06.05.2024, 12:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2024, 12:11 przez Anthony Shafiq.)
Łóżko, czy raczej wielkie, dwuosobowe łoże, miało kilka przyjemnych aspektów, które nie były wcale tak często spotykanymi udogodnieniami. Pomijając pikowane wezgłowie, wygodne do układanie na nim głowy, oraz całkiem spore stadko poduch, które również można było ułożyć podług swojego zapotrzebowania, mebel ten był na tyle dużych rozmiarów zarówno wzdłuż jak i wszerz, że Erik pomimo swojego słusznego wzrostu, nie musiał się w żaden sposób martwić, że w nocy będą wystawać mu nogi, bez względu na to jak będzie chciał się ułożyć w tej miękkiej przestrzeni. Materac był zaskakująco twardy, ale przez to wygodny, dostosowujący się do kształtu ciała. Jedwabna pościel niosła w kontakcie ze skórą przyjemne wrażenie eterycznej wręcz gładkości, lekkiego, ale wciąż przyjemnego chłodu, wytchnienia i świeżości. Szorstkie palce wbrew obawom nie haczyły zaskakująco wytrzymałej materii, która bardzo szybko dostosowywała się do optymalnej temperatury ciała. Jedyną wadą, a może zaletą tego miejsca, był fakt, że nosiło na sobie tą samą ciężką żywiczną woń, czerwonej krwi smoczego drzewa, co sprawiało, że szczątki skojarzeń z hotelem czmychały, na rzecz pełnej świadomości, że jest to bardzo prywatna przestrzeń, pachnąca jej właścicielem. Leżenie w niej dawało podobne wrażenie do uścisku w którym byli przed chwila, przed rozpoczęciem kolacji, nawet jeśli Anthony siedział po drugiej stronie, oddzielony od Erika srebrną paterą pełną słodkości.
Gospodarz i owszem, był nerwowy, ale mimo przegranej bitwy z pewnością nie przegrał jeszcze wojny w ukrywaniu tego faktu przed nieświadomym Longbottomem. Szczególnie teraz, gdy dość swobodnie siedział na kołdrze, z jedną nogą założoną na drugą. Yukata pomimo swojej dość luźnej konstrukcji nie odsłaniała zbyt wiele, a może to Anthony dbał siadając na łóżku o to, by wygoda nie niosła ze sobą sugestii erotycznego ciążenia, które tego dnia żadnemu z nich nie wydawało się dobrym kierunkiem spędzanego wspólnie czasu. Sączył wino i rozmawiał o pustych słowach, z szarymi oczyma utkwionymi przed sobą, odbijającymi tańczące płomienie umiejscowionego na przeciwko łóżka kominka.
– Château i castillo to zwyczajowe nazwy winnic, nic więcej ponad europejską tradycję pozwalającą rozpoznać skąd dane wino pochodzi. Więc nie tylko po nazwie kraju czy regionu, ale też właśnie konkretnie po winnicy, która może mieć konkretne szczepy, usytuowanie, beczki z tego czy innego drewna. Moje francuskie wina są cały czas w sprzedaży, naturalnym wydało mi się ujednolicenie nazwy, dla czystej informacji handlowej. Wspólnym mianownikiem pozostałby mój gust, – tyle jeśli chodziło o skromność Anthony'ego – a odbiorca po języku na etykiecie wiedziałby z jakiego kraju wybrałem to, co dla niego najlepsze. – Zamyślił się na moment, klucząc trochę w rozmowach o winie, które zbyt łatwo mogły być metaforą, próbą powiedzenia czego innego niż miało się na myśli, w możliwie dyplomatyczny i bezpieczny sposób. Wciąż jednak to wciąż mogła być wymiana faktów i sugestii. Trudno było się w tym nie zgubić, nie zaplątać, lepsze wciąż pozostawały oploty dzikiego wina, niż malinowe kolce. – Ja wiem, że podchodzę do winiarstwa tylko hobbystycznie, ale opowiadasz o tym miejscu, jakby miało być nie zasobem do osiągnięcia finansowego profitu, a prywatną enklawą, o której mało kto wie. Jakby to miało być moje bezpieczne miejsce, schron gwarantujący swobodę anonimowości. Tak bardzo Ci zasmakował ten bukiet, że nie chciałbyś się nim dzielić? – ostatnie pytanie może z zewnątrz nie zdawało się być połączone logiką z poprzednimi, ale prawda była taka, że Anthony za oczywistość przyjmował dzieleniem się trunkiem z Erikiem jeśli ten choćby skinął głową w odpowiedzi. Za oczywiste przyjmował opcję, w której o fakcie posiadania drugiej winiarni wiedzieliby w całej Anglii tylko oni.
