Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Rezydencja Bertiego Bott'a
Rwałem dziś rano czereśnie.
W ogrodzie było ćwierkliwie, słonecznie,
rośnie i wcześnie
Lammas było... wyjebanie intensywne i Mildred nie mogła ogarnąć głowy w nocy totalnie, rzucając się po zbyt wielkim i zbyt miękkim łóżku w domu przyjaciela jej brata. Możliwe, że powinna też wziąć eliksir na spanie, ale zapomniała o nim totalnie w ferworze wszystkiego co się podziało wczorajszego dnia. Nic więc dziwnego, że o świcie wstała z łóżka po nieprzespanej nocy i wypełzła do ogrodów cukiernika, które pełne były... wszystkiego. Wyjebanie wszystkiego. Pszczoły nie próżnowały, owoce, kwiaty, cała przyroda napierdalała w nią bodźcami, tak, że o mało nie wypierdoliła się na mokrej trawie gdy szła w kierunku pyszniących się czerwienią drzewek.
Dzisiaj była umówiona z Geraldine i w sumie było to jedyny super trudne zadanie do ogarnięcia, w porównaniu z wczorajszym dniem, gdzie poza wyjściem ze szpitala, ogarnęła jarmark, ptsd, tragiczny występ robiący z niej debila i oczadzanie świecą jakiejś rudery na drugim końcu Anglii. Dziś tylko ploteczki. Dziś aż ploteczki. Nie mogła się doczekać.
Ptaki nakurwiały, a ona czuła że jej te wszystkie dźwięki odbijają się w głowie. (Czy w ogóle wzięła leki rano?). Podwinęła sobie podkoszulek i zaczęła zbierać tłuste owoce jeden po drugim, drżąc do własnej myśli i smrodu, znaczy wszechogarniającego zapachu przesytu dookoła. Czemu to nie mogło pachnieć jak stare dobre londyńskie ulice? Brakowało jej bruku pod stopami, tu wszystko było takie miękkie. Czerwony sok z czereśni brudził jej dłonie i nadgarstki, ale nie zwracała na to uwagi. Może powinna być trochę bardziej delikatna?
Czas mijał, a owoce wypełniały jej prowizoryczny "koszyk" brudząc go obficie. Obraz. Natura. Krew. Sama lepiej by nie wymyśliła kompozycji, więc zamierzała po powrocie zdjąć koszulkę i uzupełnić białe luki akwarelami, które dostała od Peregrinusa. To brzmiało jak dobry plan. Ogród czarował ją i zawłaszczał dla siebie. Ostatecznie jednak brzuch upomniał się o posiłek. Dziwne. To pewnie przez regularne pory jedzenia w lecznicy dusz.
Gdy Geraldine pojawiła się w Dolinie, było już zdecydowanie bliżej południa. Chłopaków nie było na miejscu, więc miały całą chatę dla siebie, ale Millie zaprosiła Ger do ogrodu. Ubrana w bardzo kolorowy i chaotyczny podkoszulek, zdawała się być pełniejsza (na ciele) niż przed zamknięciem, jej złote oczy były jednak trochę przygaszone i rozkojarzone. Włosy zamotane w niedbały kok na czubku głowy wystawały jej jakby była strachem na wróble, a na stoliku poza świeżymi czereśniami piętrzyły się ciastka pozostawione przez Bertiego. Kawa, herbata, lemoniada... żadnego alkoholu. Nie wolno było jej pić (czy wzięła leki rano? Nie mogła sobie przypomnieć nic poza świergotem ptaków i sokiem ściekającym po nadgarstkach).
– Ja pierdole, nienawidzę Doliny muszę stąd gdzieś wypierdolić bo mi to całe miejsce śmierdzi kurwa lecznicą. Pierdolone więzienie, nie jestem w stanie pojąć czemu trzymali mnie tam tak długo. – Zielony ponoć pomagał na zrelaksowanie się. Podobnie jak kolory miały pozytywnie wpływać na odbiór rzeczywistości, która w głowie Mills była infekowana szarością i czernią. Jak węgiel na białym arkuszu. Wzdrygnęła się. – Dwa miesiące odsiadki kumasz to! – Trzy, licząc śpiączkę – Powinni mnie wypuścić od razu jak kurwa doszłam do siebie! – burczała wściekle jak bąki krążące pośród kwiatów, pomijając fakt, że następnego ranka pogryzła i podrapała dwóch sanitariuszy oskarżając ich o bycie śmierciożercami. – Błagam, powiedz mi Stonks, że u Ciebie jest cokolwiek lepiej. Potrzebuję dobrych opowieści, bo dostaje totalnie w łeb.