13.03.2024, 22:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 15:00 przez Mirabella Plunkett.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
—XX/08/1972—
Sklep na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu
Erik Longbottom & Thomas Hardwick
Longbottom był cholernie wściekły i nawet to, że ponownie pracował w zespole z jednym ze swoich najlepszych przyjaciół, nie poprawiało mu zbytnio nastroju. Powinien był wziąć wolne na żądanie albo udać się do Szpitala św. Munga po jakąś odtrutkę. Tak zrobiłby każdy logicznie myślący czarodziej. Tyle że ten konkretny czarodziej był też zobligowany do tego, aby odpowiadać na wezwania, które wpływały do biur Brygady Uderzeniowej, więc chwilowo musiał odsunąć własne problemy na później i wsadzić dumę do kieszeni.
A zażenowanie, jakie odczuwał, było... spore. Dzień wcześniej wybrał się na małe zakupy do Doliny Godryka i zahaczył po drodze o kram pewnego zielarza na bazarze, żeby kupić jakiś dobry, naturalny szampon. Niby wiedział, że powinien był polegać na mieszaninach od Potterów, jednak temu gościowi tak dobrze z oczu patrzyło, że nie mógł się powstrzymać. Jaki był wynik tego zakupu? Zajebiście wielki kaktus, który wyrósł Erikowi na głowie przez noc. Wyglądał, jakby urwał się z cyrku, a nie z jednego z najbardziej szanowanych oddziałów Ministerstwa Magii.
— Już nikomu nie można ufać — wywarczał Erik, poprawiając kaptur ciemnej szaty służbowej, gdy wraz z Thomasem przemierzał boczne uliczki Alei Śmiertelnego Nokturnu, aby dotrzeć na miejsce wezwania. — Już nigdy więcej nie pójdę do tego typa. Przecież to jakiś sabotaż. Za to powinien być jakiś... ała!... kryminał!
Przystanął na moment z twarzą wykrzywioną w bólu, gdy podszycie kaptura zaczęła zahaczać o kaktusowe ciernie. Erik uniósł delikatnie materiał, zrzucając sobie kaptur na plecy. Zacisnął usta w wąską linię i uniósł palec wskazujący mniej więcej na wysokość oczu.
— Ani słowa, Thomas. Mówię serio. To nie jest śmieszne. — To było bardzo śmieszne, biorąc pod uwagę, że Longbottom trzymał się zazwyczaj z dala od takich... żenujących wpadek. — Wystarczy, że w domu mnie tak widzieli i wystarczy, że w biurze mnie tak widzieli. A teraz jeszcze zobaczą mnie tutaj. Chluba munduru, kurwa mać. — Pokręcił głową, rozglądając się na prawo i lewo. — Jak to się rozejdzie, to pewnie przestępczość wzrośnie, bo Brygadzista chodzi po dzielnicy jak jakiś klaun.
Pokręcili się jeszcze parę minut po bocznych alejkach, aż w końcu dotarli do zapuszczonego sklepu z popękanymi szybami. To chyba tutaj, pomyślał Erik, przyglądając się fasadzie, żeby zidentyfikować numer budynku. Uchylił drzwi, wpuszczając Thomasa przodem. Gdy oboje znaleźli się w środku, zabrzęczał dzwonek informujący pracowników lokalu o przybyciu gości.
— Dzień dobry, Brygada Uderzeniowa Ministerstwa Magii — rzucił mocnym głosem Longbottom, chcąc przykuć uwagę właściciela. Nikt jednak nie wyszedł im naprzeciw. Nie licząc skrzypienia starej podłogi, w sklepie było zupełnie cicho. — Dziwne. Myślałby kto, że jak ktoś wzywa służby, to zostałby na miejscu.
A zażenowanie, jakie odczuwał, było... spore. Dzień wcześniej wybrał się na małe zakupy do Doliny Godryka i zahaczył po drodze o kram pewnego zielarza na bazarze, żeby kupić jakiś dobry, naturalny szampon. Niby wiedział, że powinien był polegać na mieszaninach od Potterów, jednak temu gościowi tak dobrze z oczu patrzyło, że nie mógł się powstrzymać. Jaki był wynik tego zakupu? Zajebiście wielki kaktus, który wyrósł Erikowi na głowie przez noc. Wyglądał, jakby urwał się z cyrku, a nie z jednego z najbardziej szanowanych oddziałów Ministerstwa Magii.
— Już nikomu nie można ufać — wywarczał Erik, poprawiając kaptur ciemnej szaty służbowej, gdy wraz z Thomasem przemierzał boczne uliczki Alei Śmiertelnego Nokturnu, aby dotrzeć na miejsce wezwania. — Już nigdy więcej nie pójdę do tego typa. Przecież to jakiś sabotaż. Za to powinien być jakiś... ała!... kryminał!
Przystanął na moment z twarzą wykrzywioną w bólu, gdy podszycie kaptura zaczęła zahaczać o kaktusowe ciernie. Erik uniósł delikatnie materiał, zrzucając sobie kaptur na plecy. Zacisnął usta w wąską linię i uniósł palec wskazujący mniej więcej na wysokość oczu.
— Ani słowa, Thomas. Mówię serio. To nie jest śmieszne. — To było bardzo śmieszne, biorąc pod uwagę, że Longbottom trzymał się zazwyczaj z dala od takich... żenujących wpadek. — Wystarczy, że w domu mnie tak widzieli i wystarczy, że w biurze mnie tak widzieli. A teraz jeszcze zobaczą mnie tutaj. Chluba munduru, kurwa mać. — Pokręcił głową, rozglądając się na prawo i lewo. — Jak to się rozejdzie, to pewnie przestępczość wzrośnie, bo Brygadzista chodzi po dzielnicy jak jakiś klaun.
Pokręcili się jeszcze parę minut po bocznych alejkach, aż w końcu dotarli do zapuszczonego sklepu z popękanymi szybami. To chyba tutaj, pomyślał Erik, przyglądając się fasadzie, żeby zidentyfikować numer budynku. Uchylił drzwi, wpuszczając Thomasa przodem. Gdy oboje znaleźli się w środku, zabrzęczał dzwonek informujący pracowników lokalu o przybyciu gości.
— Dzień dobry, Brygada Uderzeniowa Ministerstwa Magii — rzucił mocnym głosem Longbottom, chcąc przykuć uwagę właściciela. Nikt jednak nie wyszedł im naprzeciw. Nie licząc skrzypienia starej podłogi, w sklepie było zupełnie cicho. — Dziwne. Myślałby kto, że jak ktoś wzywa służby, to zostałby na miejscu.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