• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[1.03.1968] My Love | Laurent & Morpheus

[1.03.1968] My Love | Laurent & Morpheus
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#1
06.05.2024, 21:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2024, 23:05 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

The sweet love story that is older than the sea

Smugi dymu pieściło skórę, jeśli tylko im na to pozwoliłeś. Ocierały się o jedwab skóry, łączyły z krańcami włosów, przepływały przez kurtynę rzęs i wirowały nad twoją głową jak marzenia. Te niespełnione marzenia, o których mogłeś tylko śnić. Układały się wabikiem nad tobą całym, czy to może już deszczowa chmura, czy może właśnie parasol, który ochroni cię przed deszczem. Wygodna pagoda, z której będziesz obserwował deszcz rozbijający się na tafli jeziora, czy niebo, w którym łkały dziś anioły nad ludzką niedolą. Romantyzm wisiał w powietrzu i człowiek kroił go nożem, kiedy tylko mógł go złapać w rękę. Zgnieść w palcach. Miękkie ciasto pod opuszkami nie klejące się do nich, więc wyrzeźbisz z niego to, co potrzebujesz. W końcu widzisz, że nie chcesz rzeźbić, chcesz tylko ugniatać. Czuć. Niech pada, albo nie pada wcale, niech pachnie mokra trawa, albo niech dusi ten dym w spelunie, w której cienie władały rzeczywistością, a światło było ledwo iskrami nadziei, żeby nie patrzeć po sobie wzajem. Sny i marzenia skupiały się tam, gdzie ludzki wzrok - na scenie, gdzie rudowłosa piękność jęczała do mikrofonu wyznania swemu kochankowi. Nie, to nie były jęki, to była pieśń. To nie do kochanka, to  chyba do tych prostych ludzi, tych skomplikowanych, biednych i bogatych, starych i młodych. Chcieli spijać każdą głoskę i każdy przystanek z tych czerwonych ust, chcieli tonąć w dymie papierosów i cygar, fajek nabijanych czymś więcej niż zwykłym tytoniem, jak sugerował słodki zapach. Chcieli tego dymu i tych zapachów, bo gdyby nie ten filtr to zakochaliby się za mocno w jej zielonych oczach. Nie dzieliłoby ich już nic przed tym, żeby sięgnąć do swoich spodni, albo żeby wyciągnąć dłoń do niej - Zakazanego Owocu, co kusił i wabił. Węża z Raju, co tylko zawsze szkodził. Przelewał się więc jej przepalony głos przez gości, a tłem były rozmowy czarodziei i wiedźm, co jeden za drugim i druga za pierwszą chcieli opowiedzieć sobie wzajem, że dzień był ciężki, ale nie mówmy o nim. Chłopak mnie rzucił, lecz nie wspominajmy tego. Morderstwo wybrzmiało - o, naprawdę - tak, lecz nie chcę wspominać... Gdzie odpływały ludzkie serca, kiedy ich sny i marzenia nie były snami a miały postać rudowłosej niewiasty obdarzonej hojnie przez naturę - Laurent nie wiedział. On był z nią - na tym parkiecie, chociaż siedział z boku, opierając dłoń na parasolce ciągle wilgotnej od deszczu. Padało. Deszcz, jeszcze zimowy, albo już wczesnowiosenny, bębnił o szyby i stanowił szmer dla ludzkiej podświadomości wszystkiego, co działo się wokół nich. Gdyby nie to, że siedział tak blisko okna to nawet nie miałby okazji usłyszeć, że dźwiękiem, który najbardziej mu się podobał wcale nie był głos tej damy na scenie, widokiem nie były jej usta, twarz, czy piersi, a sen nie był zamknięty w środku. On był otwarty. Zapraszał w czarną nos, w której wszystko było kurtyną szarugi. Ten deszcz obiecywał katharsis. Możesz na niego nie spoglądać a i tak wiesz, że nie będzie niczego bardziej żywego i realnego niż poczucie lodowatych kropli na bladym karku. Nie będzie niczego bardziej żywego niż gorączka tocząca ciało na drugi dzień.

Ubrany w biel i grafit, błękit i granat blondyn odetchnął i odwrócił wzrok do okna. Oderwał go od kobiety, którą ledwo dostrzegał, bo przecież nie ją widział na tej scenie. Nie ją chciał zobaczyć. Otulona lekkim woalem schodzącego z krwi narkotyku wyobraźnia stawiała tam jego samego - tam, gdzie uwielbienie płynęło emocjami i ludzkie oczy chciały ci oddać hołd. Gdzie serca żyły, biły mocniej, a wszystkim można było przynieść ulgę i oczarowanie ledwo jedną piosenką. Jak spełnić ludzkie sny? Jak się do nich dostać, jeśli nie stojąc za tym mikrofonem, mając ledwo dwóch czy trzech grajków dbających o muzykę? Złoto delikatnie lśniło w ciepłych łunach świec ustawionych na stolikach - złoto opadające na jego odsłonięte kawałki skóry w niedopiętej koszuli, w półprzejrzystych wstawkach materiału, w misternych pleceniach, które same z siebie zamieniały koszulę w dzieło sztuki. Kolczyki, pierścionki, bransoletka na nadgarstku, a wszystko to będące ledwo widocznym dodatkiem dla nieuważnego obserwatora zlewającym się z alabastrem skóry czy platyną ułożonych kosmyków włosów. Niektórzy mieli jednak ten wzrok bystrzejszy od innych. Niektórzy...

