30.05.2024, 14:27 ✶
– Nic mi na ten temat nie wiadomo – odpowiedział, znacząco biorąc łyka swojego naparu, udając, że wcale nie zakręcił się i nie chciał wziąć kawy przez co przez chwilę jego mózg nie rozumiał czemu jego kawa smakuje prawie jak herbata. Chyba musiał się położyć. Ale Brenna miała trochę racji. Co prawda nie mieli zajęć poświęconych temu, ale jednak z czasem każdy uzdrowiciel, chcąc czy nie chcąc, opanowywał ten ton głosu. Basilius nawet nie wiedział, kiedy jemu udało się to zrobić. Po prostu pewnego dnia ktoś z rodziny wytknął mu, że gada czasem jak typowy magimedyk. Najwyraźniej niektóre rzeczy były nieuniknione.
Już miał coś odpowiedzieć, ale zamiast tego zamilkł i wbił spojrzenie w swój talerz, nieznacznie przygryzając wargę. No cóż. Miała trochę racji. Nie, że była głupia oczywiście, ale że były błędy, których popełnienie mogło skończyć się śmiercią. Swoją, lub co gorsza innych.
– Nie. Wątpię, czy akurat za to odpowiadała klątwą – powiedział, sam ponownie się uśmiechając, chyba bardziej po to, by jakoś pocieszyć ją w tym, że z ich dwójki nie tylko ona robiła czasem głupie rzeczy. – Pewnie masz rację. Ale to już jest coś co sama musi przepracować. – On przecież nie będzie biegać za Francescą, by wytłumaczyć jej, że będzie miała lepsze powodzenie ma rynku matrymonialny, jeśli się ogarnie. Po pierwsze zbyt go zirytowała, po drugie jeszcze, by uznała, że chciałby się jednak z nią zejść, a po trzecie nie mógł biegać.
– To chyba normalne, że rodzeństwo zawsze wydaje nam się mniej odpowiedzialne, niż jest w rzeczywistości – stwierdził rozbawiony.
Westchnął cicho, sam już nie wiedział po raz który. No niby tak. Z tego co słyszał, to rzeczywiście Brennie dziwne rzeczy zdarzały się co sekundę.
Spojrzał na nią odwzajemniając tę poważną minę.
– Marca 2069 roku – powiedział, uznając że za sto lat, jeśli będzie jej bardzo na tym zależało, może już pozwolić jej jakoś umrzeć. Może.
Skinął głową.
– Oczywiście. Jesteś pewna, że jesteś na siłach, by to teraz załatwić?
Brenna najwyraźniej na siłach była, bo rzeczywiście po skończonym śniadaniu oddał jej bardzo ostrożnie nóż i pozwolił skorzystać z proszku Fiuu, by przenieść się do Miniserstwa, a potem... A potem ponownie otworzył swój kalendarz i zapisał przy trzynastym lutego dwa słowa: Możliwa Brenna.
Już miał coś odpowiedzieć, ale zamiast tego zamilkł i wbił spojrzenie w swój talerz, nieznacznie przygryzając wargę. No cóż. Miała trochę racji. Nie, że była głupia oczywiście, ale że były błędy, których popełnienie mogło skończyć się śmiercią. Swoją, lub co gorsza innych.
– Nie. Wątpię, czy akurat za to odpowiadała klątwą – powiedział, sam ponownie się uśmiechając, chyba bardziej po to, by jakoś pocieszyć ją w tym, że z ich dwójki nie tylko ona robiła czasem głupie rzeczy. – Pewnie masz rację. Ale to już jest coś co sama musi przepracować. – On przecież nie będzie biegać za Francescą, by wytłumaczyć jej, że będzie miała lepsze powodzenie ma rynku matrymonialny, jeśli się ogarnie. Po pierwsze zbyt go zirytowała, po drugie jeszcze, by uznała, że chciałby się jednak z nią zejść, a po trzecie nie mógł biegać.
– To chyba normalne, że rodzeństwo zawsze wydaje nam się mniej odpowiedzialne, niż jest w rzeczywistości – stwierdził rozbawiony.
Westchnął cicho, sam już nie wiedział po raz który. No niby tak. Z tego co słyszał, to rzeczywiście Brennie dziwne rzeczy zdarzały się co sekundę.
Spojrzał na nią odwzajemniając tę poważną minę.
– Marca 2069 roku – powiedział, uznając że za sto lat, jeśli będzie jej bardzo na tym zależało, może już pozwolić jej jakoś umrzeć. Może.
Skinął głową.
– Oczywiście. Jesteś pewna, że jesteś na siłach, by to teraz załatwić?
Brenna najwyraźniej na siłach była, bo rzeczywiście po skończonym śniadaniu oddał jej bardzo ostrożnie nóż i pozwolił skorzystać z proszku Fiuu, by przenieść się do Miniserstwa, a potem... A potem ponownie otworzył swój kalendarz i zapisał przy trzynastym lutego dwa słowa: Możliwa Brenna.
Koniec sesji