• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
[22 marca 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | William & Victoria

[22 marca 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | William & Victoria
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#1
06.01.2023, 21:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.04.2024, 14:56 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange (Pierwsze koty za płoty, Otwarty na nowe doznania).

Było ciemno. Głównie dlatego, że słońce zaszło już za horyzontem i na niebie rysowała się noc – ale ostatnimi czasy nawet dni były ciemne; zalane szarością. Jakieś takie przygnębiające. Ale może to nie tylko aura dnia, co po prostu atmosfera? Najpierw jednego dnia Lord Voldemort ogłosił wszem i wobec, że świat należeć powinien tylko do tych, którzy są godni – a więc czarodziejów czystej krwi, a drugiego dnia… zaczęło dziać się źle.
Ataki, włamania, morderstwa, klątwy. Mugole, mugolaki, półkrwi. To był ten moment, w którym Ministerstwo było dwa kroki za swoim przeciwnikiem, nie było wiadomo gdzie i kiedy. Ale można się było spodziewać kto prędzej czy później padnie ofiarą ataku.
Tego dnia chyba od świtu można było się spodziewać, że coś było nie tak. Chmury były gęste, ciemne, nisko i tylko czekało się, aż lunie deszcz. Ale ten uparcie nie chciał skapnąć z nieba, nie chciał zmoczyć ulic Londynu, nie chciał nic oczyścić. Było wręcz gęsto. Nic więc dziwnego, że większość obywateli wolała czym prędzej znaleźć się w domu, a nie na ulicach, skoro ulewa mogła się zacząć właściwie w dowolnym momencie. Ta jednak, uparcie, się nie zaczynała.
Victoria nie miała żadnego daru jasnowidzenia, jednak czuła w kościach, że coś się święci. I prawdę mówiąc – nie tylko ona to czuła, dużo osób w biurze aurorów było dzisiaj niespokojnych. Chyba dlatego została w pracy dłużej, chcąc dokładniej przejrzeć ostatnie raporty – wciąż się przecież jeszcze uczyła, nie była aurorem, był to ledwie ostatni rok jej kursu. Była akurat w trakcie analizowania jednego z ostatnich ataków, kiedy dostali wezwanie. Ona, jej opiekun, starszy auror i jeszcze jedna aurorka.
Podobno był kolejny atak.
Podobno klątwy były tak silne, że zawaliły się dwa domy. Że wszystko płonęło.
Aportowali się z cichym pyknięciem i dwójka jej starszych kolegów pobiegła przodem. Victoria miała być z tyłu.
Kiedy przybyli na miejsce było już tak naprawdę po wszystkim. Nie było śladu po tych, którzy dokonali ataku, a sądząc po wielkości szkód – nie mogła to być jedna osoba. Co najmniej dwie, a może nawet i trzy. We trójkę zajęli się zabezpieczaniem terenu, gaszeniem pożaru, by w ogóle móc się dostać do środka. Smród czarnej magii wręcz czuć było w powietrzu, wciskał się w nozdrza, elektryzował. Chwilę później dołączyli do nich kolejni – ci co mieli zająć się naprawianiem szkód i czyszczeniem pamięci tym, którzy nie powinni widzieć rzucania czarów… A w końcu weszli do budynku – całkowicie zdemolowanego, znajdującego się w mugolskiej części Londynu. Victoria cały czas była gotowa do rzucenia Protego, a może Finite – w zależności, co byłoby teraz potrzebne. We trójkę musieli rzucać zaklęcia, by pozbyć się na prędce rzuconych i pozostawionych pułapek i w końcu to znaleźli. Trzy ciała, trzy martwe osoby. Zmiażdżone, podpalone, zdecydowanie nieżywe.
I dopiero wtedy się zaczęła robota tak naprawdę. Starszy auror, jej opiekun i nauczyciel polecił, by tutaj została, by zabezpieczyła ciała i pomagała reszcie pracowników Ministerstwa, a on i ich towarzyszka mieli spróbować wytropić ślady tych, którzy dopuścili się do tego ataku. Wiedzieli, że wiele pewnie nie znajdą… Ale lepsze było nawet niewielkie cokolwiek, niż zupełnie nic. Lestrange, zgodnie z poleceniem, została i wraz z jakimś magimedykiem próbowali wydobyć te ciała spod gruzów, jak najmniej je uszkadzając. Wiedzieli już, że będzie musiał je obejrzeć antropolog albo koroner… Prawdę mówiąc wyglądało to paskudnie. Rodzina trójki mugoli… Victorii to nie ruszało. Mugole ją nie ruszali – mimo wszystko wychowano ją w poczuciu, że czarodzieje są po prostu lepsi. Ale to że są nie znaczyło przecież, że inni nie mogą żyć, prawda? Nie rozpaczała więc. Ciała wyglądały jednak tak, że trudno było o nich powiedzieć coś więcej prócz płci – kobieta i dwóch mężczyzn. Ale Victoria też się nie przyglądała za bardzo, ot po prostu robiła swoje; pilnowała terenu, pomagała jak mogła. I wyglądało na to, że rzeczywiście Śmierciożercy już zrobili tutaj to, co mieli zrobić, bo nikt kolejny, dodatkowy i niepowołany się po otoczeniu nie kręcił. Za to kręciło się dużo ludzi z Ministerstwa. I w końcu wrócił też jej opiekun. Zgodnie z przewidywaniami, przybyli za późno, by można się było udać w pościg, a te trzy ciała, które tutaj zabezpieczyli należy zabrać do Ministerstwa.