- Dobry wieczór... można się przysiąść? - Podniósł na nią wzrok. Była ładna, może nawet w jego wieku, brąz włosów jak dęby i oczy jak irlandzkie niebo. Uśmiechała się zalotnie, tak bardzo jednoznacznie. Była ładna - ale nie była tak piękna jak rudowłosa czarownica, która skradała oczy gości dookoła. Nie była też tak ładna, żeby skraść jego oczy łzom nieba.

- Przepraszam. Nie szukam towarzystwa. - Nie pokusił się na uśmiech, a co najwyżej pokusił o miłe odmówienie, chociaż gdzieś na limicie wytrzymałości płuc tańczyło ciężkie westchnienie irytacji. Nie, nie, nie. Odeszła więc i odsłoniła całą sobą kurtynę, jak klapki spadające z oczu, jak deszcz, który się kończył i w końcu pozwalał na dojrzenie czegoś innowacyjnego.

Uśmiechnął się do Morpheusa Longbottoma.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#2
18.05.2024, 14:32  ✶  

Szelest papieru trącego o papier znikał w poszumie rozmów, odgłosów ludzi, przeżuwających, pijących , oddychających i żyjących w zamkniętej przestrzeni klubu. Do tego dochodziły warstwy dźwięków zastawy, kieliszków, sztućców, popielniczek. Na wierzchu zaś oniryczny, zaspany głos, z nęcącą chrypką, ukrywający to wszystko pod ciepłym puchem rozmarzenia, fantazji o rzeczach, które nie miały nigdy miejsca.

Szept kart zatrzymał się, gdy pojawiła się kobieta. Jedna karta została uniesiona i ułożona pomiędzy dwa kieliszki, rewersem w górę, drobną szachownicą róż i lilijek klasycznego Raider-Waite. Lubi uniwersalność tej talii, łatwą czytelność symboliki, którą przedstawiały. Nigdy nie był przychylny wróżebnym taliom na podstawie systemu wymyślonego przez pojedynczego autora, które bardzo często mieszały wielkie archetypy ze ścieżkami i kompletnie rozmywały intuicyjną formę tego typu dywinacja. Zmieniały znaczenia znajomym symbolom, powodując konfundację i brak logicznych ciągów tylko dla zwykłego oportunizmu.

Powstała w 1909 roku dzięki współpracy dwóch kluczowych postaci: Arthura Edwarda Waite'a i Pameli Colman Smith. Waite, brytyjski okultysta i członek Zakonu Złotego Brzasku, pragnął stworzyć talię tarota, która byłaby bardziej dostępna i łatwiejsza do interpretacji niż wcześniejsze wersje. Pamela Colman Smith, artystka i ilustratorka również związana z Zakonem Złotego Brzasku, została zaangażowana do stworzenia ilustracji do kart. Jej niezwykle bogate i szczegółowe obrazy nadały talii Rider-Waite unikalny charakter. Jednym z przełomowych aspektów tej talii było wprowadzenie ilustrowanych scen na kartach Małych Arkanów, co znacznie ułatwiło interpretację kart nawet początkującym czytelnikom tarota. Wcześniej zamiast nich widniały zwykłe dwory kart do gry, trefle, piki, karo i kiery. Wielowarstwowość tarota, jego nawiązania do kabały, radycji judeochrześcijańskiej oraz symboliki magicznej, korespondencje planetarne, zodiakalne i energetyczne z aspektami żywiołów, absolutnie windowały te karty ponad inne systemy.

Zanurzył usta w kieliszku wina. Czerwone wino było jak poezja w płynie, niosąca ze sobą esencję czasu i ziemi, z której się wywodzi. Gdy unosił kieliszek do ust, zbliżał się do tajemnicy, którą skrywały w sobie winogrona dojrzewające pod słońcem Italii. Z rozbawieniem dojrzał etykietę znanego mu Château de Dragon. Zamawiał na ślepo. Pierwszy łyk był jak spotkanie z duszą wina. Smak rozpływał się po języku, wywołując symfonię doznań, w której każda z owocowych nut i taniny, były jak wspomnienie zapomnianego ogrodu. Czuł ciepło w sercu, jakby dotknął promieni słonecznych, które oświetlały te winogrona. Smak wina był głęboki i złożony, niczym życie – pełen słodkich momentów, ale też tych gorzkich, które dodają mu charakteru. Kiedy w końcu zrozumie się jego język, pojmuje się, że każda kropla jest modlitwą, hymnem pochwalnym dla życia i wszystkich jego nieskończonych możliwości. Zupełnie jak karty.

Na wydechu odwrócił kartę, gdy kobieta odeszła. Królowa Pentakli.

— Może właśnie odrzuciłeś tę jedyną, tę idealną — odezwał się do niego po raz pierwszy od dłużej chwili z lekką chrypką; chwilę wcześniej skończył palić mocne, francuskie papierosy.

Wyglądał na swoje prawie czterdzieści lat, głównie przez magiczne szaty w kolorze ciemnej oberżyny, ze skomplikowanym haftem na ramionach i powłóczystych połach i gładką wersją tego samego materiału, założoną na ukosy w zakładki na piersi, tworząc coś, co nieco przypominało zbroję w swoim kroju. Złoty łańcuszek połyskiwały na szyi, a gładko zaczesane do tyłu włosy i gładkie policzki uwydatniły jeszcze marsową minę oraz orli nos, dodając mu ministerialnej powagi. Wyglądał jak ktoś bogaty i arogancki. Wizja ta jednak złamała się, gdy odwzajemnił uśmiech Laurenta.

