Dom Mody
Dlaczego nie wybrali się do Domu Mody Rosier w Magicznym Londynie? Przecież większość czystokrwistych czarodziejów, która miała pieniądze, ubierała się właśnie tam. Rosier był renomowaną marką, którą szło rozpoznać już na pierwszy rzut oka. I... Może to dlatego Camille nie chciała kreacji właśnie stamtąd? W końcu Delacour lubiła się wyróżniać. Być unikatowa, jedyna w swoim rodzaju, chociaż złośliwi mogliby powiedzieć, że była typową przedstawicielką swojej rodziny. Niska, szczupła blondynka o typowo francuskiej urodzie, z charakterystycznym akcentem, gdy mówiła po angielsku. Z wyszukanymi manierami, z nieodłącznym kieliszkiem wina w dłoni. Wypisz-wymaluj Delacour.
Swoich motywów nie wyjaśniła listownie. Po prostu poprosiła Laurenca, żeby jej towarzyszył tego dnia. Nie chciała kupować sukienki w ciemno, skoro oboje dostali zaproszenie i zdecydowali się iść na wesele Blacków razem. Zresztą to była jedna z niewielu okazji, gdy mogli się spotkać. Dlatego też nie tylko wysłała mu pachnący jej perfumami list, ale i adres w mugolskim Londynie, chociaż zaręczała, że projektant, z którym rozmawiała, był czarodziejem. Zdecydował się jednak na taką a nie inną lokalizację ze względów biznesowych, chociaż o tym już nie wspomniała. Była tutaj wcześniej, rozmawiała z mężczyzną: wiedziała więc, że chodziło o pieniądze i brak konkurencji w postaci Rosiera. A jego kreacje przemawiały do jej duszy, przykuwały wzrok i były tym, czego oczekiwała od sukien, nie mogła więc tak po prostu zignorować przeczucia, które ją nawiedziło, gdy tylko przekroczyła próg domu modowego.
Wyjątkowo nie stawili się tutaj razem. Camille musiała jeszcze przejść się do wspólnej przestrzeni, wynajmowanej z koleżanką, by porozmawiać z jednym z pacjentów. Uznała więc, że najlepiej będzie, gdy spotkają się na miejscu, przed wejściem. I tam właśnie zmierzała teraz. Ubrana w długą spódnicę w ciemnobeżowym odcieniu oraz zwiewną bluzkę wciśniętą za pasek, w podobnym odcieniu, chociaż jaśniejszym. Beże przełamywała czarna torebka i buty na niewysokim obcasie, które jednak przy każdym kroku wydawały charakterystyczny stukot. Blond włosy związała w niedbały kok, chociaż każda "niedbałość" była wynikiem starannego ułożenia pasm. Jak zwykle postawiła na naturalny makijaż, mający podkreślać jej urodę, a nie ją przeciążać czy - broń Merlinie - postarzać.