Końcówka listopada nie była dobrym czasem. Jesienna chandra potrafiła zaatakować już w pierwszych dniach, kiedy temperatura zaczynała spadać, cała zieleń się chowała i świat opanowywały brązy, czerwienie, pomarańcze i szarości, które wkrótce miały ustąpić bieli okropnej zimy. To nie był dobry czas, gdy ten nijaki krajobraz wzmagał w ludziach smutek, przywoływał nieprzyjemne, depresyjne myśli, i odbierał energię na wszystko. A przecież trzeba było robić tyle rzeczy. Trzeba było chodzić do pracy i w niej pracować, chociaż całe jestestwo wręcz błagało, by zostać w domu, zamknąć drzwi, owinąć się puchatym kocem i raczyć się grzańcem, herbatą, kawą lub gorącą czekoladą.
Koniec listopada nie był najlepszym czasem z jeszcze jednego powodu. Jessie zauważył to pierwszy raz już kilka dni temu, ale działo się to trochę za często, by uznać to za przypadek, i było to zjawisko niepokojące.
Wraz z nim, staż w Banku Gringotta odbywało jeszcze trzech innych młodych czarodziei. Jeden był dziedzicem czystokrwistego rodu, a drugi mugolakiem. Do tej pory między nimi nie dochodziło do żadnych większych spięć i niesnasek, choć każdy z nich miewał opinie różne na różny temat. Teraz jednak ten czystokrwisty dziedzic zaczął zadzierać nosa i patrzeć na Jessiego i tego mugolaka z góry, wytykając im krew mugoli, płynącą w jego żyłach. Zaczął również wypowiadać się w sposób, w jaki kulturalny czarodziej nie powinien, i kilka razy wspomniał Czarnego Pana, który ponoć miał oczyścić społeczeństwo czarodziejskie z brudnej krwi.
Ojciec Jessiego był mugolakiem, a ponieważ społeczeństwo, w którym żył ze swoją rodziną, miewało różne opinie o mugolskim pochodzeniu czarodziejów, starał się nie wychylać ze swoimi poglądami, by nie prowokować kłótni. Nie było mu to do niczego potrzebne, a mógłby jedynie narazić siebie i, o Merlinie, swoją rodzinę.
I właśnie teraz, gdy wieczorem wracał do domu z pracy, zamiast deportować się na Horyzontalną, szedł uliczką Pokątnej, zastanawiając się jak się to wszystko zaczęło? Nie tylko jego czystokrwisty partner zaczął nagle mówić głośniej o czystości krwi. Wielu klientów banku, szczycących się swoim nazwiskiem, zaczęło wręcz przechwalać się czystością swojej krwi i rozprawiać o tym, jak to Czarny Pan oczyści wreszcie Anglię. To było chore.
Te myśli, tak bardzo pasujące do jesieni, i tak depresyjne, zaprzątały jego myśli tak bardzo, że nawet nie zauważył zbliżających się trzech czarodziejów, chwiejących się lekko i podśpiewujących wesoło. I pewnie Jessie nawet nie zwróciłby na nich uwagi, gdyby jeden z nich nie zderzył się z nim ramieniem.
Och, Merlinie, pomyślał Jessie, czując od mężczyzny jakże intensywną woń barowej zabawy. Tym trzem panem z pewnością niejedną Ognistą polano.
-Te... Chłoptaś *Hic* - ten, który się z nim zderzył, wycelował w jego stronę palec, ale nie potrafił wycelować prosto w niego. -Możby jakeeś *hic* "przepppszam?
-Tak... Przepraszam - mruknął Jessie, odsuwając się od pijaka.
Niestety, drugi zastawił mu drogę, i chuchnął mu alkoholem w twarz.
-Bachor *hic* cuchnje mgolem - padł osąd.
-A jakby go tak *hic* oddać *hic* Czarnnnnnemu Panuu?
Jessie, w coś ty się wpakował?