Bo uśmiechał się jak słońce.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#3
19.05.2024, 09:04  ✶  

Jedna karta między dwoma kieliszkami. Jedna szansa na sukces, jedna na dobry smak, jedna jedyna, żeby ułożyć na niej ciężar spotkania. Z kobietą przed tobą, z samym sobą, z tymi mikro uniwersum, w którym przyszło zszywać swoją rzeczywistość z innymi światami. Kolizje nie były groźne tak długo, jak długo dbałeś o ich impakt. Kataklizmy nie były pisane takim osobom jak Morpheus Longbottom, nie mogły być! Jasnowidz potrafi, jasnowidz przewidzi, zajrzy w jedno z setek rozwiązań sytuacji i znajdzie to najlepsze, najbardziej zdrowe! Gdyby tylko jasnowidzowący byli w stanie zszywać świat z dokładnie tych fragmentów, które uczynią go lepszym, to czy niedługo nie stałoby się ludzkim grzechem czynienie Raju na Ziemi? Któż mi będzie jak Bóg, kiedy Bogiem będą ci zdolni ochronić przed śmiercią? Do kogo zaniesiesz swoje modły, kiedy uchronią cię przed wypadkiem sprowadzającym na wózek? Komu przyniesiesz stosy galeonów, kiedy dostaniesz w dłoń kolejną kulę z przepowiednią i nie będzie już ślubów milczenia przed zdradzaniem tajemnic tej twojej, tej jedynej? Bóg ma dokładnie taką moc, do jakiej ograniczy go człowiek. Jedni mówią o wszechmogącym, czarodzieje bardziej trzeźwo o Matce, która nie zmieni naturalnego stanu rzeczy - nie odwróci śmierci od biegu życia i nie da jasnowidzom mocy nadprzyrodzonej. Tam, gdzie pojawiała się chęć czynienia dobra tam zawsze zapalała się czarna latarnia pochłaniająca światło. Tak musiało być. Świat dążył do równowagi, tylko nie zawsze równoważył sprawiedliwie. Jedni musieli stracić, żeby zyskali inni. Więc ile można było zyskać bądź stracić kartą pomiędzy tymi dwoma światami? Lampkami wina, niby heroldami przeciwnych sił, którzy beznamiętnie przyglądali się stawionej wróżbie. Lub czemuś innemu? Może ważniejsza od wróżby była reakcja. Sprawdzenie, czy dążysz bezkompromisowo do swojego przeznaczenia, czy może jednak zaczniesz z nim walczyć.

Ktoś gdzieś pasował, a innym razem nie pasował wcale. Morpheus był dżentelmenem na salonach - mógłby wejść na scenę, stanąć obok tej rudowłosej piękności i pasowaliby do siebie doskonale. Wziąłby ją pod ramię, zakręcił kartą między swoimi palcami, całkowicie zręcznie. Magia kart - pewnie by zniknęła w rękawie. Przyszłość byłaby niepotrzebna do przepowiadania i nic nie wymagałoby poprawiania, ratowania - dama zasiadłaby do jego stolika i zostałby jej przesunięty ten dar życia - ten płyn o głębokiej barwie burgundu, który rozanielał. Tak, pasował tutaj. Kilka słodkich słówek i ten wieczór miałby równie słodkie zakończenie. Inne od tej damy, co traciła wyślizgując się z objęć obiecywanej rozkoszy. Musiało jej się nie spodobać to, co widzi, ale chyba nie w twarzy przed sobą? Pewnie to, co szepnął jej diabeł na piekielnej karcie. Nie zobaczyła tam wyniku przyszłości, który się jej spodobał? Lub zobaczyła właśnie to, czego chciała. Więc poszła wypełniać przeznaczenie, które wykwitło do jej marzenia.

Słońce przyciągało do siebie boskość. Wabiło do siebie anioły, bo nawet Ikar zaufał jego pięknu i dał się zwabić jego ciepłu. Anielskość nie musiała mieć formy wina - zakradła się miękkim puchem do umysłu i wabiła do siebie miękkością doznań. Przyciąganie zwrotne, kiedy wiesz, że tego wieczoru, przynajmniej na te kilka chwil, nie znajdziesz drugiego takiego uśmiechu i nie umkniesz przed takim spojrzeniem. To mogły być czyste łowy - przekonanie się, czy zwrotnie da się roztopić samo słońce - kiedy wybuchnie to jak będzie się uśmiechało? Kiedy odnajdzie swoje przeznaczenie jak odmieni się jego spojrzenie? To przecież nie był żaden wybór - Laurent nie grał w karty. Nie nadawałby się do pokera, przecież jego niewinna twarz zdradziłaby wszystko. Prawda? Nie mógł wróżyć z tarota, bo był tu i teraz - nie miał zbyt bystrego wzroku, więc jak mógłby dojrzeć świat poza tymi ramami, w którą ją ujęto? Impakt uniwersum nastąpił wtedy, kiedy uśmiech został odwzajemniony, a Laurent podniósł się ze swojego miejsca, wziął swoją szklankę wody i swój płaszcz z oparcia krzesła, by wykorzystać te swoje długie nogi. Pozwolił im się ponieść do stolika Króla Snów.

