09.06.2024, 02:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2024, 02:42 przez Basilius Prewett.)
– Raczej nie za bardzo – powiedział smutno. – Ale jeśli chcesz możemy jakiś razem założyć. O! Wiem! Możemy nazwać go sorry we're cursed, czy coś w tym stylu. – Nagle poczuł bardzo silną potrzebę, by prowadzić z Brenną sklep z kartami. Mogliby też sprzedawać takie śmieszne kalendarze, w których każdy dzień byłby piątkiem trzynastego i wtedy ludzie, codziennie rano podskakiwaliby przestraszeni, że dzisiaj jednak nie jest poniedziałek, a piątek i to jeszcze trzynastego. Zaśmiał się na tę myśl.
– Hm... Koło fortuny... Może chodzi o to, że wiesz, że... – Zamilkł. Nie wiedział jednak co chciał powiedzieć. – No, że masz okrągłe tęczówki. Może to dlatego. Tak, fantazje Millie bywają straszne i chyba trochę boję się jej głowy. Jest taka... Pełna dziwnych fantazji. Trochę jak dżungla papug. Jeśli chcesz to możesz być moim chichotem losu, albo mogę napisać komuś list polecający za ciebie.
O! Żaba. Idealnie. Skinął głową na znak, że może być, a gdy Brenna podała mu opakowany słodycz, podziękował i od razu wręczył go jej z powrotem.
– Zjedz. Dla ciebie. Zalecenie uzdrowiciela.
W końcu poprosił o te ciastka tylko dlatego, że ona wyglądała jakoś tak niemrawo i uznał, że potrzebuje pomocy w postaci cukru.
A więc jednak jej coś dolegało! Brak pamięci! Na Matkę, jak to strasznie brzmiało. Gdyby był na jej miejscu, to wolałby chyba być nieświadomy tego, że pamięć mu szwankuje, a nie żyć z tą smutną wiedzą, że miał dziury w pamięci. Biedna Brenna. Naprawdę biedna. Ale przynajmniej wkrótce nauczy się robić gwiazdę.
– Chcesz pisać książkę? Będę mógł przeczytać? – O nie! Ale jeśli ona chce pisać książkę, to czy znajdzie czas na prowadzenie ich sklepu? I co teraz? W sumie to wiedział, co teraz. Teraz należało się skupić i pomyśleć o Tatcherach, skoro Longbottom najwyraźniej bardzo na tym zależało. Przygryzł wargi i zastukał w zamyśleniu palcami o blat stołu. Coś kojarzył. Coś naprawdę kojarzył. Tylko z jakiegoś, niezrozumiałego dla niego powodu, nie był w stanie wyłowić ze swojej głowy odpowiednich informacji. Prychnął sfrustrowany tym faktem. – Przepraszam, ktoś mi wylaczył myślenie. Daj mi chwilę.
Schylił się, by wziąć z podłogi pudełko z tymi mniej fikuśnymi kartami i wyjął z niego dokładnie sieden kart, które potem bardzo starannie rozłożył na stole. Jedna karta leżała na niewidzialnym łóżku, pięć kart czuwało w okół niej, w tym uzdrowiciel, stojący nieco bliżej, bardzo zirytowany faktem, że wszyscy inni upierali się, by być w pokoju. Była też siódma karta, która dopiero wchodziła do pomieszczenia. Pewnie byłoby ładniej, gdyby dobrał wartości kart, do roli, którą przyszło im odgrywać, ale trzeźwy Basilius uznałby to za zbędne, a nietrzeźwy Basilius nawet o tym nie pomyślał.
– Pan domu, uzdrowiciel, pani domu, siostra domu pana, niebieski facet, syn i kochanka pana domu przebrana za niebieskiego facet – pokazywał palcami kolejne karty, w takiej kolejności w jakiej je rozłożył. Ponownie zmarszczył brwi. Coś mu tu nie pasowało. Poprawił nieco pana domu, tak by leżał teraz prostu. No. Teraz było dobrze.
– Hm... Koło fortuny... Może chodzi o to, że wiesz, że... – Zamilkł. Nie wiedział jednak co chciał powiedzieć. – No, że masz okrągłe tęczówki. Może to dlatego. Tak, fantazje Millie bywają straszne i chyba trochę boję się jej głowy. Jest taka... Pełna dziwnych fantazji. Trochę jak dżungla papug. Jeśli chcesz to możesz być moim chichotem losu, albo mogę napisać komuś list polecający za ciebie.
O! Żaba. Idealnie. Skinął głową na znak, że może być, a gdy Brenna podała mu opakowany słodycz, podziękował i od razu wręczył go jej z powrotem.
– Zjedz. Dla ciebie. Zalecenie uzdrowiciela.
W końcu poprosił o te ciastka tylko dlatego, że ona wyglądała jakoś tak niemrawo i uznał, że potrzebuje pomocy w postaci cukru.
A więc jednak jej coś dolegało! Brak pamięci! Na Matkę, jak to strasznie brzmiało. Gdyby był na jej miejscu, to wolałby chyba być nieświadomy tego, że pamięć mu szwankuje, a nie żyć z tą smutną wiedzą, że miał dziury w pamięci. Biedna Brenna. Naprawdę biedna. Ale przynajmniej wkrótce nauczy się robić gwiazdę.
– Chcesz pisać książkę? Będę mógł przeczytać? – O nie! Ale jeśli ona chce pisać książkę, to czy znajdzie czas na prowadzenie ich sklepu? I co teraz? W sumie to wiedział, co teraz. Teraz należało się skupić i pomyśleć o Tatcherach, skoro Longbottom najwyraźniej bardzo na tym zależało. Przygryzł wargi i zastukał w zamyśleniu palcami o blat stołu. Coś kojarzył. Coś naprawdę kojarzył. Tylko z jakiegoś, niezrozumiałego dla niego powodu, nie był w stanie wyłowić ze swojej głowy odpowiednich informacji. Prychnął sfrustrowany tym faktem. – Przepraszam, ktoś mi wylaczył myślenie. Daj mi chwilę.
Schylił się, by wziąć z podłogi pudełko z tymi mniej fikuśnymi kartami i wyjął z niego dokładnie sieden kart, które potem bardzo starannie rozłożył na stole. Jedna karta leżała na niewidzialnym łóżku, pięć kart czuwało w okół niej, w tym uzdrowiciel, stojący nieco bliżej, bardzo zirytowany faktem, że wszyscy inni upierali się, by być w pokoju. Była też siódma karta, która dopiero wchodziła do pomieszczenia. Pewnie byłoby ładniej, gdyby dobrał wartości kart, do roli, którą przyszło im odgrywać, ale trzeźwy Basilius uznałby to za zbędne, a nietrzeźwy Basilius nawet o tym nie pomyślał.
– Pan domu, uzdrowiciel, pani domu, siostra domu pana, niebieski facet, syn i kochanka pana domu przebrana za niebieskiego facet – pokazywał palcami kolejne karty, w takiej kolejności w jakiej je rozłożył. Ponownie zmarszczył brwi. Coś mu tu nie pasowało. Poprawił nieco pana domu, tak by leżał teraz prostu. No. Teraz było dobrze.