To jak zbiór pustych liczb, które krążą dziś po głowie
Słyszę nic prócz pustych słów
Do przodu muszę iść po jednej z dróg
Giovanni spoglądał w lustro. Ludzie patrząc na swoje odbicia widzą siebie. On widział ciało, które dzielił z innym bytem... który jednocześnie był nim samym. Ale gdyby to było jego jedyne zmartwienie, skakałby jak sarenka po bujnych łąkach Doliny Godryka.
Zapiął sprzączki butów. Upewnił się, że wszystkie guziki ma poprawnie zapięte. Wszedł do kominka i teleportował się na Pokątną. Wolał nie ryzykować rozszczepienia przy deportacji indywidualnej. Na takie odległości się jeszcze samodzielnie nie przenosił.
Otrzepał ewentualne pyłki z beżowego płaszcza. Naciągnął kaptur jeszcze bardziej zakrywając twarz. Na ogół przemierzał te okolice wyprostowany, pewnym krokiem, błyskając uśmiechem do każdej napotkanej osoby. Teraz szybko przemieszczał się do mieszkania przyjaciela.
Zadzwonił do drzwi. Dopiero po przekroczeniu progu odsłonił lico zabarwione wyraźnym zmartwieniem. Philip mógł też dostrzec zarost, nieobecny nigdy wcześniej na twarzy Giovanniego. Sztuczny, wywołany miksturą, a może to pamiątka z kilkutygodniowej podróży?
— Jak dobrze cię widzieć — rzucił, wyginając usta w szczerym uśmiechu.