– Nie, absolutnie nie żółta. W żółtym prawie nikt nie wygląda dobrze i mówię to jako była Puchonka. Do mnie pasuje, oczywiście, ale ja wyglądam dobrze w absolutnie wszystkim, nawet w worku na ziemniaki. Nie żebym szukała dzisiaj worka na ziemniaki.
Pierwsze zdania Charlotte adresowała do swojego syna, który właśnie przymierzał koszulę. Żółtą koszulę. Ostatnie rzuciła na wszelki wypadek do Madame Malkin, jakby podejrzewała, że ta naprawdę postanowi zaraz przynieść worek na ziemniaki, żeby sprawdzić, czy Charlotte Kelly będzie w nim wyglądać dostatecznie dobrze.
Wzrok Charlotte przesunął się po regałach i po wieszakach. Westchnęła nieco – nawet po tylu latach szkoda jej było, że nie może już wszystkich ubrań kupować u Rosierów. Niektóre owszem, ale braki w garderobie uzupełniali jednak w pierwszej kolejności tutaj. Oczywiście, wybierając te z wyższej półki, nie byli w końcu biedni. Ale och, te stroje nieszyte na zamówienie, rzadko miały w sobie „to coś”. Charlotte jednak miała dość rozsądku, by nie wygłaszać takich opinii na głos przy krawcowej – w końcu czasem znajdowało się tutaj prawdziwe perełki, i nie chciała jej do siebie zrazić.
Udawanie miłej miała opanowane w końcu do perfekcji.
– Niech pani nie bierze tego do siebie, krój jest bardzo udatny, ale kolor absolutnie nie pasuje do cery mojego syna. Może to samo w czerwonym lub zielonym kolorze? – zastanowiła się, mierząc Jaspera Kelly’ego spojrzeniem od stóp do głów.
Powód jego męczarni pod tytułem „ten dzień spędzam z mamą na zakupach, a potem może jeszcze pójdziemy do kawiarni” był prosty. Po pierwsze, mógł sobie być dorosły, ale na kolorach to nie znał się absolutnie, i na ubraniach jej zdaniem też nie, a przecież jej najstarsze dziecko musiało prezentować się odpowiednio. A szykowało się kilka okazji, na które mógł potrzebować odpowiednich koszul czy szat. Po drugie, miała zamiar kupić parę rzeczy dla siebie: potrzebowała nowej sukienki, nie na specjalne okazje, a wyjścia na miasto, i koniecznie nowych butów, a poza tym nowa szata do pracy, i po to ma się syna, by nosił za ciebie ciężkie rzeczy (i podobno jeszcze dlatego, że kocha się swoje dzieci, ale jedno nie wyklucza drugiego, prawda?). Po trzecie, Jonathan miał niedługo urodziny, więc Jasper powinien dać coś ojcu chrzestnemu, także dobrze, by rozejrzał się po sklepach (z mamusią, która zawsze wie najlepiej, u boku, nie żeby planowała mu dyktować, co ma kupić Jonathanowi, ale kupowanie prezentów Selwynowi było jak misja wojenna, więc była gotowa służyć radą i światłym przewodnictwem, gdyby syn dostał załamania nerwowego podczas tej jakże trudnej misji).