Wyjąwszy całą poetyckość, alkohol też zaczynał swoje w końcu robić i rozluźniać napięte mięśnie, pozwalać myślom wychylić się i snuć, powracać do słów, które między nimi padły, a które może w pierwszym odruchu opatrznie zrozumiał. Jedna z takich nici, zerwana wcześniej przez niego w pragnieniu zmiany miejsca, w strzepnięciu z siebie nawracającej niezręczności, powróciła nagle i jawiąc się jako temat całkiem bezpieczny i interesujący, zakotwiczyła na moment w porcie świadomości.
– Wybacz proszę, gdy wyjdę z jeszcze jednym pytaniem. Rozumiem i winszuję dowcipu umiejscawiania mnie w roli Twojego nauczyciela, szczególnie w obliczu faktu, że przy poprzednim spotkaniu Ty byłeś moim, ale... – zawahał się na moment, znów skupiając spojrzenie na Eriku. Brwi uniosły mu się momentalnie do góry i od razu pochylił się ku niemu, by wyjąć mu z dłoni jedno z łakoci, zdobne pofalowanym brązowym kremem z migoczącymi złotymi drobinkami. – Och nie, przepraszam, te są kawowe, Wergiliusz nie wiedział, że nie powinien ich podawać. – odłożył ciasteczko do grupy trzech pozostałych tego rodzaju, które rzeczywiście były bliżej biodra Longbottoma, niż inne smaki. Anthony odchrząknął przekrzywiając srebrne koło tak, by pod ręką Erika była inna, zdecydowanie bardziej preferowana przez niego opcja. – O czym to ja... a tak, czy Ty właśnie zaprosiłeś mnie do Warowni obiecując w stu procentach swoje towarzystwo? – zdawał się być tym bardzo zdziwiony, ale też trochę zaniepokojony. – Nie chciałbym, byś czuł się jakkolwiek zobowiązany naszym dzisiejszym wieczorem. Zrobiłbym dla Ciebie to samo, nawet jeśli oznaczałoby to, że znów znikniesz na kolejne dwa lata, czy więcej. Ja... – umilkł gwałtownie, czując że zbliża się do tej granicy, którą przecież obiecali sobie w niepisanej zgodzie nie przekraczać. Odetchnął znów kilkukrotnie, czując nieprzyjemne kłucie w klatce piersiowej. – ...nie chcę, żebyś jakkolwiek czuł się przymuszony do czegokolwiek Eriku. Nigdy tego nie chciałem. – przyznał w końcu zupełnie szczerze, nieświadomie wpadając znów w ton cichych wyznań szeptanych przy oknie, zdradzając jednak przy tym choć po części intencję własnej zachowawczości i utrzymywaniu dystansu.
Gospodarz i owszem, był nerwowy, ale mimo przegranej bitwy z pewnością nie przegrał jeszcze wojny w ukrywaniu tego faktu przed nieświadomym Longbottomem. Szczególnie teraz, gdy dość swobodnie siedział na kołdrze, z jedną nogą założoną na drugą. Yukata pomimo swojej dość luźnej konstrukcji nie odsłaniała zbyt wiele, a może to Anthony dbał siadając na łóżku o to, by wygoda nie niosła ze sobą sugestii erotycznego ciążenia, które tego dnia żadnemu z nich nie wydawało się dobrym kierunkiem spędzanego wspólnie czasu. Sączył wino i rozmawiał o pustych słowach, z szarymi oczyma utkwionymi przed sobą, odbijającymi tańczące płomienie umiejscowionego na przeciwko łóżka kominka.