- Miło cię widzieć, Morpheuszu. - Mężczyzna, z którym łączyło go tyle, co znajomość imion i wymienione "dzień dobry" na czerwonych dywanach, między złotem i srebrem zastaw i zdobień. Złoto to teraz objawiało się w łańcuszku Morpheusa. Objawiało się też w złocie delikatnej biżuterii, która dopełniania welurowe zdobienia koszuli, jaką miał na sobie Laurent, której barwy przenikały się ze sobą gładko jakby miały upodobniać go do morskiej fali, kończąc się bielą przy głębszym dekolcie. - Można się dosiąść, czy oczekujesz kogoś? - Zmiana ról.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#4
11.06.2024, 20:38  ✶  

Głos wokalistki zerwał się, gdy utwór osiągnął swoją dźwiękową kulminację, rozległy się liczne oklaski, które zatopiły dźwiękiem stukanie obcasów o deski schodzącej ze sceny gwiazdy. Na scenę weszła kolejna, w stroju mającym odwzorować okładkę amerykańskiego magazynu Life! z lat dwudziestych, o wdzięcznej nazwie Flapper. Tancerka w długim, białym futrze i niesamowicie mocnym makijażu, dzięki któremu jej rysy twarzy rysowały się wykatkowo wyraźnie, zaczęła pokaż do dość melancholijnej melodii która powoli rozwijała się w swojej intensywności, tak jak ona zdejmowała kolejne warstwy ubrań. Wdzięk i erotyzm burleski. 

— Ty mi to powiedz — odpowiedział Laurenotowi, pomijając całkowicie ozdobniki zamieszania poetyckiego, na rzecz bezpośredniej konfrontacji. Schował kartę królowej buław do talii i zaczął je ponownie tasować. Otworzył drzwi losu i pozwolił Laurentowi decydować. Nikt nie ukochał losowości bardziej, niż prorocy, mogący przejrzeć decyzje innych. Nikt bardziej nie bał się utraty wejrzenia w intencje innych bardziej, niż prorocy.

Kojarzył mężczyznę z włosami przyprószonymi śniegiem i oczami z lodu głównie przez jego krewną, Florence Bulstrode, jego znajomą. Kojarzył powiązania rodzinne swoich bliskich, lepiej lub gorzej, ale kojarzył.

Każdy, kto znał Morpheusa Longbottoma, powiedziałby, że jest w istocie człowiekiem religijnym, pełnym natchnionej wiary. Co prawda nie w ten panteon, który wyznawał kowen Whitecroft, jednakże nadal odpowiedniki archetypów pokrywały się, a on wznosił wezwania dla Matki, nadbóstwa,  z nabożną czcią. Morpheus Longbottom nie wierzył w bogów. Chciałbym ich wyznawać z czystością serca i szczerym oddaniem, jednakże zawsze jego myśli sprowadzały się do negacji teologii, podawanej im łyżeczką od dziecka. W rzeczywistości Niewymowny uznawał istnienie bóstw jako faktu mierzalnego, a ich energię egregorycznym zbiornikiem, którego natura pęcznieje wraz z coraz liczniejszymi wyznawcami, a magia kształtowania świata w dłoniach czarodziejów stwarza tych, których się wyznaje. Limbo. Matka w Trójcy, inni bogowie, powstali za pomocą słowa, wyrzeczonego przez pierwszy lud, szukający pocieszenia po śmierci ukochanych, składając ich w grobach wypełnionych kwieciem i skórami.

Bogowie czuwali nad nimi, jako echo modlitwy przodków, z dawnych czasów. Dowód na dobroć ludzkości i jej grzechy.

Morpheus czekał, aż Prewett usiądzie i żąda kartom pytanie, bo chociaż wybór należał do tego, który nosił akwamaryny w ślepiach, to onyksy już wiedziały, jaką podejmie decyzję.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#5
13.06.2024, 14:47  ✶  

Szklanka wody stuknęła o blat, ginąc w powabie dźwięków przyciągających oczy do sceny. Więc chcesz tam okiem wędrować, patrzeć na wystawioną kobietę na scenę, jak korona starego króla, jak suknia wyniesiona z gotyku, jak stare talerze, które znaleziono jeszcze sprzed naszej ery. Nie ma pomiędzy wami szkła, a jednak jest za gablotą. Na wystawie, na pokazie, nie możesz jej dotknąć i zakosztować, chociaż rwą się do tego zmysły. Palce chciałyby się przekonać, czy jej skóra jest naprawdę taka miękka, czy jej włosy są tak gładkie, a ciało takie jędrne. Palce Morpheusa tańczyły na kartkach z wprawą, z jaką pianista wymusza dźwięki młoteczków na strunach, jak smyczek pieszczący struny wiolonczeli. Czy marzył o kobiecie zza gabloty? Leniwe gesty, niby zamyślone, ale oczy pozostawały uważne. O czymś myślały i za czymś podążały - za czym? Ludzkim pięknem, czy ludzką niedoskonałością? Oto, jacy bluźnierczy byliśmy - potrafiliśmy pokochać nawet błędy. A jednak nikt nie chciał, żeby artystka na scenie się zachwiała. Posiadanie nazwiska Longbottom zdawało się opisywać go z góry - zaliczać się do tych good guys, a nawet grzeszne myśli nie uczynią plamy z twojego honoru. Przeszyty był krwią swojego nazwiska, ale czy na pewno? I czy jedynie? Laurent widział już szarlatanów, którzy mamili palcami na kartach z równą siłą, co teraz ta kobieta mamiła męskie umysły. Nie posiadali prawdziwego daru spoglądania w przyszłość - posiadali dar spoglądania w teraźniejszość. Wdzierali się do twojej duszy i stawali się rakiem, który ją wyżerał.

