa kroki do łóżka i wsunął na środek płaszczyzny otulonej gładką pościelą przekąski, następnie wrócił do stołu by zabrać kielich i upić z niego sążniste dwa łyki. Znał już doskonale ten smak, nie musiał zastanawiać się nad tym, co czuje, gdy dojrzałe garbniki wgryzają się w język, a śliwka niesie skojarzenie z dobrze skruszałą dziczyzną. I kakao, słodkie i ciepłe, rozgrzewające w długą polarną noc. Nagle zrozumiał ze zdwojoną mocą, czemu akurat ten szczep, ta winiarnia tak bardzo przypadły mu do gustu. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie mógł myśleć o nikim innym, gdy w ustach poczuje cierpkość słów z zawoalowaną, nieoczywistą sugestią deseru ukrytą dla nieuważnego obserwatora. Westchnął, odstawiając butelkę na szafkę u wezgłowia po drugiej stronie łóżka, tej bliższej sekretarzykowi i drzwiom do łazienki. Kilka kroków, a poczuł się nieco lepiej, kilka chwil ciszy, a myśli znów mogły popłynąć swobodniej. – A zatem postanowione. Doprawdy nie wiem czemu tak długo się wahałem. Dam im jutro znać, by przygotowali umowę. – Usiadł wygodnie, opierając plecy o miękkie poduszki. Sięgnął po jedno z ciasteczek i bez wahania schrupał je, choć przygotowane były przede wszystkim z myślą o gościu. – Będę posłańcem dobrej nowiny i przyniosę im w listopadowy czwartek beaujolais nouveau. Jestem pewien, że Hiszpanie nie mają tej wspaniałej tradycji degustacji rocznego wina, co Francuzi... Myślisz, że się przyjmie? – Zamyślił się na moment, zupełnie jakby absolutnie pochłonęła go myśl o nowej zabawce. Trochę była to poza, a zdecydowanie była to ucieczka przed ostrymi kolcami malinowych krzaków. – Castillo del dragones brzmi trochę gorzej niż Château des dragons, nie sądzisz? Myślałem o tym, żeby utrzymać nazwę domu, ale coś mi w niej nie gra.– podzielił się rozterką kołysząc kryształem, nie patrząc w stronę Erika, jakby samo spojrzenie mogłoby go zniechęcić przed odpoczynkiem w zdecydowanie wygodniejszym od krzesła miejscu.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#20
06.05.2024, 00:41  ✶  
Trudno było nie uwikłać się bezpośrednio w toczący się obecnie w kraju konflikt, gdy większość twojej własnej rodziny i spore grono przyjaciół i współpracowników tkwiło po pachy w interesach organizacji walczącej z terrorystami. Wbrew pozorom Erik nie był jednym z pierwszych nabytków Zakonu Feniksa, chociaż dołączył do niego w pierwszych kilku tygodniach istnienia tego ugrupowania. Palmę pierwszeństwa zdecydowanie przejęły wówczas osoby pokroju Brenny, Nory czy Patricka. Longbottom z początku nawet nie wierzył własnej siostrze, gdy ta opowiadała o zawiązującej się współpracy między spragnionymi sprawiedliwości czarodziejami i czarownicami. Dopiero panna Figg musiała wskazać mu drogę do Patricka, który poniekąd otworzył przed nim na oścież drzwi Strażnicy.

Wielokrotnie zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby tamtej zimy nie dociekał w to, co robili jego znajomi i zostawił Brennę samej sobie, zbywając jej doniesienia. Czy to powstrzymałoby ją przed tym, aby zaangażować go w działania organizacji? A może jedynie opóźniłoby nieuniknione? Chociaż detektyw Brygady Uderzeniowej nie wiedział zbyt wiele na temat wróżbiarstwa, tak poniekąd wierzył w bóstwa, a więc i siły wyższe, które mogły jakoś wpłynąć na życie zwykłych ludzi. Niektórzy co rusz napotykali na swej drodze kłody utrudniające im codzienne życie, podczas gdy inni napawali się ciszą i spokojem. A jeszcze co poniektórzy byli pchani przez los w bardzo konkretnym kierunku. Może tak po prostu miało być? Może nigdy nie było odwrotu przed tym, aby wylądować na tej ścieżce?