Trzeba było się dowiedzieć kto w ogóle zginął i których mugoli poinformować, że mają na głowie pogrzeb do zorganizowania. Victoria już wiedziała, że jednak zrobiła błąd, że nie wróciła do domu wcześniej. Bo teraz nie wróci jeszcze długo. A nie była jeszcze nawet pełnoprawnym aurorem.
I dokładnie w ten sposób wylądowała bardzo późnym wieczorem przed gabinetem antropologa w Ministerstwie – gdzie załomotała w drzwi. A zaraz za nią unosiły się w powietrzu trzy… ciała. No ciała. Bo z czym innym mogła tutaj przyjść? Ciała. Tyle, że każde z nich przykryte płachtą, bo wyglądały kiepsko – częściowo spalone, że miejscami były to tylko kości, częściowo zmiażdżone przez zawalony budynek, a częściowo… cóż. Częściowo nie.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#2
08.01.2023, 02:05  ✶  
Wszystko ostatnio się sypało. William nie interesował się zbytnio polityką czy też światem zewnętrznym - tj. tym poza jego pracownią - ale trudno było nie wiedzieć o tym, ze regularnie, co pare dni w mugolskiej, a czarami nawet magicznej, części Londynu płonęły budynki, sklepy i ginęli ludzie. Czarodzieje - najczęściej mugolacy, ale zdarzały się ofiary półkrwi czy tej czystej, wtedy sytuacja była rozdmuchiwana, a po tym Lestrange wiedział, że system i Ministerstwo ich zawiodło. Nie powinien oceniać, bo sam nie robił zbyt wiele, aby tak się nie stało, ślęczał jedynie nad badaniami, które nie miały wiele wspólnego z zatrzymaniem konfliktu, być może wojny domowej. Czasy były nieciekawe i każdy, egoistycznie, próbował zabezpieczyć przede wszystkim siebie. Nieliczni, a tych William podziwiał, narażali się dla innych, przodowali w wyłapywaniu popleczników Voldemorta, ale, momentami było to poświęcenie na marne, bo sytuacja tylko się pogarszała, a ludzi ubywało.
To popołudnie nie różniło się niczym innym od poprzednich, Will siedział przy biurku przeglądając papiery, większość wywarów miał odłożonych, zakorkowanych. Czuł się zmęczony, ale wiedział, że jak nie spisze wszystkich myśli to jutro rano uciekną z jego głowy i już nigdy nie przyszpili ich do pergaminu tak skrupulatnie jak zrobiłby to teraz. Zaczął spisywać sentencje, grupy roztworów... gdy usłyszał pukanie. Jego spokój zakłóciła gosposia, która za niedługo kończyła dzień pracy. Lestrange był pewny, że ta przyszła z przypomnieniem o posiłku, ale bardzo szybko jego mina zrzedła, gdy zobaczył znajomego urzędnika za plecami kobiety. Odłożył pióro  po zapisaniu ostatniego słowa na w połowie zapełnionej stronie i podążył do wyjścia z laboratorium wiedząc, że nie będzie potrafił odmówić. Ostatnio jego dorywcza praca jako Antropolog wypełniała znacznie więcej czasu niż powinna, ale nie potrafiłby spojrzeć sobie w oczy następnego dnia, gdyby odmówił pojawienia się na miejscu pracy, gdy działy się takie tragedie. Chociaż tak mógł się przysłużyć sprawie, przynajmniej na razie.
Wychował się w wielkiej rezydencji rodowej, jego rodzice byli dumni ze swojego nazwiska, tak samo jak spora ilość krewnych. Wiązali z nim niesamowicie dużo teorii na temat wyższości czarodziejów krwi czystej nad tymi, których rodowody były niekoniecznie grawerowane w złocie i wybijane rubinami. Krzywił się na podobne teorie, uważając, że nawet psa o mieszanej rasie nie powinno uważać się za gorszego, a co dopiero człowieka, nieistotne czy czarodzieja czy nie. Żyć miał prawo każdy i nikt nie powinien mieć przywileju, aby je drugiemu istnieniu po prostu, bestialsko zabrać. Wyciągnął swoje wnioski na ten temat, gdy opłakiwał pomiędzy szóstym, a siódmym rokiem Hogwartu swojego drogiego przyjaciela, który zniknął z tego świata przedwcześnie. Od tego momentu Will popadł w obsesję na punkcie kamienia Filozoficznego, jego badania nad wpuszczeniem leku na Nocną Marę nie było tak ważne, chociaż powinno być. W swojej młodości obsesyjnie szukał jakiegoś naukowego, czasami mniej - przekopując groby i angażując w to innych ludzi - wyjścia, aby sprowadzić Leandra do żywych. Nie znalazł niczego, a wszyscy dookoła, z roku na rok zdawali się przestawać szanować życie i nie bacząc na jego kruchość pogrążali się w swoich radykalnych opiniach na temat 'tych po drugiej stronie barykady'. Jego frustracja, gdy o tym myślał, mogłaby wylewać się uszami i nosem, gdyby tylko była wizualna. Było na świecie tyle rzeczy, które mogli odkryć, jakim mogli się poświęcić, a taka ilość z nich wybierała nienawiść, nie potrafił tego pojąć.
- Nie zastaniesz tam nikogo - jego głos poniósł się echem przez korytarz, gdy, sam już, bez towarzystwa posłanego po niego urzędnika, podszedł do kuzynki oraz lewitujących za nią ciał. Mimo późnej godziny gmach Ministerstwa nie był tak pusty, jakim można by się spodziewać go teraz zastać. Akurat najniższe poziomy, gdzie też Lestrange spędzał swoje godziny w tym budynku, nigdy nie cieszyły się popularnością. Kostnica, nawet za zamkniętymi drzwiami wywierała na ludziach nieprzyjemne wrażenie, a jej zapach zdawał się przesiąkać ubrania, paznokcie, włosy. William zdawał się z tym nie przejmować, traktował każde ciało tak samo - z szacunkiem, ale też jako pole swojej pracy. Nie myślał o tych osobach za życiach, przy momentach, gdy musiał ich zidentyfikował szukał raczej po charakterystycznym ubiorze, sygnetach, nigdy po prywatnych historiach. Takowych unikał, nie dlatego że się bał o swoje własne zdrowie psychiczne, a o to, że nigdy go one nie poruszą. Nie chciał odkrywać przed nikim tej mrocznej karty swojej osobowości, która pozwalała pracować mu w takim miejscu.
Otworzył drzwi do pomieszczenia wpuszczając kuzynkę przodem.
Weszli najpierw do niewielkiego gabinetu, który miał drzwi po lewej oraz prawej. Światło było tutaj ciepłe, dwa biurka - jedno w bałaganie i to do tego William podszedł - mozaika posadzki, dużo szafek z pergaminami.
- W prawo, połóż ich proszę na stołach. - poinstruował spoglądając na Victorię znacząco, obydwoje nie chcieli tutaj być o tej godzinie, a ona to już zdecydowanie, mógł to powiedzieć po zmęczeniu wymalowanym na jej twarzy oraz po zapachu ubrań, które przesiąknęło czarnomagicznym odorem.
- Jesteś dopiero na szkoleniu, każą ci zostawać tak późno? - zapytał bez krępacji.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#3
08.01.2023, 19:02  ✶  
Odwróciła się gwałtownie, kiedy głos, zamiast dobiec z wewnątrz pomieszczenia do którego pukała, usłyszała zza siebie. William. Nie była pewna, czy to na niego się natknie, czy będzie tam ktoś inny – ale najwyraźniej nie było tam nikogo. Nie bywała tutaj często. Właściwie to wcześniej była tutaj chyba tylko raz, może dwa i to dawno temu. Jakoś… Nie było potrzeby. A teraz miała ze sobą trzy ciała, które trzeba było zostawić gdzieś, gdzie było wystarczająco chłodno.
- William – rzuciła machinalnie, kiedy jej kuzyn był już na tyle blisko. - Dobry… Nie. Chyba po prostu wieczór. Bez dobry – nie był dobry. Nie był dobry, bo najwyraźniej ktoś dał Williamowi znać, że będzie tutaj potrzebny i ściągnął go z domu. Nie był dobry, bo był wieczór, a ona nadal tutaj była i nie zanosiło się na to, żeby szybko mała wrócić do domu.
Pierwsza nie weszła ona, tylko ciała, którymi musiała tak wmanewrować, by nie powpadały na ściany i na siebie nawzajem. To musiała być delikatna robota, bo nie chciała niczego zepsuć – a już i tak były w nienajlepszym stanie. Teraz nawet nie zwróciła uwagi na bałagan na biurku – gdyby nie to, że była tak skupiona na czymś innym. Może rzuciłaby jakąs uwagą, choć wątpliwe, bardziej pewne, że po prostu ściągnęłaby brwi w charakterystyczny sposób – a to spojrzenie zwykle mówiło więcej niż tysiąc słów. Teraz jednak po prostu nie patrzyła w tamtym kierunku tylko kiwnęła głową i otworzyła drzwi na prawo, żeby już pojedynczo i ostrożnie położyć ciała na stołach, tak jak chciał William.
Nie trwało to długo.
- Chciałam dokończyć to co robiłam, więc zostałam, mój opiekun akurat też dłużej siedział. A później dostaliśmy wezwanie i jakoś samo poszło – z drugiej strony jak inaczej miała się nauczyć? Wiedziała na co się pisała i chciała być przydatna. Zawsze była ambitna, zawsze chciała wiedzieć więcej i więcej. Czasami odbijało się to czkawką, jak dzisiaj. - Ciebie z kolei wyciągają z domu… - zauważyła bo dla niej tez było jasne, że skoro złapał ją na korytarzu to dopiero co pojawił się w Ministerstwie.
- Rodzina mugoli – kiwnęła głową w stronę pomieszczenia, gdzie teraz ciała leżały. - Są w kiepskim stanie. Kiedy przybyliśmy to budynek był zawalony i szalał pożar – dodała i dłonią potarła sobie kark przymykając brązowe oczy, ewidentnie starając się rozmasować spięte mięśnie. - Byłam jedną z osób, która wyciągała te ciała, więc jak będziesz mieć jakieś pytania, to postaram się odpowiedzieć.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#4
10.01.2023, 05:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.01.2023, 05:08 przez William Lestrange.)  
Mieli w rogu gabinetu coś w rodzaju kąciku kuchennego. To tam William, zanim przeszedł do kolejnego pomieszczenia, nastawił czajnik. Domyślał się, że kuzynka nie chce być przy dokładnych oględzinach, a te miały też zająć trochę czasu. Nie chciał zostawiać jej na krześle o pustych rękach, a odprawić też jej nie mógł, takie były procedury, znał je i pomimo uważania niektórych z nich za bezużyteczne, nie sądził, aby Victoria zgodziła się, aby zostawiać go tutaj samego. Zaraz tez zalał fusy czarnej herbaty. Nie miał na sobie jeszcze ubrania ochronnego, więc poruszał się przy kuchence i napojach do spożycia z lekkością, bez stresu, że przeniesie jakieś fragmenty materiałów czy innych rzeczy na przyniesione ze sceny zbrodni ciała. Podał Pannie Lestrange kubek z lekkim uszczerbkiem na uchu w kolorze ciemnego złota, jego para powoli wypełniała pomieszczenie aromatem bergamotki.
- To może trochę zająć, nie chcę, abyś siedziała tu bezczynnie, a nie wiem czy patrzenie na proces jest czymś, co chcesz robić, nie wiem też czy powinnaś - wypowiedział swoje obiekcje i myśli najdelikatniej jak potrafił, nie chciał brzmieć protekcjonalnie, ale po prostu zdawał sobie sprawę, że ludzie w większości omijali widok martwych, zwłaszcza tak bardzo oszpeconych przez rodzaj śmierci - Nie przejmuj się mną, większość czasu i tak spędzam w laboratorium, kostnica to dość podobne pomieszczenie. Są rzeczy ważne i ważniejsze, jak to mawiają. - wzruszył delikatnie ramionami, bo nie był przejęty tym, ze wyciągnięto go z domu. Był usatysfakcjonowany, że mógł przysłużyć się sprawie.
Po krótkiej rozmowie nałożył na siebie odzież ochronną, rękawiczki dopiero po umyciu rąk, i przeszedł do kolejnego pomieszczenia. Zaczął od ubrań, proces był mu znany, więc każda, kolejną czynność wykonywał wręcz mechanicznie, dając się jej pochłonąć, skupiając się na detalach, na rozerwanych materiałach, na małych fragmentach tkanek, które wylądowały na koszuli, kurtce czy spodniach. Wyciągnął też portfele z kieszeni oraz inne przedmioty, odkładając je wszystkie w odpowiednie miejsca, podpisane, aby te się nie zgubiły i nie pomieszały z całą resztą dowodów. Zrobił wszystko, aby móc potwierdzić fakty, którymi obdarzyła go Victoria. Zawsze lepiej było wiedzieć, ze ktoś zginął z przypadku, niż faktycznego, wymierzonego w niego zaklęcia niewybaczalnego, a w wypadku trzech przyniesionych ciał nie dało się tego stwierdzić bez dokładnego zbadania. Nawet jeżeli któreś z nich zginęło przez magię, to ich płuca i nie organy wewnętrzne, zarówno jak twarzy były zgniecione i zranione przez kawałki budynku, których okruchy William też znalazł na ubraniach czy włosach zmarłych. Pobrał próbki, których być może potrzebowałby do dalszych badań nad przyczyną śmierci, robił wszystko metodycznie, bardzo dokładnie, nie chcąc pominąć nawet najmniejszego szczegółu. Fakt, że byli to mugole niczego dla niego nie zmieniało, należał im się tak sam szacunek jak każdemu, martwemu czarodziejowi, jaki miał nieszczęście wylądować na tym stole. Przy dwóch pierwszych ciałach nie znalazł wcale niczego specjalnego, ot, te faktycznie potwierdzały podaną przez Pannę Lestrange teorię - Mugole, nie zginęli od zaklęć, chociaż zapach ich ubrań definitywnie świadczył o tym, że budynek pochłonęła Czarna Magia. Trzecie, natomiast, było zagwostką. Ciało, jak William wywnioskował, nie było wcale do tego stopnia przygniecione, aby udusić martwego, resztki obcych substancji, jakie zebrał z jego ubrań też nie były okruchami materiału budynku, a przynajmniej nie było ich tak wiele jak na poprzednich dwóch, pozostawał też sygnet, który Lestrange oczyścił dopiero pod koniec i nie spodobało mu się to, co zobaczył. Spojrzał raz jeszcze na ciało mężczyzny, którego twarz była, jak zdołał stwierdzić, oszpecona zaklęciem czarnomagicznym. Nie wiedział w jakiej pozycji ten był znaleziony, aby stwierdzić, czy zaklęcie było rykoszetem czy nie, o to planował się też zapytać.
Spojrzał na Victorię. Nie był pewien jak wiele czasu minęło odkąd zaczął pracować nad przyniesionymi ciałami, zazwyczaj zatracał się w tym co robił, był wtedy też nad wymiar cicho, bo tylko cisza przynosiła mu wolność myśli, wzmacniała ich przepływ i pozwalała się skupić.
- Co do pierwszych dwóch miałaś rację, mugole, umarli przez zawalenie się budynku, nie ma na nich śladu użycia zaklęć czarnomagicznych ani innych ran, jakie świadczyłby o śmierci szybszej niż przez zmiażdżenie organów. Co do ostatniego natomiast... - przerwał na chwilę, wiedząc, że początkowa wypowiedź mogła być mało delikatna. Zakładał jednak, że skoro Victoria widziała miejsce zbrodni, to też nie będzie zaskoczona użyciem tego typu słownictwa przez kogokolwiek, kto miał robić oględziny. Uniósł torebkę, w której znajdował się sygnet z herbem rodziny Rosier. - czarodziej, umarł od zaklęcia, sygnet świadczy, że to ktoś od Rosierów. - dał jej jedynie informacje, które wyciągnął z pracy, jaką wykonał. Nie był aż tak zorientowany, aby wiedzieć, że to właśnie z tym rodem kuzynka wiąże swoją małżeńska przyszłość, a nawet jakby wiedział, to trudno było mu stwierdzić, przez wzgląd na oszpecenie twarzy, czy to faktycznie był jej wybranek.
- Trudno mi stwierdzić czy był to rykoszet czy po prostu czysta struga zaklęcia. Musiałabyś mi opisać dokładne otoczenie, w jakim było znalezione akurat to ciało, ale nie jestem pewien czy to na tym etapie aż tak istotne - dodał.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#5
12.01.2023, 09:16  ✶  
Widziała już te ciała, ale umówmy się – bardzo pobieżnie. Skupiła się na tym, by wyciągając je spod gruzów jak najmniej je uszkodzić. Też znała procedury, niemal książkowo i na pamięć, i choć niekoniecznie chciała te ciała oglądać kiedy będzie z nimi pracował William to nie – wiedziała, że nie powinna zostawić go z nimi samego. Kuzyn czy nie. Jednak z wdzięcznością przyjęła kubek herbaty, który wręczył jej William. To, że potrafiła sobie taki wyczarować sama to jedno, to że druga osoba pomyślała o tym i sama taki dla niej zrobiła to drugie.
– Dziękuję – odpowiedziała mu i od razu objęła naczynie dłońmi, by je ogrzać. - Jasne… posiedzę tu sobie – nie miała nic przeciwko temu. Prawdę mówiąc przyjęła to trochę z ulgą – to że może sobie tutaj usiąść, wypić herbatę, ogrzać dłonie i ciało, oprzeć głowę o ścianę i przymknąć powieki. A nawet wtedy, gdy je zamykała, to słyszała w głowie hałas, widziała i niemal czuła żar płomieni.
Nie przeszkadzała mu więc w pracy. William znajdował się w pomieszczeniu z trupami, a ona siedziała sobie na krześle, chcąc złapać choć trochę odpoczynku, tylko od czasu do czasu patrząc na to, co robi. Serce i tak wciąż waliło, ciągle była pobudzona – na pewno znasz ten stan, w którym jesteś tak cholernie zmęczony a i tak jeśli przymkniesz powieki, to nie dasz rady zasnąć. Dzisiejsze wydarzenia, obrazy wciąż przesuwały się przed jej oczami, jak w jakimś kalejdoskopie. I ten smród; smród czarnej magii. Tak, czuła że nim przesiąknęła. Czuła, że jest na niej i choć bardzo chciała, to niewiele mogła z tym zrobić.
Kiedy William przerwał ciszę, która ze sobą od dłuższego już czasu dzielili, drgnęła i uniosła na niego zmęczone, choć nadal bystre spojrzenie brązowych oczu. Słuchała go w milczeniu i kiwnęła głową – mugole, którzy zginęli, bo zawalił się budynek. Paskudna śmierć. A później uniósł torebkę z sygnetem i powiedział magiczne zaklęcie: ktoś od Rosierów.
W pierwszej chwili Victoria po prostu siedziała nieruchomo i patrzyła na Williama niemalże bez cienia inteligencji w oczach. To, co powiedział, znaczenie tego, dotarło do niej dopiero po kilkunastu sekundach, w których szerzej otworzyła oczy. Wiedziała, że to nie był żart, bo po co żartować z takich rzeczy…?
Zerwała się w końcu z krzesła i podeszła do Williama, chcąc sama spojrzeć na sygnet. Rosier… w przyszłości miała zostać członkiem tej rodziny, znała ich symbol. A jeśli to ktoś od nich… Patrzyła na pierścień, a później spojrzała na ciało. Znała członków tej rodziny, może nie wszystkich, ale części na pewno.
- To ciało… Nie kojarzę niczego konkretnego. Może oprócz tego, że leżało bliżej wyjścia z budynku niż tamte dwa. Pod gruzowiskiem, jak tamte – powiedziała w końcu. Czy było to takie istotne? Pewnie nie… - Jesteś w stanie określić… nie wiem, wiek debata? Albo jakieś inne rzeczy? Znam… część członków rodziny Rosierów… Może będę mogła jakoś pomóc… – w tym momencie zastanawiała się tylko, co ktoś od Rosierów w ogóle robił w otoczeniu mugoli.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#6
20.01.2023, 04:29  ✶  
Zobaczył zmianę w zachowaniu i mimice kuzynki. Kiedy oględziny miały dotyczyć trójki mugoli wydawała się spokojna, wciąż przejęta sprawą, ale bardziej samą w sobie, generalnie. Teraz w jej oczach dostrzegł coś, co było pochodną strachu, być może zmartwienia. Nie był dobry w odczytywaniu cudzych emocji oraz ogólnej atmosfery, ale tak mocne zmiany był w stanie stwierdzić, może nie przypisywał im odpowiednich odczuć, głównie dlatego nie polegał na swojej ekspertyzie akurat w tym temacie, dawał myślom płynąć, ale nie wywlekał ich w dyskusji. Poza tym, rodziny czystokrwiste były ze sobą bardzo blisko spowinowacone, nie zdziwiłby się jakby miała bliskiego krewnego albo przyjaciela właśnie od Rosierów - miraży w społeczeństwie czarodziejów z rodów też nie śledził, więc nie mógł wiedzieć o połączeniach kobiety akurat z tą rodziną, jedynie przypuszczać ewentualnie odgruzowywać umysł z wieści, które wpuścił jednym uchem i drugim wypuścił na jednym z rodzinnych obiadków.
- Ktoś musiał rzucać zaklęcia, a raczej mugole to nie byli, wiesz może czy ktoś od Rosierów jest bardziej pro lub anty mugolski? - zadawał pytania, snując jedną z teorii, dlaczego ciało znalazło się w tym samym miejscu, co tragedia, która spotkała tę niemagiczną rodzinę. Zaraz jednak położył sygnet na jednym ze stolików, przedmiot był w torebce, więc William nie obawiał się, że się czymś zabrudzi.
- Około 30 lat, przeciętny wzrost, będzie około 180 centymetrów, włosy w kolorze ciemnego blondu, jasnoniebieskie oczy. Z wstępnych oględzin mogę powiedzieć, że na nic raczej chorował, musiałbym przeprowadzić trochę bardziej wyczerpującą sekcję, aby wszystko wykluczyć, jeżeli by to w czymś pomogło, ale nie jestem pewien czy jest to potrzebne. Znamy względny czas śmierci, sposób na pewno, a jutro bardzo łatwo się dowiemy, który z członków rodziny zaginął - nie filtrował swoich wypowiedzi, bo też nie miał tego w zwyczaju, przynajmniej jeżeli nie rozmawiał z rodziną zamordowanego. Ściągnął rękawiczki, utylizując te zaraz zaklęciem i wsunął dłonie do kieszeni spoglądając na Victorię, która jakby zamarła. Wydawało mu się, że nad czymś intensywnie myśli, ale nie był wcale taki pewien. Zamrugał pare razy, zdezorientowany.
- Victoria? Wszystko w porządku? - zapytał trochę bardziej przejętym tonem niż wcześniej wygłaszał fakty o ciele, którego znaki szczególe wyjawił aurorce w treningu. Już zaczął się zastanawiać, czy aby nie powinien jej łapać, jakby miała stracić przytomność z przemęczenia, czy nadmiaru wrażeń. Różnie na ludzi działały takie wieści, obecność w kostnicy, a już na pewno smród czarnej magii i widok zmasakrowanych ciał, zwłaszcza po całym dniu pracy.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#7
28.01.2023, 20:40  ✶  
Mugole obchodzili ją tyle, że po prostu… byli. Osobiście wolała, żeby po prostu żyli swoim życiem, a czarodzieje swoim. Dwa różne światy, z wielką granicą pomiędzy nimi. Po co pomiędzy nimi w ogóle mieszać? Tak w jedną, jak i w drugą stronę: niech mugole robią co chcą, ale na swoim podwórku, a czarodzieje niech robią swoje i zostawią mugoli. Świat byłby wtedy spokojniejszym miejscem; nie byłoby tarć, nie byłoby brudnej krwi. Victoria nic do mugoli nie miała (nawet szacunku), uważała, że w jakimś tam stopniu są potrzebni, tylko… po prostu najlepiej z daleka. Dlatego choć ich śmierć była straszna i nagła, wolałaby, by jej nie było, no to tak – zachowywała się spokojnie, bo nie było w tym żadnego ładunku emocjonalnego. Ale kiedy William powiedział, że jedno z nich to nie był mugol, tylko czarodziej… To komplikowało sprawę. Tak ogólnie i pod kątem pracy również. Bo śledztwo będzie pewnie dokładniejsze, bo będzie trzeba poinformować rodzinę czarodziejów, a im już nie wciśniesz kitu, że to był nieszczęśliwy wypadek i wybuch jakiegoś tam gazu (nasłuchała się tych wymówek trochę, jak pracowała dla Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof).
- To typowi czarodzieje czystej krwi, przynajmniej ci, z którymi ja miałam do czynienia – stwierdziła. Ale nie było w tym żadnego „tak tak, kochamy mugoli”, ani „mugole powinni wyginąć”. Raczej jeśli coś było, to mówione przyciszonym głosem, biorąc pod uwagę niepokoje, jakie miały obecnie miejsce na świecie. - Może są jakieś pojedyncze osoby, które są bardziej za jedną, albo drugą stroną… - dodała, pewnie całkowicie niepotrzebnie. Kiedy William odłożył torebeczkę, Victoria spojrzała na nią badawczo. - Mogę? – zapytała i jeśli William pozwolił, to wzięła ją w ręce, by obejrzeć pierścień z bliska. Nie, nie chciała nic wyciągać, po prostu chciała zobaczyć… No sygnet jak sygnet. Jak nic od Rosierów. Poznawała ten znak, kształt, widziała go aż nazbyt często, kiedy wolała patrzeć na ręce narzeczonego, zamiast w jego twarz, kiedy gadał o rzeczach, które kompletnie nie miały dla niej znaczenia.
A potem William zaczął opisywać to, czego dokładniej się dowiedział. To, czego ona nie była w stanie określić na pierwszy rzut oka, bo zupełnie się na tym nie znała, biorąc pod uwagę zamieszanie, ilość roboty i stan ciał, które ze sobą przyniosła. Stała, gapiła się na sygnet, słuchała… Ale miała wrażenie, że słowa przepływają gdzieś obok niej, że William mówi jakby stał za cienką ścianą – i głos dociera, ale zniekształcony, przyciszony. Około 30 lat, około 180 centymetrów wzrostu, jasny blondyn, jasnoniebieskie oczy. Znała ten opis nazbyt dobrze. Pewnie pasował do więcej niż jednej osoby, nawet jeśli zawędzić to do samych Rosierów, ale…
Nie każdy przecież nosił sygnet. Sygnet, sygnet, sygnet… Spojrzała w końcu na to ciało, przekrzywiła głowę to w jedną, to w drugą stronę, jakby chcąc sobie wyobrazić brakujące szczegóły. Tu nie chodziło w ogóle o to, że była w kostnicy, że patrzyła na ciała w kiepskiej kostnicy, że waliło trupem i czarną magią, że była na nogach od rana, że miała wrażeń po czubek głowy… No może trochę to na nią wpływało, ale bardziej chodziło o samego denata.
- Ja? Tak, tak… - powiedziała odruchowo, gapiąc się na szczątki, zamiast spojrzeć na Williama. Pobladła? Pewnie tak, pewni zrobiła się blada jak pergamin. - Nie – mruknęła po kilku sekundach. - Wydaje mi się, że wiem- Że to- Że ja- - urywała kilka razy zdanie, próbując go zacząć od nowa, ale niezbyt to wychodziło. Słowa ją zawodziły. I czemuż to? Przecież go nie kochała. Nawet go nie lubiła. Ale nie życzyła mu śmierci. - To może być Drake – wydusiła z siebie w końcu i odwróciła się do Williama. Nie było żadnego płaczu, nic takiego. Było widać, że jest zmęczona. Bardzo zmęczona. I smutna. Nie miała stu procentowej pewności, ale była tego prawie pewna – przez opis, przez sygnet… Będą musieli go jutro oddać pani Rosier, jak już się potwierdzi, którego członka rodziny brakuje. - Jestem zaręczona z Rosierem – powiedziała dużo ciszej. To był powód, dla którego trochę ich znała.
Ale miała poczucie, że już nie było żadnego narzeczeństwa.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#8
22.02.2023, 07:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2023, 07:16 przez William Lestrange.)  
Naiwnym byłoby szukać w ekspresji Williama Lestrange współczucia czy przejawu jakiegokolwiek zrozumienia w takiej sytuacji, niemniej, zmarszczka czegoś, co można było nazwać skonsternowaniem pojawiła się pomiędzy jego ciemnymi brwiami, gdy z początku ścisnął je blisko siebie, aby ostatecznie unieść. W odróżnieniu do wielu innych emocji, wiedział jak to jest kogoś stracić. Był bardzo młody, gdy jego najlepszy przyjaciel odszedł z tego świata, a jego śmierć sprawiła, że były Krukon zagłębił się w sztukę nekromancji, dążył do stworzenia Kamienia Filozoficznego... Wpłynęło to na niego, wręcz ukształtowało jako człowieka. Wciąż, jednak, był tylko Williamem, który w sytuacjach społecznych i wymagających emocjonalnego wsparcia milkł, nauczony doświadczeniem, że lepiej, aby nie mówił nic, bo cokolwiek, co wyjdzie z jego ust będzie abominacją pocieszenia, pogorszeniem sprawy. Teraz nie miał wyboru, byli w kostnicy sami, nie mógł przecież milczeć, zignorować kuzynki. Chociaż, musiał przyznać, najchętniej uciekłby z tego pomieszczenia, aby nie odbywać tej konwersacji - mógł badać zmasakrowane ciała, ale szczera rozmowa i zmierzenie się z czyimiś emocjami go przerastało.
W pierwszej chwili po prostu wysunął torebeczkę z rąk kobiety i odłożył ją na bok. Zacisnął usta, zaczęło mu się robić gorąco ze stresu. Pierwsze słowa jakie chciały opuścić jego usta były 'To już chyba nie jesteś', ale bardzo umiejętnie je powstrzymał, powtarzając sobie, że nie może mówić innym tak bezpośrednich rzeczy, bo to okropne (nawet jeżeli sam nie do końca rozumiał czemu).
- Miałaś okropnie długi dzień - zaczął, delikatnie, trochę jakby podchodził do zestresowanego kota. Kuzynka być może i nie płakała, ale sposób w jaki podzieliła się informacją o tożsamości denata był definitywnie inny, niż to, jak przekazywała resztę komunikatów, to William potrafił stwierdzić, więc wiedział, że rozmówczyni na pewno nie czuje się najlepiej. W gruncie rzeczy, właśnie przez ten stres związany z przymusem jakiejkolwiek reakcji na prawdopodobny smutek kobiety, zepchnął na drugi plan jej wypowiedź o Rosierach, czystości krwi oraz ich poglądach. Zarejestrował ją, ale nie teraz była pora na drążenie, spisze w raporcie wszystko, czego się dowiedział, reszta już od niego nie zależy.
- Wszystko tutaj przygotuje na jutro rano, a ty może poczekaj na mnie chwilę, odprowadzę cię do domu. Chyba... chyba lepiej żebyś nie była sama? Ludzie nie lubią być sami w takich momentach? Chyba, że ty akurat lubisz, prawda, może tak być - zaczął się plątać w wypowiedziach, więc uciął, czując jak przygniata go każde wydukane słowo.
Odetchnął.
Ta noc definitywnie nie będzie należeć do najprostszych, ale ostatnio mało kwestii takimi się malowało.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#9
25.02.2023, 23:45  ✶  
William oceniał teraz zapewne Victorię przez pryzmat tego jak powinien się zachować, a nie tego, jak było w rzeczywistości. Tak, była w szoku, ale to nie była żadna rozpacz. Lestrange nie była obrazem człowieka, któremu świat osunął się spod stóp, kto właśnie miał wpadać w rozpacz, kogo teraz trzeba było pocieszać czy składać na dłonie kondolencje, nic takiego. Był szok. Było niezrozumienie. Minie czas, nim to sobie poukłada, przyzwyczai się do nowej sytuacji… Jej emocje więc nie wylewały się na zewnątrz jak to być może William oczekiwał. Nie to, że była ich pozbawiona, skąd, ale do swojego narzeczonego żywiła… przyzwyczajenie – że jest. I to właściwie tyle. Jej drogi kuzyn martwił się więc niepotrzebnie jakąś stresującą czy trudną interakcją.
Nie oponowała, kiedy William sięgnął po torebeczkę z sygnetem, pozwoliła mu ją wziąć bez oporu, gapiąc się na ciało, którego w życiu by nie rozpoznała z niezrozumieniem. Bo jedyne, co jej się teraz kołatało po głowie to proste „Coś ty tam najlepszego robił?”. Oraz, to było drugie „I co ja mam powiedzieć twojej mamie…?”
Uniosła za to głowę i spojrzenie, kiedy jej kuzyn przerwał panującą między nimi ciszę i zapatrzyła się na niego z takim jakby lekkim… niezrozumieniem nim dotarł do niej sens słów.
- Tak, był długi. Piękne zwieńczenie, nie ma co… - wymamrotała, nabrała powietrze w płuca i wypuściła je cicho po czym odruchowo i bezwiednie wplątała palce we włosy.
- Nie mam pojęcia czy lubią czy nie – odpowiedziała mu szczerze, bo naprawdę nie wiedziała. To chyba nie była żadna uniwersalna prawda. - Jeśli nagle nie oddał komuś sygnetu, to to on – powiedziała już bez jąkania się, bo jakoś złapała równowagę w tej sytuacji. Przynajmniej na tyle, żeby nie zachowywać się jak ktoś, kto właśnie dowiedział się, że zawaliło się jego życie. Bo nie zawaliło. - Poczekam na ciebie – kiwnęła do niego głową i zamierzała znowu usiąść na krześle, które zajmowała jeszcze chwilę temu, kiedy William dokonywał oględzin tych nieszczęsnych ciał. - Nawet go nie lubiłam… - dodała szeptem. W kostnicy było jednak na tyle cicho, że jej kuzyn pewnie mógł to usłyszeć. Gdyby nie nerwy i emocje tego dnia… to pewnie by się powstrzymała przed taką uwagą.
Ale było jak było.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Victoria Lestrange (2745), William Lestrange (2415)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa