- I będziemy jeść upieczone na rożnie mięso, palcami. – kiwał głową w uznaniu dla swojego pomysłu, który w połączeniu z przyciszonym głosem i przymrużonymi oczyma, stawiał go prawie jak w konspiracji przeciwko sztućcom.
- Mam to gdzieś – powiedział z uśmiechem. – Nie musisz przepraszać. – wzruszył ramionami. Już więcej nie chciał się nad tym nawet zastanawiać a fakt, że Geraldine miała w sobie przez to jakieś wyrzuty, nie napawał go pozytywnymi emocjami. Wolał za to skupić się na tym, co dopiero przed nimi.
- Szczerze mówiąc, to ja po prostu się spieszyłem i nie pomyślałem… – przyznał, a potem przechylił głowę w bok. Jakby na potwierdzenie swojego psiego podobieństwa. – A właściwie to może byłem po prostu podekscytowany czymś. – poprawił się ładnie. Geraldine mogła zauważyć, że wypowiedziawszy ostatnie zdanie, ożywił się. – Ale o tym później…
Przyglądał się karteczce, przeczytał raz jeszcze imię Loretty. Skojarzył fakty, później połączył nazwisko z twarzą. Mimo że nie przebywał z ludźmi z wyższych sfer zbyt często… o ile można powiedzieć, że często przebywał z jakimikolwiek ludźmi, tak nie był absolutnym głąbem. Yaxleyówna od czasu do czasu mówiła mu o swojej rodzinie – o Leandrze z największą pasją, o jego wybrance i tego jakim uczuciem darzyła ją łowczyni również.
Cóż, będzie musiał się na własne oczy i uszy przekonać. Nie miał jednak wobec niej uprzedzeń ani oczekiwań, mimo zasłyszanej u przyjaciółki opinii.
Atmosfera w salonie i w ogóle na piętrze, gęstniała. Od rozmów codziennych, ale już bardziej skierowanych z ekscytacją ku samemu polowaniu. Być może gospodarze mieli w zanadrzu jakieś inne rozrywki na cześć bliźniaków czy zaręczyn, o których Theseus zapomniał z kolejną sekundą po usłyszeniu tej… nowiny.
- Powodzenia, jakbyś potrzebowała pomocy, to krzycz. – powiedział na odchodne do przyjaciółki. Wiedziała pewnie, że nie podważał jej umiejętności, a wręcz przeciwnie – martwił się, że przyjdzie jej do głowy zapolować na Leandera.
Nie miał niestety w zawieszonej na ramieniu torbie butów na zmianę. Torbę zostawił gdzieś przy skrzatach domowych Yaxleyów, nie miał tam i tak nic nadzwyczajnego w środku, a poza tym, nie sądził się, że ośmielą się sprawdzić. Bardziej z obrzydzenia niż honoru.
Z napełnionym, acz nie do syta, brzuchem, ruszył w poszukiwaniu swojej partnerki na przyszłe trzy godziny tropienia i polowania zwierzyny, która kryła się w lesie za domem. Czy rozpoznał ją i znalazł z łatwością? Trudno powiedzieć.
- Mam wrażenie, że nie zostaliśmy sobie wcześniej przedstawieni. – zaczął, zbliżając się do Loretty z lekkim i naprawdę szczerym uśmiechem w kąciku prawie zawsze poważnie zaciśniętych surowo ust. – Jestem Theseus, przyjaciel Geraldine. Wygląda na to, że przyjdzie nam spędzić trochę czasu razem. – powiedział i zaprowadził ich, jeśli oczywiście nie oponowała, do stanowiska, gdzie przygotowano broń. Dla siebie wziął tylko kuszę i nóż myśliwski. Nie brał noża do skórowania, nie miał zamiaru skórować zwierzyny od razu na miejscu.