Za stuknięciem szklanki przesunięte zostało krzesło. Bez szurania - nie wypadało. Choć byłby to kolejny akompaniament muzyki, który by w nim zupełnie zatonął. Czyn będący słowem. Komunikacja przeszła bardzo gładko, tak i gładko pojawiła się odpowiedź. Rzucony kamień na szaniec i podarowana stokrotka w dłoń pięknej Los. Czy może stokrotka w dłoni Laurenta, z której Morphesu wyrywał płatki kocha-nie kocha... Wyrywał płatki, a przecież dobrze wiedział. Wtasował królową buław, bo dobrze wiedział. A czy wiedział wybierając się dzisiaj do tego klubu?

- Nawyk, dłonie uciekające już do kasyna, czy może umysł szukający odpowiedzi w przyszłości? - Przesunął wzrok z twarzy mężczyzny na krążące w jego dłoniach karty. Nie znał się na wróżeniu, ale karty i kula były chyba najpopularniejszymi, jakie się przewijały przez świat czarodziei. - Miło Pana spotkać w tak rozkosznych okolicznościach. - Kiedy muzyka grała, kobieta tańczyła, a wszystkie oczy z westchnieniem wlepione były właśnie w nią. Longbottomowie i Prewett się raczej nie lubili. Jego rodzinę frustrowało, że Longbottomowie są nieprzekupni, a tych drugich irytował fakt, że ci pierwsi ustawiali świat do swoich widzi-mi-się podług pieniądza. Laurent nie spoglądał na zatargi względem nazwiska. Ono mogło sugerować, kim jesteś, ale nie definiowało twojej osobowości. To nazwisko nie było wypisane w tych ciemnych oczach, które błyskały w tutejszych światłach jak noc Kairu. Było lenistwo i wyważenie w tych ruchach, które tak dobrze pasowało do tych cieni pożerających stoliki.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#6
25.06.2024, 17:08  ✶  

Jej strój połyskiwał w ciemności, mieniąc się srebrzystymi i fioletowymi odcieniami, niczym skrzydła ćmy w blasku księżyca. Delikatnie uniosła ręce, dając znak, że nadchodzi moment metamorfozy. Muzyka zaczęła cicho brzmieć, tworząc atmosferę tajemnicy i oczekiwania. Zwolna zaczęła rozwijać materiał otulający jej ciało, kokon. Każdy ruch był precyzyjnie zaplanowany, oddając ulotność chwili, gdy ćma uwalnia się z ograniczeń swojego schronienia. Tancerka, bez imienia, obracała się powoli, pozwalając widzom dostrzec stopniowe przemiany jej postaci. Wzrok publiczności był skupiony na każdym jej ruchu, a napięcie rosło. Kiedy kokon wreszcie opadł, odsłaniając pełnię blasku jej stroju, publiczność zamarła. Tancerka teraz w pełni przemieniona, rozłożyła ramiona, ukazując misternie zdobione skrzydła. Każdy fragment był dopracowany z niezwykłą starannością, podkreślając jej eteryczną elegancję. Ruchy kobiety nabrały lekkości, jakby unosząc się na niewidzialnych prądach powietrza. Pozbywała się kolejnych warstw odzienia przy okrzykach i oklaskach widowni. Z gracją poruszała się po scenie, jej taniec opowiadał historię wolności i przemiany. Kiedy muzyka ucichła, zakończyła występ dramatycznym gestem, pozostawiając publiczność w zachwycie. Kobieta zniknęła za kurtyną, pozostawiając po sobie wspomnienie magicznej chwili.

Morpheus nie klaskał. Wyjął za to kolejną kartę i ułożył ją na stole obok królowej. Wtedy spojrzał mrokiem czarnych dziur na Laurenta. Mrokiem kogoś, kto robi wszystko, aby uciec od swojego przeznaczenia.

— Lubię, kiedy ktoś mnie krytykuje, a karty robią to bezbłędnie za każdym razem. Nie mam ręki do hazardu, obawiam się. — A żaden Prewett nie wpuści go do swojego kasyna z tą twarzą, twarzą Longbottoma i jasnowidza.

Morpheus, z natury ciekawy i pełen pasji, postukał palcem kartę odwróconego Pazia Buław, spoglądając na nią z nieodgadnionym uśmiechem. Karta, na pozór niewinna, skrywała w sobie opowieść o niepewności i wewnętrznym zamęcie. Paź Buław, symbolizujący młodzieńczą energię, kreatywność i odkrywanie, teraz odwrócony, ukazywał drugą stronę medalu,  lęki, brak pewności siebie i chaos. Wieszcz był doświadczony w zawiłościach ludzkiej duszy, dostrzegał w tej karcie odbicie wielu zagubionych dusz, które spotkał na swojej drodze. Młody paź, zamiast promieniować entuzjazmem, stał się symbolem zahamowanej kreatywności i wewnętrznych blokad. Morpheus wyobrażał sobie młodzieńca z karty, który kiedyś pełen był ambicji i marzeń, teraz walczącego z własnymi demonami. Zamiast odważnie podążać za swoimi pragnieniami, utknął w sieci zwątpienia. Jego buława, zazwyczaj atrybut mocy i inicjatywy, teraz wydawała się ciężarem, który przygniatał go do ziemi. Longbottom wiedział też, że odwrócony Paź Buław jest przestrogą. Ostrzega przed impulsywnymi decyzjami i brakiem dojrzałości.

Przekrzywił głowę. Czy był to Laurent? Możliwe.

— Owszem. Nie spodziewałem się tak interesującego towarzystwa.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#7
11.07.2024, 21:28  ✶  

Tutaj lało się wino. Pachniało w powietrzu - zabijało swoją kwaśność w aromatach dymu, może nie tylko nikotyny ale i słodkiego opium, ale Laurent był pewien, że rozpoznałby ten zapach wszędzie. Tak jak rozpoznawał kłopoty, kiedy czeluść odpowiadała mu spojrzeniem. Więc patrzył - oczyma niby skupionymi, ale jednocześnie otumanionymi. Tym dymem? To nie opioidy, a gdyby miał rzecz nazwać, powiedziałby, że Sen. Kroczył na jawie, chociaż jeszcze przed chwilą sam był Senną Marą. Więc teraz w Marę obracał się Morpheus, który jak krupier wiedział, kiedy poruszyć palcami, by wyciągnąć karty. Który wiedział, kiedy podejść, żeby dołożyć żetony na stół. Już się tego naoglądał - ludzi potrafiących wykorzystać okazję. Ale takich oczu nie oglądało się nigdy. Jeśli grzeszny jest człowiek to rachunkiem sumienia gubił się w Otchłani - słodka ona była, bo i słodko spoglądała. Z rozmysłem, z namysłem, bardziej zainteresowana tu i teraz niż tym, czy kobieta na scenie zdejmie z siebie kolejne połacie ubrań. Laurent o niej zapomniał. Zapomniał, że ta muzyka nie było tylko tłem, a głosy ludzi wokół nie tylko rozmowami i żartami między sobą. Musiał ulec pokusie, bo było to jedyna możliwość, żeby z nią wygrać - wypełnić jej przeznaczenie i potwierdzić pieczątką na własnym imieniu i nazwisku, że dopełni się... właściwie to co miało się dopełniać? Coś w tej czerni. Na pewno coś w niej. Coś w uciekających czeluściach, co demonami straszyło i chciało rwać i szarpać. Trzymało cię za ręce, choć chciałeś iść dalej i nakazywało patrzeć, czuwać, obserwować. Jeden zły ruch i możesz przegrać całe królestwo. O jaką stawkę tutaj w ogóle gramy? Najcenniejsze, co możemy postawić - życie. Wchodzisz tutaj va bank, albo nie wchodzisz wcale. Te zasady były przez morzem szumiącym w oczach Laurenta zakryte, ale przecież były bardzo dobrze znane Tobie.

Prawda, Morpheusu?

- Ooo... - Dźwięk z jego ust zabrzmiał cicho, zrozumienie szmerem prześlizgnęło się między jedną a drugą literą, nabierając na znaczeniu w próbie pojęcia niezwykłego zjawiska, jakim stał się ciemnowłosy mężczyzna. Albo to resztki schodzącego z niego narkotyku wciąż potrafiły pomieszać zmysły i wrażenia. Inaczej nie wmawiałby sobie, że aż tutaj czuje zapach perfum tego człowieka. - Specyficzna rozrywka - szukać krytyki... w cudzych oczach i ustach również ich poszukujesz? - Zjechał z tej wielkiej grzeczności, chociaż może nie powinien. Ale skoro już sobie powiedzieli, jakie to nie rozkoszne okoliczności winy i przewiny prostoty takich zabiegów stawały się miałkie. Liczyło się tylko doznanie tego, co masz przed sobą. Brodzenie w czerni i szukanie w niej własnego odbicia - próbuj się w niej nie zgubić, a zostaniesz doceniony. Sekrety i tajemnice były jak lep na muchy - pozornie słodkie, lepiące, kuszące swoim zapachem. Perfumy? Popełniony błąd odkrywałeś dopiero, kiedy lepka maź zlepiała twoje skrzydła.

Z czerni można było zrezygnować, kiedy błogosławiła czemu innemu. Albo KOMUŚ innemu. Więc spojrzałeś w dół, na karty. Ich znaczenie? Kolejna tajemnica. Mogły opowiadać całą historię, ale dla twojego oka - to tylko karty. Można na nich zarabiać, można nimi mieszać w głowach. Przysiągłbyś, że ten Paź mrugnął zalotnie oczkiem - nic dziwnego, że automatycznie pojawił się na ustach nieco szerszy uśmiech. Ktoś błędnie mógłby powiedzieć - niemal onieśmielony. Ktoś nie wiedzący, że anielskie lico i niewinne uśmiechy są jak wiele innych pułapek, w które muchy wpadają. Jeśli samemu muchą się nie jest.

- Co te karty panu mówią? Byłoby straszne, gdyby pochwaliły. - Uniósł spojrzenie na Morpheusa z filuternym błyskiem w oczach.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#8
23.07.2024, 19:13  ✶  

Wyciągnął trzeci kartonik i oparł czubek o dolną wargę, jednak młody Prewett nie mógł dojrzeć, co to za karta, jedynie ocenić jej stan; Longbottom operował znoszoną talią, noszącą ślady wieloletniej miłości i burzliwego romansu z jego dłońmi. Jeden narożnik tej karty był zagięty i skrupulatnie rozłożony, tak że na nowo nabrała prawidłowego kształtu pozostawiając jedynie cienką bliznę, tam gdzie ją naruszono. Nie mógł wiedzieć, że w każdej jego talii, ta jedna karta była właśnie tak oznaczona. On tego też nie wiedział, nie na prawdę. Po prostu z jakiegoś powodu to zawsze była ta, bez względu jak świeża była to talia. Nawet te prosto od producenta.

