adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Badacz tajemnic I
Rozliczono - Jonathan Selwyn - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Rozliczono - Jonathan Selwyn - osiągnięcie Piszę, więc jestem
—18/07/1972—
Anglia, Little Hangleton
Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
![[Obrazek: SKpq7hN.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=SKpq7hN.png)
Szukam wokoło swojej bratniej duszy.
W tej ludzkiej beznamiętnej głuszy.
Tysiące istot przechodzi koło mnie.
Ja nie mogę spotkać podobnej do mnie!
Nie mam z kim zamienić chociaż jednego słowa.
Od tego mam zamęt w głowie.
Gdyż nie wiem gdzie znajduje się
człowiek o podobnej mowie.
Słucham i rozglądam się na
cztery strony świata.
Lecz nigdzie nie widzę mojego brata .
Może Go znajdę w kosmosie na innej
planecie?
Może On żyje w lepszym niż ja świecie?
Może to On mnie zrozumie?
Może pomóc mi w udręce umie?!
![[Obrazek: SKpq7hN.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=SKpq7hN.png)
Szukam wokoło swojej bratniej duszy.
W tej ludzkiej beznamiętnej głuszy.
Tysiące istot przechodzi koło mnie.
Ja nie mogę spotkać podobnej do mnie!
Nie mam z kim zamienić chociaż jednego słowa.
Od tego mam zamęt w głowie.
Gdyż nie wiem gdzie znajduje się
człowiek o podobnej mowie.
Słucham i rozglądam się na
cztery strony świata.
Lecz nigdzie nie widzę mojego brata .
Może Go znajdę w kosmosie na innej
planecie?
Może On żyje w lepszym niż ja świecie?
Może to On mnie zrozumie?
Może pomóc mi w udręce umie?!
Słońce było w zenicie już jakiś czas temu, kiedy pojawił się w letniej rezydencji Anthony'ego i ciężko było określić, który był bardziej zdziwiony swoją obecnością w tym miejscu. To znaczy ze wszech miar, żaden nie powinien być. Anthony bowiem od tygodnia nie pojawiał się w biurze, a następnego dnia czekała go dość trudna przeprawa w londyńskiej Klinice Magicznych Chorób i Urazów. Konferencja, spotkania, słowa, tysiące słów do wyplucia z siebie. Tymczasem Jonathan przechodząc przez wielki hall z równie wielką fontanną zdobną w złocistą kulę pożeraną przez Urobosa, już w pierwszym atrium słuchać musiał żałosnego zawodzenia dobiegającego z ogrodu.
Pieśń była niezrozumiałym gardłowym zaśpiewem, pewnikiem mongolskim, sądząc po gardłowo atakowanych głoskach. Nagle cisza i śmiech, przechodzący płynnie w ciche francuskie przekleństwa. Słońce uderzyło go mocno, teraz bez magów wzruszających rozległą połać wody było tu dosyć parno. Rzędy kolumn osłaniały tarasy przylegające do części przeznaczonej dla gości wystawnych przyjęć. Te jednak w sezonie letnim o dziwo nie były zbyt częste, Anthony zwykle bardzo izolował się w okolicy własnych urodzin, ale kryzys nigdy nie trwał aż tak długo. A teraz w uszy kuła skoczna hiszpańska szanta, przerwana czknięciem i ciszą charakterystyczną dla opróżnianej butelki.
Nie było trudno go znaleźć.
Leżał zaraz przy wyjściu do ogrodu, po prawej stronie przy drzwiach do rozległej bawialni utrzymane w starożytnym stylu. Leżał w samym szlafroku, na chłodnym marmurze obok stolika z pozostawionymi pozostałymi butelkami, niemymi świadkami całego zajścia. Na widok gościa zza którego przebijały słoneczne promienie gwałtownie podniósł głowę i zaciągnął powietrze...
– To... – nagle zrozumienie opadło na jego barki, a twarz wykrzywiła się rozczarowaniem. – To nie Ty... – westchnął nie kryjąc goryczy, która się z tym wiązała. – Zostaw mnie Johny, nie mam ochoty dzisiaj rozmawiać. – burknął i po tych słowach odwrócił się doń tyłem, najprawdopodobniej licząc, że to wystarczy. Niezwykle odpowiedzialnie. Próżno było w nim szukać oznak trzeźwości, zarówno ciała jak i umysłu, to pewne.
Pieśń była niezrozumiałym gardłowym zaśpiewem, pewnikiem mongolskim, sądząc po gardłowo atakowanych głoskach. Nagle cisza i śmiech, przechodzący płynnie w ciche francuskie przekleństwa. Słońce uderzyło go mocno, teraz bez magów wzruszających rozległą połać wody było tu dosyć parno. Rzędy kolumn osłaniały tarasy przylegające do części przeznaczonej dla gości wystawnych przyjęć. Te jednak w sezonie letnim o dziwo nie były zbyt częste, Anthony zwykle bardzo izolował się w okolicy własnych urodzin, ale kryzys nigdy nie trwał aż tak długo. A teraz w uszy kuła skoczna hiszpańska szanta, przerwana czknięciem i ciszą charakterystyczną dla opróżnianej butelki.
Nie było trudno go znaleźć.
Leżał zaraz przy wyjściu do ogrodu, po prawej stronie przy drzwiach do rozległej bawialni utrzymane w starożytnym stylu. Leżał w samym szlafroku, na chłodnym marmurze obok stolika z pozostawionymi pozostałymi butelkami, niemymi świadkami całego zajścia. Na widok gościa zza którego przebijały słoneczne promienie gwałtownie podniósł głowę i zaciągnął powietrze...
– To... – nagle zrozumienie opadło na jego barki, a twarz wykrzywiła się rozczarowaniem. – To nie Ty... – westchnął nie kryjąc goryczy, która się z tym wiązała. – Zostaw mnie Johny, nie mam ochoty dzisiaj rozmawiać. – burknął i po tych słowach odwrócił się doń tyłem, najprawdopodobniej licząc, że to wystarczy. Niezwykle odpowiedzialnie. Próżno było w nim szukać oznak trzeźwości, zarówno ciała jak i umysłu, to pewne.