• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[29.07] Deszcz jak siwe łodygi, szary szum

[29.07] Deszcz jak siwe łodygi, szary szum
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#21
06.05.2024, 12:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2024, 12:11 przez Anthony Shafiq.)  
Łóżko, czy raczej wielkie, dwuosobowe łoże, miało kilka przyjemnych aspektów, które nie były wcale tak często spotykanymi udogodnieniami. Pomijając pikowane wezgłowie, wygodne do układanie na nim głowy, oraz całkiem spore stadko poduch, które również można było ułożyć podług swojego zapotrzebowania, mebel ten był na tyle dużych rozmiarów zarówno wzdłuż jak i wszerz, że Erik pomimo swojego słusznego wzrostu, nie musiał się w żaden sposób martwić, że w nocy będą wystawać mu nogi, bez względu na to jak będzie chciał się ułożyć w tej miękkiej przestrzeni. Materac był zaskakująco twardy, ale przez to wygodny, dostosowujący się do kształtu ciała. Jedwabna pościel niosła w kontakcie ze skórą przyjemne wrażenie eterycznej wręcz gładkości, lekkiego, ale wciąż przyjemnego chłodu, wytchnienia i świeżości. Szorstkie palce wbrew obawom nie haczyły zaskakująco wytrzymałej materii, która bardzo szybko dostosowywała się do optymalnej temperatury ciała. Jedyną wadą, a może zaletą tego miejsca, był fakt, że nosiło na sobie tą samą ciężką żywiczną woń, czerwonej krwi smoczego drzewa, co sprawiało, że szczątki skojarzeń z hotelem czmychały, na rzecz pełnej świadomości, że jest to bardzo prywatna przestrzeń, pachnąca jej właścicielem. Leżenie w niej dawało podobne wrażenie do uścisku w którym byli przed chwila, przed rozpoczęciem kolacji, nawet jeśli Anthony siedział po drugiej stronie, oddzielony od Erika srebrną paterą pełną słodkości.

Gospodarz i owszem, był nerwowy, ale mimo przegranej bitwy z pewnością nie przegrał jeszcze wojny w ukrywaniu tego faktu przed nieświadomym Longbottomem. Szczególnie teraz, gdy dość swobodnie siedział na kołdrze, z jedną nogą założoną na drugą. Yukata pomimo swojej dość luźnej konstrukcji nie odsłaniała zbyt wiele, a może to Anthony dbał siadając na łóżku o to, by wygoda nie niosła ze sobą sugestii erotycznego ciążenia, które tego dnia żadnemu z nich nie wydawało się dobrym kierunkiem spędzanego wspólnie czasu. Sączył wino i rozmawiał o pustych słowach, z szarymi oczyma utkwionymi przed sobą, odbijającymi tańczące płomienie umiejscowionego na przeciwko łóżka kominka.

– Château i castillo to zwyczajowe nazwy winnic, nic więcej ponad europejską tradycję pozwalającą rozpoznać skąd dane wino pochodzi. Więc nie tylko po nazwie kraju czy regionu, ale też właśnie konkretnie po winnicy, która może mieć konkretne szczepy, usytuowanie, beczki z tego czy innego drewna. Moje francuskie wina są cały czas w sprzedaży, naturalnym wydało mi się ujednolicenie nazwy, dla czystej informacji handlowej. Wspólnym mianownikiem pozostałby mój gust, – tyle jeśli chodziło o skromność Anthony'ego – a odbiorca po języku na etykiecie wiedziałby z jakiego kraju wybrałem to, co dla niego najlepsze. – Zamyślił się na moment, klucząc trochę w rozmowach o winie, które zbyt łatwo mogły być metaforą, próbą powiedzenia czego innego niż miało się na myśli, w możliwie dyplomatyczny i bezpieczny sposób. Wciąż jednak to wciąż mogła być wymiana faktów i sugestii. Trudno było się w tym nie zgubić, nie zaplątać, lepsze wciąż pozostawały oploty dzikiego wina, niż malinowe kolce. – Ja wiem, że podchodzę do winiarstwa tylko hobbystycznie, ale opowiadasz o tym miejscu, jakby miało być nie zasobem do osiągnięcia finansowego profitu, a prywatną enklawą, o której mało kto wie. Jakby to miało być moje bezpieczne miejsce, schron gwarantujący swobodę anonimowości. Tak bardzo Ci zasmakował ten bukiet, że nie chciałbyś się nim dzielić? – ostatnie pytanie może z zewnątrz nie zdawało się być połączone logiką z poprzednimi, ale prawda była taka, że Anthony za oczywistość przyjmował dzieleniem się trunkiem z Erikiem jeśli ten choćby skinął głową w odpowiedzi. Za oczywiste przyjmował opcję, w której o fakcie posiadania drugiej winiarni wiedzieliby w całej Anglii tylko oni.