— Oboje mamy pracę. — Zmarszczył brwi, gdy Anthony odwołał się do jednego z jego listów. Wyczuł napięcie w jego głosie, chociaż nie potrafił odczytać, co dokładnie było powodem zmiany jego nastroju. Wspomnienia? A może miał mu za złe to, że nie był w stanie wówczas postawić Brygady Uderzeniowej i Zakonu Feniksa niżej niż własne zachcianki? — Nie wiedzieliśmy nawet, z czym się mierzymy. Manifest Czarnego Pana, manifestem Czarnego Pana, ale nikt na dobrą sprawę nie wiedział, co pokażą Śmierciożercy i jak szybko to wszystko się zaogni. — Przełknął głośno ślinę. — To byłoby niesprawiedliwe, gdyby coś się stało pod moją nieobecność.

Z perspektywy czasu... Nie było najgorzej. Czuł się okropnie z tą myślą z uwagi na to, że ludzie w końcu nawet wtedy swoje wycierpieli. Stracili pieniądze, biznesy, zdrowie a w niektórych przypadkach nawet i życie. Jednak wówczas działania Śmierciożerców przywodziły na myśl akcje partyzanckie; ograniczone w swej skali, chociaż efektywne w samym wykonaniu. Z tym było łatwiej walczyć niż z czymś pokroju ataku na Polanę Ognisk. To, czego się obawiał, gdy odmówił Shafiqa, ziściło się dopiero parę lat później. Gdyby wiedział, że ewolucja konfliktu będzie następowała tak powoli, może postąpiłby inaczej. Poszedłby z samym sobą na pewne ustępstwa. Erik z przeszłości nie mógł być jednak wzbogacony o doświadczenia, wiedzę i perspektywę Erika z 1972 roku. Taki już był świat.

— Kwestia wprawy. Nie ma nic złego w tym, że popełnisz parę pomyłek początkującego. Nikt by cię za to nie winił. Dopiero się uczysz posługiwać ostrzem — odparł ze spokojem, tak jak miał w zwyczaju przemawiać do młodszych Brygadzistów, którzy nie potrafili się z początku odnaleźć w strukturach Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. — Zaczniesz zbierać cęgi, dopiero gdy będziesz odmawiać naprawienia tych pomyłek i pozwolisz, aby przerodziły się w błędy, które wejdą ci w nawyk. Wtedy staną się bardzo trudne do wyplenienia. — Pokiwał powoli głową. — A problemów z obecnością nigdy nie miałem. I mam na to wszystko papiery. Może nie jest to stuprocentowa obecność, ale kiedy faktycznie trzeba się gdzieś zjawić, to tam jestem.

Gdy Anthony zabrał wino ze stołu i ruszył w stronę łóżka, Erik zamarł na moment, jednak po chwili ruszył w jego ślady. Zamiast jednak od razu przysiąść na miękkim materacu, oparł się o ramę łóżka w jego nogach, przyglądając się, jak jego gospodarz zajada się kolejnymi przekąskami. Miał dziwne wrażenie, że nagle zrobił się nieco nerwowy: to miotanie się z kąta w kąt od sofy od sekretarzyka i do łóżka, jakby nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. A może pierwszy szok po znalezieniu Longbottoma w ogrodzie zaczął zanikać, a jego obecność zaczęła mu nagle ciążyć? Denerwować? Martwić?

— Istnieje coś takiego, jak synonim, wiesz? Nie trzeba wszystkiego tłumaczyć słowo w słowo. W wielu przypadkach to nieeleganckie — napomknął Erik, wsuwając się w końcu na łóżko od drugiej strony. Rozsiadł się w pozycji półsiedzącej i podciągnął ostrożnie kołdrę mniej więcej w okolice pasa, uważając, aby nie strącić tacy na podłogę. — Château to zamek, jeśli mnie pamięć nie myli, prawda? Może spróbuj czegoś innego: cytadela, forteca, twierdza, pałac, fort. Tylko dlatego, że nazwiesz każdą swoją posiadłość tak samo, nie znaczy, że ktoś od razu ją powiążę z tobą. — Nachmurzył się. — Na dobrą sprawę to też odziera cię z prywatności. Łatwo zidentyfikować twoje włości, panie Shafiq, skoro nazywasz je za każdym razem tak samo.

Położył swobodnie dłonie na kolanach, szarpiąc delikatnie materiał kołdry, aby przyzwyczaić się do jej tekstury i miękkości.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (12077), Erik Longbottom (10454)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa