Nie potrafił tego skomentować. Musiałby się przyznać do najbardziej żałosnej rzeczy na świecie - do tego, że tolerował bycie w centrum uwagi tylko wtedy, kiedy był podziwiany, a i tak często czuł wtedy, jak trzęsą mu się ręce. Jego odwaga była fałszem, oszustwem. Okłamywał innych, ale też samego siebie. Nie uważał tego za złe - nie wiedział do końca, jak miałby funkcjonować, nie zmuszając się czasem do wyjścia ze swojej skorupy, nawet jeżeli porzucając Crowa poczuł olbrzymią ulgę. Lubił ciszę, czuł się w niej dobrze, a jednocześnie... funkcjonowanie bez innych osób go przerastało.
Okej, wszyscy już i tak wiedzieli, że ciągle się kłócili. To przekonywało go bardziej, ale jeszcze nie do końca - bo zobaczyli go z bliska. Jego minę pełną rozczarowania samym sobą i olbrzymiego stresu.
Nie stresuj się tak. Nie denerwuj się. To dopiero go denerwowało! Gdyby potrafił się opanować, to chyba nie znajdowaliby się w takiej sytuacji?! Z nerwów zacisnął paznokcie na skórze własnego nadgarstka, ale znów - nie odpyskował mu nic. Bo się bał. Cholernie się bał powiedzieć mu prawdę - że nie przeszli razem nic poza garścią jego humorków, a Alexander, mówiąc mu takie rzeczy, ranił go jeszcze bardziej, dobitnie przypominając o tym jak bardzo nie panował nad własnymi odruchami. Bał się, bo co jeżeli Alexander gdzieś jednak pójdzie? Co jeżeli nie udźwignie nawet tego? Jak miałby dalej po tym żyć?
Zbywał go więc milczeniem. Jednocześnie lgnął do oferowanej mu bliskości. Chciał być dotykany. Nawet będąc niezrozumianym, wciąż cieszył się z bycia zauważonym. Nie pamiętał już Tully'ego tak mocno, że nawet nie skojarzył faktów i nie rozumiał, dlaczego zalała go tak silna fala ciepła - po prostu zaakceptował to objęcie i przylgnął do niego już nie tylko ciałem, ale i duszą, doszukując się w nim schronienia mimo widocznego na jego twarzy dyskomfortu. Najwyraźniej wybrał sobie najsmutniejszą żonę, jaką mógł.
Zacisnął oczy i potarł brwi, próbując skupić się na fali tych pytań, których już nie mógł zignorować. Zbierał się dłuższą chwilę, ale tym razem brązowe oczy nie wyrażały kompletnej pustki. Flynn zbierał słowa. Próbował ułożyć to w głowie, zanim otworzy usta i znowu się zatnie.
- Nie wiem, jak się nazywa. - Objęty nie miał jak wzruszyć ramionami, więc pokręcił się tylko niezręcznie. - Wszyscy mówili na niego Dante. Kiedy żyłem na Ścieżkach, był właścicielem najlepszego burdelu, jaki mieliśmy na Nokturnie. Takiego dla facecików z wysokich sfer. Kręcił zawsze różne inne biznesy, taki typowy szmaciarz, co mu się wydaje, że wyżej sra, niż dupę ma, chociaż cuchnie od niego trupem. - Poznał w końcu takich ludzi jak Malfoy, mających w garści o wiele więcej, jednocześnie zachowujących jakąkolwiek twarz mimo bycia lekko odklejonym. - Nienawidził się z Furf- z Fontaine, więc tak naprawdę nigdy go nie „poznałem”. Śledziłem go, podkładałem mu jakieś rzeczy, czasami kazała mi kasować jego ludzi. Przez tych piętnaście lat nasłuchałem się o nim tyle, że już nim rzygam. - Nie wyglądał na szczególnie wzruszonego słowem kasować. - A blondyna była jedną z jego dziwek. Nie, nie mam kurwa pojęcia, dlaczego ktoś z jego nazwiskiem dawał dupy w Rose Noire, typowi się to chyba po prostu podobało. Może jak tam dołączył to miał jakąś pokurwioną wizję, że to może być przyjemne? Ale Dante tych ludzi sprzedawał jak jakieś psy. - Zaciął się na moment, ale poruszał ustami w taki charakterystyczny sposób, jakby miał coś na końcu języka. - Był taki dzień, kiedy zapytała się mnie, czego chcę w nagrodę za bycie grzecznym, więc poprosiłem o Lukrecję, bo mi się spodobał. Nie wiem nawet, co dokładnie zrobiła, że zmienił strony. - W sumie to dlaczego nigdy go o to nie zapytał? Zwyczajnie zaakceptował jego obecność. - Chyba cię nie zaskoczę, jak powiem, że była trochę sprytniejsza ode mnie. Ostatecznie wygrała tę wojnę. W sierpniu sześćdziesiątego dziewiątego. - Czuł, że po tej dacie dodawać nic nie musiał. Wraz z nią urywało się przecież wszystko. Wysłał list do Viorici i zniknął.
Okej, wszyscy już i tak wiedzieli, że ciągle się kłócili. To przekonywało go bardziej, ale jeszcze nie do końca - bo zobaczyli go z bliska. Jego minę pełną rozczarowania samym sobą i olbrzymiego stresu.
Nie stresuj się tak. Nie denerwuj się. To dopiero go denerwowało! Gdyby potrafił się opanować, to chyba nie znajdowaliby się w takiej sytuacji?! Z nerwów zacisnął paznokcie na skórze własnego nadgarstka, ale znów - nie odpyskował mu nic. Bo się bał. Cholernie się bał powiedzieć mu prawdę - że nie przeszli razem nic poza garścią jego humorków, a Alexander, mówiąc mu takie rzeczy, ranił go jeszcze bardziej, dobitnie przypominając o tym jak bardzo nie panował nad własnymi odruchami. Bał się, bo co jeżeli Alexander gdzieś jednak pójdzie? Co jeżeli nie udźwignie nawet tego? Jak miałby dalej po tym żyć?
Zbywał go więc milczeniem. Jednocześnie lgnął do oferowanej mu bliskości. Chciał być dotykany. Nawet będąc niezrozumianym, wciąż cieszył się z bycia zauważonym. Nie pamiętał już Tully'ego tak mocno, że nawet nie skojarzył faktów i nie rozumiał, dlaczego zalała go tak silna fala ciepła - po prostu zaakceptował to objęcie i przylgnął do niego już nie tylko ciałem, ale i duszą, doszukując się w nim schronienia mimo widocznego na jego twarzy dyskomfortu. Najwyraźniej wybrał sobie najsmutniejszą żonę, jaką mógł.
Zacisnął oczy i potarł brwi, próbując skupić się na fali tych pytań, których już nie mógł zignorować. Zbierał się dłuższą chwilę, ale tym razem brązowe oczy nie wyrażały kompletnej pustki. Flynn zbierał słowa. Próbował ułożyć to w głowie, zanim otworzy usta i znowu się zatnie.
- Nie wiem, jak się nazywa. - Objęty nie miał jak wzruszyć ramionami, więc pokręcił się tylko niezręcznie. - Wszyscy mówili na niego Dante. Kiedy żyłem na Ścieżkach, był właścicielem najlepszego burdelu, jaki mieliśmy na Nokturnie. Takiego dla facecików z wysokich sfer. Kręcił zawsze różne inne biznesy, taki typowy szmaciarz, co mu się wydaje, że wyżej sra, niż dupę ma, chociaż cuchnie od niego trupem. - Poznał w końcu takich ludzi jak Malfoy, mających w garści o wiele więcej, jednocześnie zachowujących jakąkolwiek twarz mimo bycia lekko odklejonym. - Nienawidził się z Furf- z Fontaine, więc tak naprawdę nigdy go nie „poznałem”. Śledziłem go, podkładałem mu jakieś rzeczy, czasami kazała mi kasować jego ludzi. Przez tych piętnaście lat nasłuchałem się o nim tyle, że już nim rzygam. - Nie wyglądał na szczególnie wzruszonego słowem kasować. - A blondyna była jedną z jego dziwek. Nie, nie mam kurwa pojęcia, dlaczego ktoś z jego nazwiskiem dawał dupy w Rose Noire, typowi się to chyba po prostu podobało. Może jak tam dołączył to miał jakąś pokurwioną wizję, że to może być przyjemne? Ale Dante tych ludzi sprzedawał jak jakieś psy. - Zaciął się na moment, ale poruszał ustami w taki charakterystyczny sposób, jakby miał coś na końcu języka. - Był taki dzień, kiedy zapytała się mnie, czego chcę w nagrodę za bycie grzecznym, więc poprosiłem o Lukrecję, bo mi się spodobał. Nie wiem nawet, co dokładnie zrobiła, że zmienił strony. - W sumie to dlaczego nigdy go o to nie zapytał? Zwyczajnie zaakceptował jego obecność. - Chyba cię nie zaskoczę, jak powiem, że była trochę sprytniejsza ode mnie. Ostatecznie wygrała tę wojnę. W sierpniu sześćdziesiątego dziewiątego. - Czuł, że po tej dacie dodawać nic nie musiał. Wraz z nią urywało się przecież wszystko. Wysłał list do Viorici i zniknął.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.