Wyjąwszy całą poetyckość, alkohol też zaczynał swoje w końcu robić i rozluźniać napięte mięśnie, pozwalać myślom wychylić się i snuć, powracać do słów, które między nimi padły, a które może w pierwszym odruchu opatrznie zrozumiał. Jedna z takich nici, zerwana wcześniej przez niego w pragnieniu zmiany miejsca, w strzepnięciu z siebie nawracającej niezręczności, powróciła nagle i jawiąc się jako temat całkiem bezpieczny i interesujący, zakotwiczyła na moment w porcie świadomości.
– Wybacz proszę, gdy wyjdę z jeszcze jednym pytaniem. Rozumiem i winszuję dowcipu umiejscawiania mnie w roli Twojego nauczyciela, szczególnie w obliczu faktu, że przy poprzednim spotkaniu Ty byłeś moim, ale... – zawahał się na moment, znów skupiając spojrzenie na Eriku. Brwi uniosły mu się momentalnie do góry i od razu pochylił się ku niemu, by wyjąć mu z dłoni jedno z łakoci, zdobne pofalowanym brązowym kremem z migoczącymi złotymi drobinkami. – Och nie, przepraszam, te są kawowe, Wergiliusz nie wiedział, że nie powinien ich podawać. – odłożył ciasteczko do grupy trzech pozostałych tego rodzaju, które rzeczywiście były bliżej biodra Longbottoma, niż inne smaki. Anthony odchrząknął przekrzywiając srebrne koło tak, by pod ręką Erika była inna, zdecydowanie bardziej preferowana przez niego opcja. – O czym to ja... a tak, czy Ty właśnie zaprosiłeś mnie do Warowni obiecując w stu procentach swoje towarzystwo? – zdawał się być tym bardzo zdziwiony, ale też trochę zaniepokojony. – Nie chciałbym, byś czuł się jakkolwiek zobowiązany naszym dzisiejszym wieczorem. Zrobiłbym dla Ciebie to samo, nawet jeśli oznaczałoby to, że znów znikniesz na kolejne dwa lata, czy więcej. Ja... – umilkł gwałtownie, czując że zbliża się do tej granicy, którą przecież obiecali sobie w niepisanej zgodzie nie przekraczać. Odetchnął znów kilkukrotnie, czując nieprzyjemne kłucie w klatce piersiowej. – ...nie chcę, żebyś jakkolwiek czuł się przymuszony do czegokolwiek Eriku. Nigdy tego nie chciałem. – przyznał w końcu zupełnie szczerze, nieświadomie wpadając znów w ton cichych wyznań szeptanych przy oknie, zdradzając jednak przy tym choć po części intencję własnej zachowawczości i utrzymywaniu dystansu.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#22
07.05.2024, 01:35  ✶  
Kołdra, chociaż obca, w połączeniu ze zbiorem mniejszych i większych poduszek pozwoliła się Erikowi zrelaksować. Gdy jego podłożył sobie jedną z nich pod głowę, miał ochotę zakopać się w pieleszach i nie wychodzić spod nich do rana. Ciało zdecydowanie żądało odpoczynku, jednak nie chciał odpłynąć. Przynajmniej jeszcze nie. Wewnętrznie czuł, że byłoby to niesprawiedliwe w stosunku do jego gospodarza, po tym, jak ten udzielił mu gościny.

— Wkładasz w to hobby spore ilości pieniędzy i wysiłku, aby winiarnie funkcjonowały według standardów, jakie chcesz w nich utrzymać. Gdyby zależało ci tylko na zysku, to zatrudniłbyś kogoś, kto zarządzałby tym wszystkim w twoim imieniu, a ty czerpałbyś korzyści z Wysp — napomknął Erik niewzruszony uwagami starszego towarzysza. — Sądzę, że zostawiasz w tych rezydencjach część siebie. Wiem, że ja na twoim miejscu zadbałbym o to, aby czuć się tam komfortowo, a w moim przypadku wiążę się to z zachowaniem jakiejkolwiek prywatności. — Przekrzywił lekko głowę, aby przyjrzeć się Anthony'emu. — Nie roszczę sobie praw do twojej własności. Gdybym faktycznie otrzymał od ciebie do nich dostęp, uznałbym to za dar, a nie coś, co mi się należy przez... naszą znajomość.

Jakbyś pierwszy raz miał być mentorem, pomyślał z przekąsem, bo mężczyzna zdecydowanie siebie nie doceniał. A moze po prostu nie widział, jak jego codzienne zachowania miały wpływ na ludzi wokół niego. Erik doświadczył tego na własnej skórze podczas ich pierwszego wspólnego wyjazdu, kiedy to Anthony był jedynie znajomym Morfeusza ze szkoły i w gruncie rzeczy łączyło ich tylko to, że czasem mijali się na różnych zbiegach. Dopiero wspólna delegacja zacieśniła ich relację. Na wiele sposobów. I chociaż Longbottom całkiem miło wspominał tę najbardziej ekhm energiczną część wspólnych wyjazdów, tak cała otoczka służbowych wypraw wywarła na niego duży wpływ.

Zdolności oratorskie dyplomaty wybijały się na pierwszy plan przy każdym spotkaniu handlowym z przedstawicielami innych nacji, a to jak rozgrywał ich jednego po drugim, sprawiało, że Erik nabierał coraz to większego szacunku dla sztuki operowania słowem. Dodać do tego jeszcze ciekawostki o określonych regionach, próby zapoznania go z lokalną kulturą i językiem, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że Anthony zdecydowanie spełniał się w roli nauczyciela. Przynajmniej w stosunku do niego.

— Chyba się przesłyszałem. Nigdzie nie zniknąłem! — obruszył się niespodziewanie na słowa Shafiqa, wykrzywiając w zdziwieniu wargi i marszcząc nos. — Cały czas byłem na miejscu. Nie wyprowadziłem się, nie zmieniłem miejsca pracy, ale nie mogłem też tak po prostu zostawić wszystkiego i wyjechać w kolejną delegację. — Założył ręce na piersi, a jego mowa ciała dosyć jawnie zdradzała to, że chciał się schować w swoim kokonie i chronić swoją skórę za wszelką cenę. — Miałeś równie łatwy dostęp do sowy pocztowej, co i ja, więc nie zachowuj się tak, jakbym to ja zerwał z tobą kontakt. Chyba, że nagle przejmowanie inicjatywy przestało cię interesować, kiedy nie patrzyłem. Do tanga trzewa dwojga, mój drogi.

Nie spodziewał się tych oskarżeń, ale też nie miał zamiaru spuścić nosa na kwintę i ukorzyć się przed Anthonym. Nie tego dnia, gdy zaledwie kilka godzin wcześniej spotkał się z własnym widmem przeszłości. Spędził przed laty całe miesiące, wmawiając sobie, że odejście Selwyna było jego winą. Bo się za mało starał. Bo mógł zrobić więcej. Bo coś źle zrobił. A może wręcz przeciwnie; pokazał, że za bardzo mu zależy, co wystraszyło drugą osobę. Nie miał zamiaru pozwolić sobie, aby Shafiq w kilku słowach sprowadził go do podobnego poziomu. Jedna odmowa - na dodatek podyktowana sytuacją w kraju - nie powinna decydować o losach całej relacji. Ktoś tak wysoko postawiony w hierarchii Ministerstwa Magii powinien o tym wiedzieć.