Karta nie dotknęła nigdy blatu. Zniknęła pomiędzy innymi równie szybko, jak się pojawiła. Znał ją i nie chciał na nią patrzeć. Wodziła za nos. Wrócił do tasowania, taksując nieco mętnym spojrzeniem gości klubu. Czy to był omen? Nie. Nie oddychał tym samym powietrzem od wielu, wielu lat i raczej nie było możliwości, aby zmieniło się to tego wieczoru.

— Jedynie krytyka pozwala na dojrzenie swoich słabości. Samozadowolenie prowadzi do miałkości — zgarnął karty ze stołu, jakby uznał, że ich treść nie była przeznaczona dla Laurenta w połowie rozkładu. W rzeczywistości były to tylko dwie karty. I nie padło jeszcze żadne pytanie. Nie do nich. Nie od płowowłosego Wawrzyńca o licu wychudzonego aniołka, który pewnie znał trzydzieści różnych sposób na to, aby go okraść.

— Szaleni bogowie rzezi są dzisiaj łaskawi i chętni opowiadać o przyszłości.

Rozłożył talię na dwie części, postukał połówkami w blat, wyrównując brzegi ze sobą, po czym odgiął je, tak aby puszczając oba narożniki, dwie połowy zmieszały się na zakładkę. Charakterystyczny dźwięk nie przebił się nadal przez występy na scenie, a karty też miały swoje lata i zmiękły nieco, tracąc na sztywności, rzecz oczekiwana wobec talii, odrzucająca wobec partnera.

— Pytanie powinno być otwarte, zaczynać się od jak? I nie być pytaniami, na które nie chce się znać odpowiedzi.

Tarot przesuwał się w dłoniach Morpheusa jak woda. Bez sztuczek, bez efektownych rzutów, w hipnotyzującej prostocie. Nie był iluzjonistą, magikiem, on spoglądał w przyszłość.

Spoglądanie w przyszłość jest jak oglądanie dłoni pod wodą w strumieniu. Każdy ruch dłoni, każde poruszenie palców, rozprasza światło, tworząc tańczące refleksy na powierzchni wody. Woda, nieskazitelnie przejrzysta, przekształca kształty dłoni, deformując je w tajemniczy sposób. Przezroczystość i jednoczesne zniekształcenie stają się metaforą nieuchwytności przyszłości – wyraźnej, a zarazem niepewnej.

Strumień symbolizuje nieubłagany upływ czasu. Woda płynie, nie zatrzymuje się, podobnie jak życie toczy się nieprzerwanie naprzód. Każda kropla wody, każda zmarszczka na powierzchni, to chwila, która mija i nigdy nie powróci. W ten sposób, spoglądanie w przyszłość to akt zanurzenia się w strumieniu czasu, próbując zrozumieć to, co nadchodzi, mimo że jest to zawsze częściowo ukryte i zniekształcone przez nurt życia.

Patrząc na dłonie pod wodą, uświadamia się, że przyszłość jest piękna w swojej niejasności. To migotanie światła, te subtelne zmiany i ruchy, to obietnica czegoś nieznanego, czegoś, co czeka na odkrycie. Przyszłość, jak dłonie pod wodą, jest pełna nadziei i możliwości, które mimo że czasem trudno dostrzec w pełni, zawsze są tam, gotowe, by zostać uchwycone w odpowiednim momencie.

A dłonie Morpheus zawsze są pod wodą, aby nie mógł nikogo poparzyć.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
08.08.2024, 09:43  ✶  

Bywały oczy, w których można było zatonąć. Takie oczy, które kochały - jak morze - i muskaniem fal zapraszały do tego, żeby zagłębić się w ich tajemnice. Zostań, usiądź, posłuchaj ich pieśni. Głęboko tonąca muzyka to nie wszystko, co dzisiaj dla siebie wyciągniesz, to jedynie jej początek. Głęboko skrywane sekrety to nie wszystko, co dzisiaj tu zobaczysz - to tylko miękki piasek pod stopami. Prawdziwe skarby kryły się pod złoto-srebrzystymi perełkami, które od niechcenia i leniwie piaskiem nazywali. Prawdziwy sekret to ten, że sekrety były ukryte - i wiły się głęboko między glonami i muszelkami, owijane nimi jak ciało kochanki. Były takie oczy... takie oczy, na których plaży stałeś, potem już moczyłeś stopy, a zaraz byłeś w nich po kolanach. Gdzie był ich kres? Gdzie określono horyzont? Czy to jeszcze niebo, czy już ziemia zlewała się błękitem z błękitem - ani to płaska, ani okrągła. Łączyła się z Wszechświatem. Kosmos nad twoją głową przybierał dokładnie taką barwę, jaka czuwała nad tobą i w którą się przyoblekałeś, a radośniejszym mrugał dodatkowo gwiazdkami. Były takie oczy, które witały ostrością skał i sztormem - ale to nie były te oczy. Oczy Morpheusa były tymi, które kochały jak morze. I chociaż Laurent jeszcze nie widział w swoim życiu morza brązowego, to już nie miał wątpliwości, że ono istnieje. Jak w końcu zwątpić w to, co widzisz tuż przed sobą.

