Miał nadzieję, że los da mu nieco więcej czasu na przetrawienie otrzymanej wiadomości. Theon nieszczególnie przepadła za kobietą, której imię widniało na kartce. O ile wcześniej nawet cieszyło go całe te polowanie, tak teraz miał chęć się z tego wykręcić. Przy okazji mógłby nawiać z całej tej imprezy, która niekoniecznie trafiała w jego gusta. Zwłaszcza, że połączona została z zaręczynami, które boleśnie przypominały o tym, w jak niewielkim stopniu Yaxley mógł decydować o samym sobie. To wszystko całkiem skutecznie pozbawiało go niewielkiego zapasu dobrego humoru, który nadal znajdował się w jego posiadaniu.
Nie zdążył uzyskać odpowiedzi od ojca i Seraphiny. Nie zdążył też znaleźć Logana. Zamiast tego przyszło mu się cieszyć towarzystwem Eden. I cieszył się nim aż tak bardzo, że z tej radości o mało nie zaczął skakać pod sam sufit. Żałował, że nie zaopatrzył się dotąd w żaden alkohol. Gdyby się chociaż trochę znieczulił, łatwiej byłoby przetrwać ten koszmar.
- Nie masz dla mnie nic, co byłoby nie do odrzucenia. – Odpowiada. Nie skupia się przy tym na całej propozycji Eden. Wystarczy mu pierwsza część jej wypowiedzi. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że z takimi pijawkami jak przyjaciółka Gerry, nie wchodzi się w żadne układy.
Następnie pozwala sobie wyciągnąć rękę w kierunku Eden, odsuwając ją na bok. Skoro już podeszła, to nie będzie tej rozmowy prowadził przy ojcu. Gerard co prawda od dawna uważał, że kto się lubi ten się czubi i na ich relacje patrzył z przymrużeniem oka, ale człowiek nigdy nie wie, kiedy u boku łowcy pojawi się jego żona. Jennifer nie była już tak łaskawa...
- Bez obaw, nie będę zabawiał Ciebie niepotrzebną gadką, szkoda języka. – Zwraca się do kobiety, ledwo oddalają się na te dwa kroki od Gerarda i Seraphiny. – Bardziej bym się obawiał, że sama się nie powstrzymasz. – Dodaje pochylając się w stronę stołu, zgarniając z niego trochę jedzenia. Tyle, że Theonowe trochę, byłoby najpewniej w stanie wykarmić całą armię. I jeszcze by tego żarcia zostało na dokładkę dla kilku chętnych.
Kiedy pierwsze osoby wychodzą przed budynek, rusza w kierunku drzwi i nie bardzo ogląda się przy tym za Eden. Niech nadąża, jeśli tylko jest w stanie. Słuchając jednym uchem tego, co gada ojciec, przygląda się broni rozłożonej na stołach. Jego spojrzenie na dłużej zatrzymuje się na arbalecie. Broń wykorzystywana w głównej mierze podczas polowań, wydaje się być dobrym rozwiązaniem. I to właśnie na nie decyduje się Theon. Sprawdza czy dobrze leży w ręku, uprawnia się czy wszystko z arbaletem jest w porządku. Następnie dobiera amunicję, dwa noże myśliwskie, bierze też resztę rzeczy, które na potrzeby polowania przygotowali rodzice. Nie zabiera mu to wiele czasu. Po kilku minutach może już ruszać w drogę. Reszta zależy od Eden.
- Tamta powinna być odpowiedniej wagi. – Wtrąca się, wskazując na nieco mniejszą, zgrabniejszą kusze. Dla niego byłaby już zbyt lekka, żeby korzystanie z niej miało na dłuższą metę sens. – I lepiej się z tym pośpiesz, Malfoy, nie zamierzam czekać.
Po tych ostatnich słowach ruszył w kierunku lasu. Do pokonania było kilka metrów, zanim wreszcie zniknął pomiędzy pierwszymi drzewami. Na ten moment na niczym jeszcze się nie skupiał. Dobrze zdawał sobie sprawę, że żeby natrafić na coś wartego uwagi, trzeba było wejść głębiej. Oddalić się od rodzinnej posiadłości. Jelenie i dziki nie zwykły kręcić się pod oknami Yaxley'ów.