— A jak już musisz wiedzieć, to zapraszanie cię do Doliny nie maiłoby zbyt dużego sensu, gdyby nie było mnie wówczas w domu, czyż nie? — dodał nieco zjadliwym głosem, unosząc pytająco brwi. — To jest, o ile nie zamierzałbym cię po prostu wodzić za nos i zaangażować Morfeusza w to, żeby dotrzymał ci towarzystwa. — Chrzaknął cicho. — Co, jak chciałbym zauważyć, byłoby strasznie głupim pomysłem samym w sobie, ani nie jest w tym przypadku moim celem. Nigdy nie miałem nic przeciwko twoim odwiedzinom w Warowni. I dalej nie mam.

Sięgnął machinalnie po najbliższe ciasteczko, a z rozpędu chwycił jeszcze za dwa kolejne, aby zaraz wepchnąć je sobie w usta. Przeżuwał ostentacyjnie łakocie, nadymając przy tym policzki, jakby w ten sposób chciał dodatkowo podkreślić swoje niezadowolenie z tego, w jakiej sytuacji został postawiony przez Shafiqa. Nie miał zamiaru się z nim kłócić. Erik rzadko kiedy kłócił się z osobami, na których mu zależało, a pomimo tego, że ich relacje uległy ochłodzeniu w ostatnich latach, tak dalej uznawał Anthony'ego za osobę zaufaną. Nie potrafiłby mu urządzić awantury. No, chyba że oświadczyłby mu, że zamierza rozpocząć długofalową współpracę ze Śmierciożercami i Lordem Voldemortem. Wówczas rozważyłby przemówienie mu do rozsądku.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#23
07.05.2024, 07:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2024, 17:31 przez Anthony Shafiq.)  
– Jaki dostęp masz na myśli? Do nowej winnicy czy nowej butelki wina? – rozumiał jego argumentację, choć nigdy tak na prawdę sam nie miał takich wniosków i potrzeb. Francuskie pola nie były azylem, a prezentem za dawną przysługę, od samego początku budował na nim swoją markę wśród ludzi między którymi się obracał. Jak wiele radości sprawiała fontanna plująca czerwonym winem? Jak wiele radości sprawiał fakt, że każdy, kto dostawał butelkę, mógł byle jak, ale zawsze, pomyśleć sobie o nim? Z hiszpańskim winem było inaczej, to do niego należała decyzja i wybór. I kiedy był w Hiszpanii sam, spędził łudząco podobny rajd degustacyjny do pewnego Longbottoma, który teraz sarkał na niego, zakopany w jedwabną pościel. I właśnie wino, które sobie teraz dolewał było tym, które zostało z nim na dłużej.
– Masz rację, przemyślę jak chce podchodzić do tego miejsca – odpowiedział pojednawczo, ale chyba w żaden sposób nie załagodziło to ich obecnej sytuacji.

Obaj byli zmęczeni. Oboje mieli coraz mniej sił, by trzymać gardę.

Anthony rzadko kiedy widywał się w roli nauczyciela czy guwernera, mając zbyt mocno osadzone w głowie wyobrażenie takowego oparte na postaci własnych guwernerów i tego, jak bardzo od nich odstaje. Zapytany w temacie odpowiedziałby pewnie, że najlepiej porozmawiać o tym z jego najbliższymi pracownikami. Spytać o to, czy jest dobrym mentorem. Był świadom, że potrafi wiele dać od siebie innym, okłamując się czasem, że powodowały nim tylko merkantylne pobudki tego, aby zespół był jak najbardziej efektywny. Inaczej się miała jednak rzecz wobec Erika, przy którym różnica wieku wręcz sugerowała jako domyślny układ mistrzowsko-uczniowski. Wbrew jednak oczekiwaniom Shafiq absolutnie nie chciał znajdować się w tej pozycji, mimo, że podsuwał mu nowe, nieznane wcześniej doświadczenia i informacje, mimo, że poprawiał go regularnie. To raczej był odruch, chęć współdzielenia się z kimś, zaimponowania mu, aniżeli wola związana z kształtowaniem drugiej osoby, podług własnego pomysłu. Może nieco romantycznie uznawał bowiem, że w relacji, w związku - jakikolwiek by nie był - chodzi o wzajemny wzrost, inspirowanie się i pragnienie zmiany na lepsze, a nie mgliste splatanie roli nauczyciela, opiekuna i kochanka. Zbyt blisko bylo temu do dominowania swoją osobą każdej strefy życia i czynienie z drugiej istoty swojego osobistego podnóżka. To nie było porządane, a przynajmniej nie na stałe, nie poza drzwiami sypialni. W tym znaczeniu to zawsze był tylko element gry.

Tymczasem wzajemny wzrost, inspirowanie się i pragnienie zmiany na lepsze właśnie wybuchało mu w twarz rosnącymi po jego prawej stronie dąsami. Byli zmęczeni, ta rozmowa, te bardzo wrażliwe tematy nie mogła mieć gorszego terminu i okoliczności. A może właśnie tego potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego? Braku sił, by udawać nadal, że ten układ kiedykolwiek im odpowiadał? Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nieoczekiwanie cicha deklaracja, nieśmiałe wyznanie potoczyło się śnieżną kulą w bardzo dziwne tereny. Jego uszy stały się w całości czerwone, oddech spłycił się, a ciało stężało i tylko ścięgno na skroni poruszało się zgodnie z pulsem, potwierdzając, że Shafiq nie był pod wpływem Drętwoty. Wręcz przeciwnie, słuchał wszystkiego co wyrzucał z siebie Erik, a co może byłoby przemilczane, albo bardziej zawoalowane, gdyby czuł się lepiej. Czy on właśnie miał do niego żal o to, że się przestali widywać? Informacja, która powinna być jak najbardziej pozytywna, dosypywała tylko węgla do gniewu, który zaczął wewnętrznie szarpać Anthonym.

