Była pewna, że Mavelle powiedziała Brennie, dlaczego w ogóle znaleźli się w Limbo i skąd wiedzieli, którędy tam się dostać: przez Victorię i jej dziwną „wizję” w fioletowym dymie, którego nikt nie widział – tylko ona. Przez to, że zobaczyła oblicze bogini (tak przynajmniej teraz uważała), czy raczej… zobaczyła tam to, co działo się w Limbo – Śmierciożerców i Voldemorta zmierzających przez las i atakujących boginię, a Victoria poczuła, że musi ją chronić. Litha nie była więc jedynym miejscem, gdzie ludzie mieli „halucynacje”, albo „oglądali oblicze bogini”. Ale tak prawdę mówiąc, Victoria nie uważała, by ta wyglądała, jakby była niezadowolona. Ani jakby była zachwycona. Raczej wyglądała, jakby było jej to obojętne, bo była ponad tym, bytem, który będzie trwać, niezależnie od tego, co się wydarzy. Właściwie, to sporo o tym myślała, ale nie wylewała tego na ludzi, bo spotykała się raczej z dość… sceptycznym odbiorem. Była za to ciekawa, co powie jej na to Berht, bo nie odważyła się takich przemyśleń zawrzeć w liście do niego, skoro pływał cholera wie gdzie i cholera wie, kiedy wróci.
– Jak wróciłam z pracy. Półtorej godziny temu? – nie była pewna, ile dokładnie godzin minęło, ale to nie było aż tak dawno temu, bo dzisiaj nie była na rano, a na popołudnie. Celowo, bo chciała do siebie dojść po weselu u Blacków, pójście na rano byłoby jak strzelenie sobie w stopę i nie byłaby to żadna sensowna robota, dlatego już dawno poprosiła, żeby tego dnia pójść na później. Nie chciała brać wolnego ze względu na te wszystkie wyjazdy, które w ostatnim czasie miała na koncie (albo na które dopiero miała się wybrać). Odpowiedziała Brennie oczywiście równie cicho, co ona jej.
Prawdę mówiąc, to zakładała, że poszedł na jakąś nocną imprezę, bo sądząc po jego dziwacznym trybie życia, to właśnie tak się to kończyło. Bardzo wątpiła, żeby nagle się spakował i wyprowadził, bo po co miałby hałasować w południe, a potem grać na bębnach kilka godzin później? Zresztą, kto by się spakował i wypierdolił z domu o tak później godzinie? Dlatego Victoria, wchodząc bardzo ostrożnie i cicho za Brenną (pomyślała przez chwilę, że trzeba było do tego zatrudnić też Sauriela, on to dopiero potrafił się cicho poruszać…), sama była dość skonsternowana, bo póki co, to, co widziała, w ogóle nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek tu mieszkał, to trzymał tu COKOLWIEK, co mogło wydawać z siebie te wszystkie dźwięki.
Nie, nie było go na żadnej kanapie. Pomieszczenie, w jakim się znalazły, były całkowicie puste od Thorana Yaxleya, bębnów, instrumentów i kolegów punkrockowców, którzy mogliby razem z nim napierdalać w te nieistniejące instrumenty. Samo to zastanowiło Victorię, bo to musiało być w tym pomieszczeniu, bo inaczej jakby to słyszała?
Ale wtedy, gdy zaczęła nad tym myśleć, to dotarło do niej, że w zasadzie to… Ona słyszała te dźwięki w całym mieszkaniu tak samo, niezależnie od tego, gdzie się znalazła.
Co tu się u diabła działo?
Na paluszkach, ubrana w czerń, musiała wyglądać jak prawdziwy złodziej, zwłaszcza kiedy tak się skradała do drzwi, a za pomocą różdżki bardzo cicho je otworzyła, dziękując bogom, że nie zaskrzypiały. Zamarła. Nigdzie nie było słychać żadnego… żadnego chrapania, ani miarowego, głośniejszego oddechu, które by świadczyło, że Thoran był w domu – no i było też całkowicie ciemno. Była też całkiem pewna, że to mieszkanie było tylko na tym jednym piętrze – tyle zdążyła się już dowiedzieć po obserwacji tego budynku jak prawdziwy osiedlowy monitoring.
Ale na korytarzu też nic nie było. Ani w kuchni. Ani w łazience. W tej jego sypialni też nie. Nie było Thorana (na szczęście… tylko trudno powiedzieć na szczęście dla kogo, bo jakby go spotkała, to by mu wjebała w ryj za te wszystkie zwierzęta Laurenta na pewno), nie było instrumentów, nie było bębnów.
Nie było niczego.
– Kurwa – rzuciła, kiedy znalazły się znowu w ciemnym salonie Thorana. – Nic już z tego nie rozumiem. Jakim cudem tu nic nie ma? – nawet rzucała zaklęcia, by upewnić się, że nic nie jest ukryte za jakąś iluzją – ale nie. Tu naprawdę NIC NIE BYŁO. Nawet żadnych zaklęć zabezpieczających, nic. Ani niczego wskazującego na czarną magię. Gdyby nad głową mogły latać znaki zapytania, to to właśnie teraz działoby się z Victorią. – Ale… Im dłużej nad tym myślę… Tym bardziej mi się wydaje, że ja te wszystkie dźwięki słyszę niezależnie od tego, w jakiej części mojego mieszkania jestem. I słyszę je ciągle tak samo. Tylko jakim cudem to mieszkanie w ogóle jest takie… takie puste? Nie spakował się przecież w moment i nie wyjechał, mówiłaś, że kiepsko wyglądał. A wszystkie dzisiejsze dźwięki brzmiały standardowo, a nie jakby się pakował – o to było w tym najdziwniejsze. – Wracamy? Czy chcesz coś jeszcze sprawdzić? – tylko co, skoro to mieszkanie było puste?