– Château i castillo to zwyczajowe nazwy winnic, nic więcej ponad europejską tradycję pozwalającą rozpoznać skąd dane wino pochodzi. Więc nie tylko po nazwie kraju czy regionu, ale też właśnie konkretnie po winnicy, która może mieć konkretne szczepy, usytuowanie, beczki z tego czy innego drewna. Moje francuskie wina są cały czas w sprzedaży, naturalnym wydało mi się ujednolicenie nazwy, dla czystej informacji handlowej. Wspólnym mianownikiem pozostałby mój gust, – tyle jeśli chodziło o skromność Anthony'ego – a odbiorca po języku na etykiecie wiedziałby z jakiego kraju wybrałem to, co dla niego najlepsze. – Zamyślił się na moment, klucząc trochę w rozmowach o winie, które zbyt łatwo mogły być metaforą, próbą powiedzenia czego innego niż miało się na myśli, w możliwie dyplomatyczny i bezpieczny sposób. Wciąż jednak to wciąż mogła być wymiana faktów i sugestii. Trudno było się w tym nie zgubić, nie zaplątać, lepsze wciąż pozostawały oploty dzikiego wina, niż malinowe kolce. – Ja wiem, że podchodzę do winiarstwa tylko hobbystycznie, ale opowiadasz o tym miejscu, jakby miało być nie zasobem do osiągnięcia finansowego profitu, a prywatną enklawą, o której mało kto wie. Jakby to miało być moje bezpieczne miejsce, schron gwarantujący swobodę anonimowości. Tak bardzo Ci zasmakował ten bukiet, że nie chciałbyś się nim dzielić? – ostatnie pytanie może z zewnątrz nie zdawało się być połączone logiką z poprzednimi, ale prawda była taka, że Anthony za oczywistość przyjmował dzieleniem się trunkiem z Erikiem jeśli ten choćby skinął głową w odpowiedzi. Za oczywiste przyjmował opcję, w której o fakcie posiadania drugiej winiarni wiedzieliby w całej Anglii tylko oni.
Wyjąwszy całą poetyckość, alkohol też zaczynał swoje w końcu robić i rozluźniać napięte mięśnie, pozwalać myślom wychylić się i snuć, powracać do słów, które między nimi padły, a które może w pierwszym odruchu opatrznie zrozumiał. Jedna z takich nici, zerwana wcześniej przez niego w pragnieniu zmiany miejsca, w strzepnięciu z siebie nawracającej niezręczności, powróciła nagle i jawiąc się jako temat całkiem bezpieczny i interesujący, zakotwiczyła na moment w porcie świadomości.
– Wybacz proszę, gdy wyjdę z jeszcze jednym pytaniem. Rozumiem i winszuję dowcipu umiejscawiania mnie w roli Twojego nauczyciela, szczególnie w obliczu faktu, że przy poprzednim spotkaniu Ty byłeś moim, ale... – zawahał się na moment, znów skupiając spojrzenie na Eriku. Brwi uniosły mu się momentalnie do góry i od razu pochylił się ku niemu, by wyjąć mu z dłoni jedno z łakoci, zdobne pofalowanym brązowym kremem z migoczącymi złotymi drobinkami. – Och nie, przepraszam, te są kawowe, Wergiliusz nie wiedział, że nie powinien ich podawać. – odłożył ciasteczko do grupy trzech pozostałych tego rodzaju, które rzeczywiście były bliżej biodra Longbottoma, niż inne smaki. Anthony odchrząknął przekrzywiając srebrne koło tak, by pod ręką Erika była inna, zdecydowanie bardziej preferowana przez niego opcja. – O czym to ja... a tak, czy Ty właśnie zaprosiłeś mnie do Warowni obiecując w stu procentach swoje towarzystwo? – zdawał się być tym bardzo zdziwiony, ale też trochę zaniepokojony. – Nie chciałbym, byś czuł się jakkolwiek zobowiązany naszym dzisiejszym wieczorem. Zrobiłbym dla Ciebie to samo, nawet jeśli oznaczałoby to, że znów znikniesz na kolejne dwa lata, czy więcej. Ja... – umilkł gwałtownie, czując że zbliża się do tej granicy, którą przecież obiecali sobie w niepisanej zgodzie nie przekraczać. Odetchnął znów kilkukrotnie, czując nieprzyjemne kłucie w klatce piersiowej. – ...nie chcę, żebyś jakkolwiek czuł się przymuszony do czegokolwiek Eriku. Nigdy tego nie chciałem. – przyznał w końcu zupełnie szczerze, nieświadomie wpadając znów w ton cichych wyznań szeptanych przy oknie, zdradzając jednak przy tym choć po części intencję własnej zachowawczości i utrzymywaniu dystansu.