– Miałeś równie łatwy dostęp do sowy pocztowej, co i ja, więc nie zachowuj się tak, jakbym to ja zerwał z tobą kontakt. – wycedził sucho, nie tyle co przedrzeźniając go co punktując podwójne standardy tej wypowiedzi.– Czy mi się tylko zdaje, czy nie pisałeś do mnie, chyba tylko po to, żeby odpowiedzieć na moją korespondencję? Tak było teraz, tak było wcześniej, tak było i sześć lat temu kiedy...– umilkł, bo przecież nie było sensu tak daleko wybiegać, nagle odbijać piłeczki, że proszę, jak wrócili z Włoch to w żaden sposób nie padła z erikowej strony żadna propozycja spotkania. Żadna! Sowy działają w obie strony. Dobre sobie!

– I wiesz doskonale o co pytam i czemu się dziwie! Że nie chodzi mi o to czy Ty będziesz, czy Cię nie będzie w Warowni, tylko że w ogóle chcesz się ze mną... – urwał znów, wściekły na Erika, wściekły na siebie, że słowa giną mu, pierzchają przed nim w przerażeniu, pozostawiając urwane myśli i zdania. Był wściekły na Sewelyna, czy z kimkolwiek rano spotkał się Longbottom, bo to nie powinno być tak, że złamane serce leczyło się kłótnią w temacie zupełnie innej relacji, zupełnie innego złamanego serca... Pewnie gdyby byli bohaterami musicalu, Anthony zacząłby śpiewać, bo emocji było zbyt wiele na to, by mówić. Na szczęście dla obojga, pianino stojące w rogu milczało.

– Dobrze! – wyrzucił z siebie nagle, wznosząc na moment oczy do sufitu, nie mogąc umysłem ogarnąć kim jest Erik i jak to się stało, że pozostawał jedyną osobą, która była go w stanie tak wyprowadzić z równowagi. Od zawsze, zero spokoju. Nie żeby za tym nie tęsknił, nie żeby tego nie pragnął tak często jak tylko się dało. To brzmiało jak jakiś cel w obliczu nowych danych. – Fantastycznie, tak? Świetnie. - mówił raczej do siebie, łapiąc oddech i kręcąc z niedowierzaniem głową – To idźmy gdzieś razem. – brzmiało to raczej, jak "to nigdy więcej się nie widźmy", ale słowa pozostawały słowem, propozycją rzuconą z całym ładunkiem emocjonalnym, który nagle zaczął się z niego wylewać. – W najbliższym tygodniu. Ty, ja, randka. – Aż go uszy bolały od tego jak prymitywnie brzmiał, z drugiej strony jednak nie mógł zaprzeczyć, że czasem właśnie prostota i bruistyczne metody działały dla nich najlepiej. Nie tylko w tych energicznych sposobach spędzania czasu. – Może być Ritz, może być...– zakręcił kieliszkiem przed sobą, przez całą tą wymianę zdań nawet nie patrząc w stronę drugiego mężczyzny – może być cokolwiek co Ci odpowiada, nawet te Twoje... frytki i precle! Wybierz miejsce, ja wybiorę następnym razem coś co jest w obrębie kraju. Proszę, inicjatywa raz!– żachnął się, po czym zmył gorycz z ust całym kieliszkiem wina wypitym na raz. Jak zerwanie plastra. Mógł przecież to zrobić już dawno, prawda? Szkoda, że strach przed odmową zdawał się gorszym, niż trwanie w bezruchu, niewiedzy, domysłach, biernej akceptacji losu. Teraz jednak przyparty do muru, zmiękczony godziną i alkoholem po prostu nie miał innego wyjścia. Trudno.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#24
07.05.2024, 15:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2024, 15:29 przez Erik Longbottom.)  
— Dla ciebie to jedno i to samo, więc raczej znasz odpowiedzieć — odparł, nie łapiąc haczyka w formie tej drobnej gry słów ze strony Anthony'ego. — Butelka wina, winnica... Jedno pochodzi z drugiego, więc dostając jedno, poniekąd smakuje drugiego, czyż nie?

Zmrużył oczy, gdy jego gospodarz powtórzył po nim jego własne słowa. Przedrzeźnianie? Cóż za dziecinna forma prowadzenia konwersacji. Momentalnie poczuł szarpnięcie w sercu, a w głowie zagościły podszepty sugerujące, aby odpowiedział pięknym za nadobne. Och, nic dziwnego, że korzystał z tej techniki, gdy próbował się wykłócać z siostrą. To było nadzwyczaj... prowokujące.

— Jedna odmowa z mojej strony aż tak cię wzburzyła? Miałem ku temu powody i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia — odparł, naśladując ton Anthony'ego. — A tylko dlatego, że raz powiedziałem ''nie'' nie równa się wcale temu, że nie chciałem mieć z tobą nic wspólnego.

Cóż, Longbottom miał naturalny talent do prowokowania ludzi, którzy byli mu bliscy. Tyle że jak do tej pory grono to w dużej mierze ograniczało się do kobiet z rodziny i najbliższych przyjaciółek. Erik doskonale wiedział, gdzie nacisnąć, aby rozsierdzić Brennę, Norę czy kuzynkę Danielle, a wieloletnia znajomość dała mu poniekąd wgląd w to, co było słabym punktem Shafiqa. Teraz jednak nie musiał nawet bazować na tej wiedzy: było to dosyć naturalne, że w obecnym układzie jakakolwiek wzmianka o wspólnej przeszłości doprowadzi do zagotowania wody w garncu emocji.

Nie spodziewał się jednak zaproszenia na randkę. Oferta zaskoczyła go na tyle, że obrócił się całym ciałem w stronę Anthony'ego, jakby sprawdzał, czy nie był to jedynie żart. To było coś innego. Coś odważniejszego. Tak samo, jak odważne było to, jak we Włoszech chwycił go za rękę i poprowadził przez labirynt poznaczonych śladem czasu budynków. Teraz jednak wszystko wskazywało na to, że Shafiq faktycznie chciał.

— W najbliższym tygodniu nie mogę. — Wywrócił teatralnie oczami. — Zaraz Lammas, a potem mam parę innych rzeczy do załatwienia. A chyba oboje możemy się zgodzić, że stać nas na coś większego i ciekawszego niż zwykły festyn miejski. — Westchnął przeciągle, klepiąc się otwartymi dłońmi po okrytym kołdrą brzuchu. — W drugiej połowie miesiąca mam wolniejszy grafik. Słyszałem, że mają grać jakąś dobrą sztukę w tym... teatrze — z trudem powstrzymał się przed określeniem go obrzydliwym — Możemy pójść na spektakl, a potem do londyńskiej przystani. Ja... Kupiłem ostatnio jacht.

Nie chwalił się tym zbytnio. W gruncie rzeczy jedyną osobą, jaka wiedziała o zakupie łodzi była Nora, któa zresztą zobaczyła ją jako pierwsza z grona znajomych. Longbottom nie chciał się chwalić zbytnio tą transakcją: to była jego zachcianka, coś, w co wpakował sporą kasę bez większego zaangażowania, tylko po to, aby móc cokolwiek nazwać prawdziwie ''swoim''.

Z początku wydawało mu się, że Ersa będzie spędzała większość czasu w mieście, jednak powoli odzwyczajał się od tej myśli. Gdyby zadbać o dodatkowe usprawnienia, można byłoby z niej zrobić coś przydatnego, a nie łódkę, na której od czasu do czasu można by było urządzić paroosobową imprezę. Na ten jeden sierpniowy wieczór mogła jednak posłużyć za miejsce wspólnego odpoczynku, a nie mobilną jednostkę pływającą, która mogła służyć zarówno Brygadzie Uderzeniowej, jak i Zakonowi Feniksa.

— Naprawdę jesteś na tyle zdesperowany, żeby iść do baru na frytki? — spytał po dłuższej chwili milczenia, kładąc się na boki i podpierając dłonią głowę. — Czy chciałeś po prostu mi dopiec, że w gorszych momentach nie stołuje się w najdroższych restauracjach w mieście?

Wpatrywał się w niego z kamienną twarzą, jakby oczekiwał, że Shafiq zacznie go przepraszać i zasypywać tłumaczeniami, z których każde zaczynałoby się od słów To nie tak, jak myślisz...!, jednak w swoim obecnym stanie Erik nie potrafił długo grać, więc zaraz jego twarz wygięła się w szerokim uśmiechu. Było coś urokliwego w tym, że Shafiq wyłapał z ich dzisiejszej rozmowy tę jedną informację i próbował wykorzystać ją na swoją korzyść - pokazać, jak bardzo mu zależy.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#25
07.05.2024, 17:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2024, 17:31 przez Anthony Shafiq.)  
– Odmowa? Absolutnie nie. Odmowa i brak kontrpropozycji, brak listów, brak wieści, brak... brak czegokolwiek! – Dawał w końcu wybrzmieć temu co kisił w sobie długie miesiące zastanawiania się co zrobił nie tak, co mógłby zrobić więcej, bardziej, gdzie popełnił błąd. Zaczął mrugać, by jakoś zgubić to wrażenia przesuszonych oczu, wciąż wściekły, wciąż rozjuszony tym, że w ogóle tego tematu dotykali. A słowa jak nie chciały, tak nie przychodziły. – Skąd miałem wiedzieć, że w ogóle jeszcze jesteś... że chcesz... że... – odetchnął głęboko i ujął nasadę nosa w palec wskazujący i kciuk, próbując jakkolwiek odzyskać pion, kiedy wiało tak mocno. To było upokarzające, ale być może uczucia, które w sobie nosił miały to wpisane w swoją naturę.

Z drugiej strony prowokowanie czasem było potrzebne. Konfrontacja. Ten gniew i brak zgody na zastaną rzeczywistość. Przyparcie do ściany, nie tej prawdziwiej a metaforycznej, zwłaszcza gdy ta druga strona okazywała się unikać tematu, a ów unikanie wprowadziło zdecydowanie więcej nieporozumień, niż gdyby wyjaśnić sprawę od razu. Problem nierozwiązany tylko narastał, a wszystko – tak słowa, jak i gesty – wskazywało na to, że ochłodzenie ich relacji, poluźnienie łączącej ich nici nie tylko było Anthony'emu nie w smak, ale też z jakiś powodów stało się dla niego wrażliwą i bolesną sprawą.

Kolejne słowa dochodziły do niego jak przez mgłę. Były dużą ilością słów, kiedy on teraz, w takim bardzo prostolinijnym trybie potrzebował tak albo nie, aby wiedzieć z jakiego powodu nie zaśnie tej nocy, mimo obezwładniającego zmęczenia podpartego solidnym pierwszym posiłkiem tego dnia i wypitą butelką wina. Wymówki, same wymówki, myślał sobie z początku a potem nagle dotarła do niego wzmianka o wolniejszej drugiej połowie miesiąca i propozycja. Coś.
– Upiora... khm... grają Upiora w operze – uściślił głucho, pozwalając sobie na refleksję, że dla Longbottoma byłby to materiał zdecydowanie przystępniejszy niż Verdi. Już nie wchodził w dyskusję o tym, że musical Webera mimo że bardzo popularny, bardzo pasował swoją przaśnością do jarmarku, którego ponoć Erik chciał mu oszczędzić. On sam nie zamierzał się na to wybierać wcześniej, nie miał biletów, ale szczęśliwie jako mecenas miał abonamentowo zarezerwowaną jedną z lóż przez cały sezon. Taką, na której bardzo kiepsko było cokolwiek widać, ale za to dźwięk dochodził bez najmniejszej skazy.