W momentach ciszy brzmiała ona tak, jak brzmiały najdelikatniejsze muśnięcia fortepianu. Płaczliwe, łkające, tak delikatne, że były jak kaszmir wyciągnięty z jego domu, co opatulał ciało kochanki. Morpheus milczał - a jego mrugnięcia, te rzadkie i pojedyncze, zdawały się wydawać dźwięki. Szmer kurtyny, szmer kotary, dobre przedstawienie, po którym drżało serce, a ty nie możesz oderwać oczu od sceny. I cóż, że na scenie się działo, ciągle i wciąż, a ludzie gotowi klaskać. W tej ciszy wydawało mu się, że Morpheus mówił bardzo wiele. Że opowiadał każdym wyważonym gestem historię o czymś, co jego ułomny zmysł słuchu nie mógł pojąć. O czym nie mogło się coś zapisać w jego głowie. Mądrzejszy, większy, przystojniejszy. Lepszy. Tak, to było to słowo wyłaniające się z okręgu myśli. Czy to narkotyk jeszcze płatał figle, czy nadmierny romantyzm - nie miało to znaczenia. Mógł patrzeć w ciszy i między dźwiękami na Morpheusa Longbottoma i zastanawiać się nad tym, co na celu ma ten ruch kart, co to za przyszłość, czemu miałby sypać krytycyzmy, ale w gruncie rzeczy jego umysł się rozpływał, jak mogło rozpłynąć się ciało. Jak mógłby inaczej?

Przecież najbardziej na świecie ukochał sobie Morze.

- Ciężko mi znaleźć nastrój na krytykę w morzu wspaniałości. - Prawie zamruczał - prawie, bo jego śpiewny głos skowronka wcale nie miał mruczącej, kociej nuty, którą niektórzy uwielbiali. Lecz leniwość chwili, która była coraz bardziej owijająca zmysły, jakby Morpheus był morfiną jego codzienności, słodkim zakończeniem bolesnego dnia, zachęcała do rozluźnienia, a głos do spadku tonu. - W takich miejscach jak to nie przychodzi się jej szukać. Do takich miejsc się przychodzi, żeby swoich słabości być towarzyszem. - Uśmiechnął się niemal psotnie - przecież byli w miejscu, które dla większości ludzi tutaj było mekką słodyczy i słodzenia. Rozpusty, która nie ważyła grzechów, nie wytykała palcami, nie oceniała.

Laurent zapomniał już, że miał o coś pytać. Rzeź i jej bogowie jakimś obcym elementem prześlizgnęła się po jego skórze, jakimś smutkiem, jakąś złą nutą... a przypomnieniem było dopiero pouczenie Morpheusa.

- Jak bardzo będzie jutro boleć? - Zanim dobrze sobie uzmysłowił, co w zasadzie robi, to opierał się w ten właśnie leniwy sposób o blat, podpierał głowę, wcale nie elegancko - prawie jak kobieta, która zaraz wyciągnie zgrabne nogi na kanapie, śląc powłóczyste spojrzenia, a ty nie wiesz - malować ją pędzlem na płótnie, czy malować jej skórę palcami?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#10
19.08.2024, 18:17  ✶  

Wyjął jeszcze jedną kartę na to konkretne pytanie i z jego gardła wydarł się mało rozbawiony śmiech. Sięgnął do Laurenta i poklepał go miękką dłonią po policzku, jak ktoś, kto próbuje pocieszyć, ale wie, że nie ma to znaczenie i nic nie pomoże.

Między nimi leżała jedna z okrutniejszych kart w Tarocie. Dziewiątka Mieczy. Płacząca kobieta znudzona z koszmaru. Tylko dlaczego tutaj zdawała się mieć jasne włosy, przecież chwilę temu były ciemne. Dlaczego tło karty przypomniało tak bardzo sypialnię Laurenta? Mignięcie i znów na karcie była brunetka.

Dziewięć Mieczy z tarota to karta przesiąknięta lękiem i cierpieniem, jak udręczone sny bohaterów mitologii. Przypomina nocy Kasandry, która, choć obdarzona darem prorokowania, była przeklęta, by nikt nie wierzył jej słowom. Leżąc samotnie w ciemności, widziała upadek Troi, ale nikt nie chciał jej wysłuchać.

To także odzwierciedlenie udręk Prometeusza, skazanego na wieczne cierpienie, gdy codziennie w ciągu dnia orzeł pożerał jego wątrobę. Dziewięć Mieczy to obraz wewnętrznej tortury, koszmaru, który drąży duszę – tak jak Hydra nieustannie odrastała każda głowa, tak powracają złowieszcze myśli. Pod ciężarem dziewięciu ostrzy, sny stają się bardziej realne niż jawy, a każdy miecz przeszywa serce jak klątwa Syzyfa, który wiecznie wtaczał głaz pod górę, tylko po to, by znów go stracić. Jednak ta noc, choć mroczna, przeminie – jak Persefona, która zstępując do podziemi, zawsze wraca na ziemię, niosąc wiosnę po zimowym śnie.

Uśmiechnął się do Laurenta, lecz spojrzenie miał smutne, jak pijane wieszczki z zapomnianych świątyń.

— Bardzo.


Koniec sesji


And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (3160), Morpheus Longbottom (2047)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa