22.06.2024, 06:19 ✶
Samuel nie mógł wiedzieć i nie mógł powiedzieć co dzieje się w głowie Roselyn, wiedział jednak doskonale co kłębiło się w jego, w jaki sposób serce rwało do lasu i jak las mu odpowiadał. A jej słowa, jej ton, jej postawa, cała jej istota kobiety poświęconej puszczy, świętej kapłanki, której ludzka forma była tylko przejściową drogą do osiągnięcia wieczności z korzeniami wbitymi w poszycie, do splecenia się i współistnienia w pokoleniach zielonych koron strzegących dobrobytu swoich mieszkańców, ale też ludzi Doliny... wszystko kim i czym była sprawiało, że nie tylko wierzył we wszystko co mówiła, ale też był bardziej niż przekonany, że patrzą na to w jeden i ten sam sposób.
Dlatego też nie powiedział nic więcej, zamiast tego obejmując ją tak, jak niekiedy drzewa, które razem wzrastają splatałyby ze sobą gałęzie. Objął ją ciasno z wdzięcznością za to co mówiła i za to co współodczuwała z nim, a on z nią. Przynosiło mu to ulgę i wierzył, miał nadzieję, ufał, że i on jakoś, niegodny, intruz pośród dębów, mógł przynieść odrobinę ulgi jej. Nie jesteś sama – mówił każdy jego ruch, każde delikatnie pogładzenie pleców, każdy oddech zaczerpnięty z tej samej puli powietrza ofiarowanego im przez zielone płuca okolicy, które toczył teraz rak nieumarłych.
Będą razem. Ramię w ramię. Będą działać.
– Pomogę Ci w Twoich badaniach. Mogę być Twoimi oczami tutaj. Ucz mnie. Mój dziadek robił takie badania, matka uczyła mnie robić dobre, schludne notatki ja... poćwiczę pisanie, bo teraz to skrobie jak krogulec pazurem. – przyznał odsuwając się od niej, z twarzą rozjaśnioną nadzieją, z twarzą osoby w cierpieniu, która otrzymała okład empatii i zrozumienia. – A gdy nadejdzie czas, ruszymy razem. – I trudno było stwierdzić, czy chodzi mu o moment gdy mądre głowy znajdą w końcu sposób na zaszycie powięzi światów, czy o chwilę gdy umrą, a Sam z nadzieją wyciągnie ramiona ku Rose, by ta nie pozwoliła mu opuścić Kniei. Choćby miał być małą hubą wczepioną mocno w jej szlachetną korę. Knieja była jego domem i chciał by pozostał nim po śmierci.
Dlatego też nie powiedział nic więcej, zamiast tego obejmując ją tak, jak niekiedy drzewa, które razem wzrastają splatałyby ze sobą gałęzie. Objął ją ciasno z wdzięcznością za to co mówiła i za to co współodczuwała z nim, a on z nią. Przynosiło mu to ulgę i wierzył, miał nadzieję, ufał, że i on jakoś, niegodny, intruz pośród dębów, mógł przynieść odrobinę ulgi jej. Nie jesteś sama – mówił każdy jego ruch, każde delikatnie pogładzenie pleców, każdy oddech zaczerpnięty z tej samej puli powietrza ofiarowanego im przez zielone płuca okolicy, które toczył teraz rak nieumarłych.
Będą razem. Ramię w ramię. Będą działać.
– Pomogę Ci w Twoich badaniach. Mogę być Twoimi oczami tutaj. Ucz mnie. Mój dziadek robił takie badania, matka uczyła mnie robić dobre, schludne notatki ja... poćwiczę pisanie, bo teraz to skrobie jak krogulec pazurem. – przyznał odsuwając się od niej, z twarzą rozjaśnioną nadzieją, z twarzą osoby w cierpieniu, która otrzymała okład empatii i zrozumienia. – A gdy nadejdzie czas, ruszymy razem. – I trudno było stwierdzić, czy chodzi mu o moment gdy mądre głowy znajdą w końcu sposób na zaszycie powięzi światów, czy o chwilę gdy umrą, a Sam z nadzieją wyciągnie ramiona ku Rose, by ta nie pozwoliła mu opuścić Kniei. Choćby miał być małą hubą wczepioną mocno w jej szlachetną korę. Knieja była jego domem i chciał by pozostał nim po śmierci.