Przełknął głośno ślinę na wzmiankę o przystani i jachcie, ale wzrok miał utkwiony w tańczących płomieniach zdobiących ściany. Bycie na wodzie nie oznaczało przecież bycia w wodzie. Na takiej sążnistej konstrukcji nic nie powinno się stać, nie powinna ona nagle zacząć przeciekać i tonąć, nie powinna nagle się przechylić do góry dnem, nie powinna gwałtownie odpłynąć, gdy się na nią wchodzi. Z resztą Erik tyle razy zarzekał się, że w razie czego go uratuje, prawda? Co się mogło złego stać, jakie potwory mogły wychynąć z wodnych odmętów, jakie śmierdzące rybą macki mogłyby wedrzeć się do ich gardeł, sięgnąć po ich dusze. Wzdrygnął się mimowolnie i przymknął oczy na moment, by skupić się na wrażeniu ciepła na skórze, na ochronnym ogniu, kojącej, niebujającej przestrzeni.

Nie nazwałby siebie odważnym. Zdecydowanie nie w tej sytuacji.

Czuł na sobie bijące od kominka ciepło, ale bardziej paliło go spojrzenie przenikliwych oczu Erika, który nawet nie udawał, że nie lustruje go ze swojej wygodnej pozycji. Nie odpowiedział mu od razu, wpierw uspokoił się na tyle, by móc w końcu wrzucić z siebie słowa, które wbrew oczekiwaniom nie były wycofywaniem się rakiem z rzucanych w gniewie propozycji.
– Naprawdę Eriku. Naprawdę jestem. – Brzmiał na przygnębionego, ale zwyczajnie czuł się pokonany tą sytuacją, dniem, miesiącem, rokiem. W uszach mu dzwoniło przekonanie, że komu zależy bardziej, ten zawsze przegrywa. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że tym wybuchem tylko tracił w oczach towarzyszącego mu mężczyzny, a któremu ów wybuch w żaden sposób nie dopomagał w trudnej sytuacji związanej z zupełnie kim innym. Powoli podciągnął do siebie nogi i zsunął je z łóżka, obracając się i siadając na skraju, podpierając się rękoma tak, by nie zapaść się w sobie. – Przepraszam, nie powinienem krzyczeć. Masz i tak za sobą ciężki dzień.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#26
08.05.2024, 01:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2024, 01:36 przez Erik Longbottom.)  
Och, no oczywiście. Bo najlepiej było z góry założyć najgorszy scenariusz i samemu nie podjąć żadnej próby odezwania się, pomyślał Erik, kręcąc głową bez słowa na kolejną dawkę tłumaczeń ze strony starszego, ale niekoniecznie bystrzejszego czarodzieja. W pełni zgadzał się z tym, że relacje międzyludzkie nie były łatwym tematem do rozważań, podobnie jak wczucie się w sytuację drugiej strony i zrozumienie jej perspektywy na pewne zdarzenia. Pooddawanie się kolejnym dywagacjom odnośnie do tych kwestii mogło przynieść mnóstwo intryg i równie wiele głębokich rozczarowań.

Niektóre osoby dążąc do odgadnięcia myśli swych druhów nieoczekiwania wkraczali do labiryntu, który zdawał się nie mieć wejścia ni wyjścia. I chociaż podejmowano wiele prób znalezienia właściwej ścieżki tak głębie i złożoność ludzkich przemyśleń mogła wymykać się logice i rozsądkowi. W dawnych opowieściach wówczas z nieba spadał bohaterom magiczny przedmiot pokroju zaklętej nici księżniczki Ariadny, która pomogła Tezeuszowi opuścić mitologiczny labirynt Minotaura. A chociaż zarówno Erik i Anthony żyli w świecie pełnym magii i czarów, tak w kwestiach międzyludzkich byli niewiele lepsi od mugoli. Koniec końców byli tylko ludźmi.

— Nie wydawałeś się jakoś wyjątkowo zainteresowany wznowieniem naszej ówczesnej współpracy. Sądziłem, że moja odmowa sprawiła, że straciłeś zainteresowanie. Że skoro raz zawiodłem, to równie dobrze można było sobie odpuścić. Wszystko albo nic — odparł ze spokojem, chociaż w jego głosie dalej pobrzmiewała delikatna nuta podirytowania. Nie miał jednak zamiaru wykłócać się z nim o to, kto miał gorzej i kto powinien wysłać pierwszy list czy podać rękę na zgodę. Wiedział jednak, że skoro nadarzyła się okazja do wyjaśnienia sobie paru kwestii, to powinni ją wykorzystać. — Może... Może trochę stchórzyłem. Może nie wiedziałem czego się spodziewać, gdybym faktycznie się odezwał. Może łatwiej oczekiwać kolejnego zaproszenia, ale niczego nie inicjować.

Westchnął ciężko. Nie chciał porównywać Shafiqa z Selwynem, jednak z perspektywy czasu trudno mu było nie zestawiać ze sobą obu mężczyzn. Wprawdzie szalenie się od siebie różnili, ale i tak można było znaleźć między nimi punkty wspólne. A może nawet nie między nimi jako osobami, ale tym w jakie układy był z nimi wplątany. Związek z Laurencem był jednym z pierwszych, w które naprawdę się zaangażował. Żył i oddychał ich spotkaniami, to one wyznaczały cykl jego życia. Może w jakiś sposób przeniósł ten schemat na Anthony'ego? Wspólne wyjazdy, na których mógł być bardziej otwarty, a które jednak szybko stały się rutyną. Oddzielonymi od siebie wielomiesięcznymi przerwami, ale jednak stałymi w jego życiu.

A potem puf: konflikt Czarnego Pana z Ministerstwem Magii, Zakon Feniksa, rodzina, przyjaciele, praca. I nagle ''rutyna'' z Anthonym musiała zejść na dalszy plan, a gdy pojawiła się szansa na to, aby do niej wrócić... Nawet nie wiedział, jak się za to zabrać, więc czekał na ruch drugiej strony. Łatwiej było zaakceptować porażkę na podstawie braku zainteresowania drugiej strony niż walczyć o uwagę. Teraz wydawało mu się to nieco naiwne, ale wszystko wskazywało na to, że Anthony wcale nie był lepszy i też nie wiedział, jak zabrać się za odnowienie kontaktu. A teraz literalnie wylądowali w jednym łóżku. Huh, cóż za przewrotne bóstwa otoczyły ich swą opieką.

— Och, mają tam ostatnio więcej niż jednego? Czemu mnie to nie dziwi — mruknął pod nosem z kwaśną miną.

Och, tak. Upiór doskonale pasował do Selwyna. Wzdrygnął się na samą myśl, że mógłby go spotkać podczas przedstawienia lub - Merlinie broń - zobaczyć na deskach jego rodzinnego teatru. Z drugiej strony, może sprawiłoby mu to większą satysfakcję niż bezpośrednia konfrontacja z czarodziejem. Miał wrażenie, że wyniósł z niej mniej niż mógł, a przede wszystkim mniej niż powinien. Jakaś przekorna część jego osobowości była ciekawa tego, jak wyglądała konfrontacja Selwyna z Shafiqiem. Nawet jeśli nie zamieniliby ze sobą wówczas nawet słowa.

Poderwał się niezgrabnie, gdy Anthony nagle odsunął się od niego i przesunął na skraj łóżka. Przesunął się automatycznie bliżej niego, wbijając wzrok w jego szyję. Z lekkim wahaniem oparł dłoń o jego ramię, gładząc je bezwiednie, dopóki jego palce nie zaczęły krążyć po łopatce starszego czarodzieja.

— Przeżyję krzyki — odparł cicho, ciągnąc lekko za materiał zagranicznego szlafroka. — Poza tym, wolę ich słuchać przed snem niż się przy nich obudzić. Nie chcę iść spać skłócony z tobą. I nie chcę, żebyś gdziekolwiek szedł. — Ponowne pociągnięcie. — Chyba... Chyba żaden z nas nie powinien być dzisiaj sam, hmm? A rano... Rano zobaczymy, co będzie.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#27
08.05.2024, 13:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2024, 15:16 przez Anthony Shafiq.)  
Zawsze łatwiej w perspektywie czasu patrzeć na swoje reakcje i myśli krytycznie. Dystans pozwalał dostrzec te zmienne, których wcześniej się nie dostrzegało, ale też weryfikować to kim była druga osoba i kim było się samemu w tej relacji. Sowy działały w obie strony, ale pozostały ciche, w urażonej dumie i kwitnącej wątpliwości o sens podejmowania jakichkolwiek działań, obawie narażenia się na śmieszność i boleść odrzucenia wyrażonego wprost. Shafiq nie winił go, nie zamierzał wyrzucać straconego czasu, a wyznanie Erika pomogło mu zdjęć chociaż trochę ze swoich barków poczucie winy. Nikt tak na prawdę nie powinien ponosić odpowiedzialności za brak pewności siebie, za zawahanie, za ucieczkę od bolesnego tematu. Co stracili, rozsypało się już na dnie klepsydry, ale ten moment szczerości między nimi mógł być może zaowocować przestrzeniami, które bez podjęcia ryzyka nigdy nie miałyby prawda zaistnieć.

Anthony był już właściwie gotowy, żeby wstać i wyjść z pokoju, żeby oddać Erikowi swoją przestrzeń, aby ten mógł odetchnąć w końcu bez jego poszarpanych zdań i kiepskiej kondycji w której się znajdował. Gdy poczuł jego dotyk na ramieniu wzdrygnął się mimowolnie, ale nie dlatego, że nie pragnął go czuć, a dlatego, że odwykł od tego, by ktokolwiek go dotykał. Powinien wyjść, powinien uszanować stan swojego gościa, a nie komplikować bardziej sprawy. Zamierzał to zrobić od samego początku, gdy się tu znaleźli, ale przy Eriku żaden z jego planów tak na prawdę u swego schyłku nie wyglądał tak, jak przy zamierzeniu. Kim był, żeby zaprzeczać prawom tej zasady?

Odwrócił się więc i w końcu spojrzał w twarz drugiemu mężczyźnie, zatopił się w jego kojącym uśmiechu i lśniących dobrocią i prostolinijnością oczach. Nagle zacisnęło się na nim wrażenie odrealnienia, co pewnie spowodowane było owym zmęczeniem i opadającym napięciem, które usłużnie przywracało mu dostęp do słownika wielu, wielu różnych nowożytnych języków. Nie wychodząc z zasięgu erikowej dłoni, sięgnął po srebrną paterę, która ich od siebie oddzielała i z zaskakującą ignorancją dla własnej pedanterii, ześlizgnął ją na miękki dywan otaczający łóżko pozwalając ciastkom niedbale rozsypać się po podłodze. Potem przebył ostatnią barierę, jedwabną materię osłaniającą swoje miękkie, wełniane wnętrze, by znaleźć się znów w grawitacji swojego słońca. Nawet jeśli rano miałby obudzić się i odkryć, że była to tylko ułuda wyczerpanego umysłu, zwykły sen wywołany kambodżańskim kadzidełkiem podarowanym przez tajemniczą córkę arcymaga, pragnął poczuć go blisko, pragnął znów poczuć się na swoim miejscu.

Ogień w kominku dogasał, panujący półmrok sprzyjał wyciszeniu i spokojowi po minionej burzy. Na zewnątrz chmury rozeszły się odsłaniając malejący księżyc, ten jednak nie miał dziś do sypialni wstępu odbijając się tylko w kroplach deszczu osadzonych na szybie. Choć łóżko było tak wielkie, że spokojnie zmieściliby się na nim we dwoje nie dotykając się choćby i przez sen, Anthony jak podjął decyzję, tak nic nie mogło mu już stanąć na drodze do uścisku, do sprawdzenia, czy ciało pamięta jak ułożyć się najwygodniej przy drugim ciele. Dłońmi sięgnął ku gęstym włosom, nie hamując się już jak wcześniej, zagarnął do piersi głowę młodszego czarodzieja, głaszcząc i całując jej czubek z czułością, obracając się na plecy i ciągnąc go ku sobie i trochę na siebie, by choć trochę poczuć słodki ciężar, być jego poduszką, ucieczką i odpoczynkiem.

– Chciałbym, żebyś wiedział, – zaczął po chwili cicho, palcami gładząc stwardniały stresem kark, zahaczając nimi raz o linię włosów, raz o barki, respektując granice wyznaczane materiałem yukaty. Drugą dłonią błądził po jego łopatkach, czasami tylko zsuwając się do pasa, w leniwych, szerokich, opiekuńczych gestach – że jak bardzo szanuję Twoje osiągnięcia w Brygadzie, przynajmniej na tyle na ile udawało mi się je śledzić w Anglii, to w naszych podróżach nigdy... nigdy nie chodziło o współpracę, która jest do kontynuowania czy zerwania.– jego głos brzmiał dziwnie sucho, jakby to nawet nie było zwierzanie się, a przyznawanie do winy. – Jak to określiłeś dziś... chyba jednak było w tym ziarno prawdy, w tym oskarżeniu o sięganie po służbowe dojścia. Po prostu chciałem być blisko Ciebie.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#28
08.05.2024, 23:01  ✶  
Przedziwny był to dzień. Nawet, teraz gdy właściwie był już jedną stopą w kolejnym dniu miesięcznego cyklu, nie mógł nadziwić się temu, w jak nieprawdopodobną stronę skręcił jego los w ciągu zaledwie kilku godzin. I pomyśleć, że to wszystko zaczęło się od kilku kolejek skrzaciego bimbru pędzonego w piwnicach Warowni. Zapamięta ten dzień jako jeden z tych pełnych skrajności, w których radość mieszała się ze skutkiem, a żałość zmagała się z nadzieją. Po jednej stronie miał Selwyna, a po drugiej Shafiqa i jakby tak się nad tym zastanowił, przeszedł cały dystans od jednego mężczyzny do drugiego, walcząc poniekąd z samym sobą, aby nie pozostać po środku i zachować neutralność za cenę wszystkiego.

Mógł pozostać niewzruszony, zakopać to wszystko w sobie, zakuć się w pancerz i trwać w przekonaniu, że kilka tygodni wystarczy, aby odpędzić kłębiące się między jego kośćmi emocje. Czy jednak teraz, gdy miał Anthony'ego na wyciągnięcie ręki, mógł szczerze przyznać, że samotność była lepsza? Wiedział, że nie chciał być teraz nigdzie indziej. Zapewne nigdy nie będzie w pełni świadom tego, co popchnęło go do wieczornej wizyty w Little Hangleton: podświadomość, los czy przypadek. I może nawet nie musiał tego wiedzieć. Koniec końców to ludzie podejmowali decyzje, a chociaż na razie były to drobne obietnice, tak zapowiadały przełom. Czy na gorsze, czy na lepsze - to dopiero pokażą nadchodzące dni.

Uśmiechnął się przelotniem, gdy drobny gest z jego strony przekonał mężczyznę do tego, aby został z nim tej nocy. Nie liczył na nic szalonego. Właściwie to z uwagi na wydarzenia, w jakie się wplątał, wolał nawet tego nie ryzykować. Nie miał pojęcia, w jakim stanie się obudzi, a nie chciał żałować. Nie chciał też, aby Anthony poczuł się, że został zapędzony w kozi róg, z którego była tylko jedna droga ucieczki o nazwie ''powrót do starych nawyków''. Nie musieli być niewolnikami własnych przyzwyczajeń. A przynajmniej nie tej nocy. Erik przesunął swobodnie dłoń z pleców mężczyzny na jego ramię, szarpiąc delikatnie materiał i zapraszając mężczyznę do tego, aby do niego dołączył.

Wypuścił głośno powietrze z płuc, gdy poczuł długie palce Shafiqa wplątane w kosmyki jego włosów. Przywarł policzkiem do piersi swego towarzysza, wsłuchując się w nierówne bicie jego serca. Nie był zaskoczony; z nim pewnie było niewiele lepiej. Gdzieś w środku cieszył się, że nie doszło między nimi do ostrzejszej wymiany zdań. A przecież wystarczyłoby parę nieodpowiednich słów, aby zamiast raju w sypialni rozpętało się istne piekło. Chociaż oboje piastowali w życiu zawodowym poważne funkcje, tak nawet im kończyła się czasem cierpliwość. A kto wie, jak mogło się to skończyć, skoro oboje nie byli w najlepszym stanie.

— Nie przestawaj — mruknął cicho, gdy dłoń Anthony'ego nagle prześlizgnęła się na jego kark.

Przymknął oczy, nie do końca świadom tego, że dosłownie chwilę później Shafiq odsłonił przed nim kolejne karty. Powoli odpływał do krainy mitologicznego Morfeusza, pozostawiając Shafiqa samego ze swoimi przemyśleniami, nawet jeśli wypowiadał je na głos. Czasem cisza oznaczała przyzwolenie. Pozwolenie. Akceptację. Zgodę. Może tym razem odebrał milczenie Erika w ten sposób, gdy dopiero jakiś czas później zorientował się, że mężczyzna dosłownie zasnął mu w ramionach? Cóż, teraz już nie było go sensu budzić, aby wznowić tę konwersację, ale jutro... Za tydzień... Dwa tygodnie. Kiedy czas będzie odpowiedni. Może wówczas chwila będzie odpowiednia. Lepsza. Idealna.

Koniec sesji


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (12077), Erik Longbottom (10454)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa